1.5.13

Bombaj

Bombaj jest trudny. Nie chodzi o tłumy na ulicach, czy hałas, a o unoszący się w powietrzu pył. Kurz wdziera się w nozdrza, chrzęści w zębach i gasi każdy kolor, może za wyjątkiem lakieru do paznokci. Jestem przejazdem. Nie mam zamiaru dołączyć do 10.000 ludzi, którzy rocznie umierają tu na choroby układu oddechowego. Wolę już zawał serca, czy powikłania poalkoholowe – pozostając wierna półkuli północnej, na którą w każdej chwili mogę wrócić, ponieważ jestem biała.

Po tygodniu wszystkie sukienki i szale wydają się o ton ciemniejsze, nawet jeśli nie były używane – kurzą się w szafie. Spacer po ulicy Shuklai nastraja jednak sentymentalnie. Wspomnienie zapachu opium ociepla wizerunek miasta i przez chwilę gromadzący się w zatokach pył nie stanowi aż takiego problemu.

No, ale prędzej czy później sentymenty na bok. Chodzę po mieście, w którym nie mam nic do załatwienia. Wokół kobiety w sari, okutane różem, czerwienią, pomarańczą, turkusem, które na nich nie wydają się zgaszone. Świecą jak curry na straganach czy kopczyki pigmentów w sklepie z farbami. Przemieszane z czarnymi burkami, które skutecznie prowokują wzrok mężczyzn. I kobiet. Doświadczam tej samej uwagi, gdy noszę przeciwpyłową maskę na twarz.

David zna tu kogo trzeba, aby móc dalej nic nie robić: złotnika, krawcową, kucharza w japońskiej restauracji, który wyjaśni jak parzyć zieloną herbatę z prażonym ryżem. Wystarczy przeciągnąć nieco moment powrotu po służbowych perturbacjach i można snuć się po tanich masażystach w Radissonie i zażywać spa w Hyatcie, podbijając efekt ulicy przeglądaniem indyjskiego wydania VOGUE – powiedzmy, że pełne zanurzenie.

Indra lubi takie klientki jak ja. Jestem biała – owszem. Jestem turystką. Mimo to nie noszę dżinsów, bojówek, t-shirtów, nie kupuję sukienek dla żeńskich trawelersów i płóciennych spodni z krokiem w kostkach w hipisowsko-rave’owe wzory. Indra to docenia i widzę w jej oczach aprobatę. Sama przyglądam się jej z uwagą. Nosi swoje sari jak prawdziwa dama, wyprostowana, nie robi żadnych gwałtownych ruchów. Pracuje dla niej cała armia krawców i krawcowych. Sama już nie szyje – przyjmuje zamówienia, rysuje projekty, zdejmuje miarę i pilnuje rozliczeń.

David poleca Linen Club Store – tu zazwyczaj kupuje materiały na koszule, marynarki, które potem szyje u Indry. Bele z materiałami zaczynają się już na ulicy. W środku półki, lada oraz niski stół do prezentowania tkanin. Ciemne drewno i zapach kadzidełek sprawiają, że po wejściu ze słońca obraz traci kontury. Na początek sprzedawca pokazuje najdroższe wyroby. Rzuca bele, materiał rozwija się w powietrzu i ląduje z impetem na stole.

– Bez sztucznych domieszek. Proszę zobaczyć. – sprzedawca wyciąga zapałki i podpala wystrzępioną krawędź. Gasi palcami i daje powąchać. – Pachnie jak spalone włosy, ponieważ jest całkowicie naturalny.

Nigdy za wiele zakupów z odpowiednią domieszką dramaturgii. Pierwsze pokazywane materiały nie są oczywiście tymi, których szukam. Dotykam kolejnych bel. Sprzedawca zdejmuje z półek te, nad którymi chwilę dłużej się zastanawiam. Na stole kłębi się już spora ilość fałd, z których wciąż nic nie wynika. Pytam znów o wściekłą czerwień. Sprzedawca uznaje być może, że już czas i zaprasza mnie na piętro. Idziemy wąskimi, stromymi schodami do pomieszczenia na pierwszym piętrze, gdzie zgromadzona jest kolejna pula tkanin i dwóch mężczyzn pijących herbatę z mlekiem i przyprawami. Szybko – czego nie należy mylić z nerwowością – opuszczają pokój. Wreszcie spod warstw niezbyt ciekawych propozycji sprzedawca wyciąga belę z czerwonym surowym jedwabiem w drobną jodełkę. Wiem, że jestem w domu, ale nie chcę zdradzić zachwytu – targowaniu się to nie pomaga. Proszę o odłożenie jedwabiu na bok, gdy poszukam jeszcze grafitowej cienkiej wełny. Ta znajduje się już stosunkowo szybko i czas przejść do ustalania ceny. Dziwię się, że zważywszy na czas spędzony w sklepie i poważne zakupy, sprzedawca nie oferuje mi herbaty, ale może to kwestia mojej płci, mimo że biała. A może jednak kupuję za mało. Po kilka metrów bieżących na sukienkę, spódnicę, tunikę. Niepoważne. Odgrywamy obowiązkowe targowanie się o cenę, aż obie strony osiągają konsensus i zadowoleni możemy się rozstać.

Indra przyjmuje tkaniny, przerysowuje je po swojemu mój projekt i każe wrócić za cztery dni. Mam tydzień.

Wpadam na jogę dla żon ambasadorów i biznesmenów. Prowadzi ją na zmianę z innymi siwiejąca Angielka. Spięta i nieśmiała, szczególnie wobec chwilowych uczennic, które będą tu tylko parę tygodni, a następnie znikną nie pozwalając jej na wytworzenie pozorów bezpieczeństwa.

Od kiedy nie piję joga, akupunktura i kilka innych spa treatments pomagają zachować urodę mimo czterdziestu lat egzystencji, w tym dwudziestu trzech picia i brania narkotyków. Trzeba się w odpowiednim momencie zreflektować i można dalej uprawiać cynizm, tym razem na trzeźwo, uwodząc wrażliwych dziennikarzy, a następnie wyjeżdżając.

Rupert, kolega Davida, pracuje dla Guardiana. Gdy tylko dzieje się w Bombaju coś ciekawego z perspektywy brytyjskiej jest zobowiązany dostarczyć na ten temat 5.000 znaków, a jeśli redakcja uzna za stosowne pociągnąć wątek, wtedy przeprowadza jakiś wywiad lub pisze dłuższy tekst podzielony na tysiąc jednozdaniowych akapitów strawnych dla czytelnika. Rupert, bystry, nigdy nie przestaje żartować – fasada. Wywołuje jednak wrażenie kogoś, kto szybko się zbliża. Nerwowość przetłumaczona na język gagów i zabaw słowami. Może właśnie dlatego, że jest w gruncie rzeczy nieśmiały, tak łatwo da się wykorzystać. To będzie krótki, ale miły stosunek. Rupert jest wysportowany – w wolnych chwilach uprawia rowerowe maratony – spoczniemy w jego mieszkaniu na poduszce podłogowej. Nawet nie zdejmiemy mi bluzki, podwiniemy jedynie spódnicę, będzie krótko, ale zmysłowo – niepraktykujący i wrażliwy z niego koleżka, dlatego.

W VOGUE India co druga reklama zachwala zalety biżuterii w stylu baśni tysiąca i jednej nocy. Reszta reklam to ślubne sari i kosmetyki. Jest kilka drapieżnych artykułów, na przykład krytyka restauracji Michelin – ignorują Indie, dlatego. Sesje modowe na poziomie kraju rozwijającego się. Nie zdążę zrozumieć dlaczego tak się dzieje. Nie zdążę się tym zainteresować.

Angielka jest jedną z tych osób, która brzydzi się ciałem, dlatego poświęca życie na ujarzmienie go. Gdy przychodzi dawać lekcje jogi, dotyka uczniów tylko w ostateczności, gdy werbalne komunikaty powtórzone na kilka sposobów zupełnie nie poskutkują. Koniuszkami palców dotknie wtedy czyjejś stopy, jakby podnosiła z podłogi brudną szmatę.

Niemka, młoda, przeciwnie. Dotyka bez oporów, przebiegnie koniuszkami palców po kręgosłupie przy jednym asanie, przy innym nogą naprostuje plecy i jeśli czuje niechęć dotykając spróchniałych stóp – świetnie to ukrywa. Puszcza muzykę przewidywalną, ale przenośny głośnik jest tak tani, że plumkanie pozostaje w tyle. Bawi się możliwościami, jakie daje głos. Lula grupę i jednocześnie bezlitośnie wyciska z żon wszystko co jeszcze da się z nich wycisnąć. No i ma perfekcyjne ciało. No może tylko nogi. W zasadzie tyłek, który ostro odcina się nagle od ud, jędrny, umięśniony. Wystający i okrągły jak u Afrykanek lub ciemnych Brazylijek. Zwarte ciało nie pozwala na zbyt duży biust, ale inne atrybuty pomagają wybaczyć.

Pierwszy termin u Indry to jeszcze przymiarki. Wchodzę za kotarę i zakładam sukienkę. Pierwsze wrażenie jest dość narcystyczne, ale i krawcowa podziela mój zachwyt. Przyglądamy się obie. Rękawy są za długie i za szerokie. Indra podwija zbędny materiał i sięga po kredę zaznaczyć ostateczne wymiary. Tunika i spódnica za długie, do skrócenia. Jestem umówiona na masaż, więc nie czekam na poprawki i prasowanie. Odbieram wszystko następnego dnia i żałuję, że nie zamówiłam u Indry czegoś więcej. Na Północy jej praca byłaby warta majątek, którego na Południu nie ma prawa sobie policzyć.

Angielka często powtarza, że dany asan jest energetyzujący, gdy ma się „dołek” lub że inny pomaga na dolegliwości menopauzalne. Na pewno dobrze o tym wie z własnego doświadczenia. Patrzenie na nią męczy. Gdy którąś z uczennic coś zaboli w barkach, w kręgosłupie coś strzeli, joginka spina się i cedzi:

– Dlatego właśnie proszę was o informowanie o wszelkich dolegliwościach zanim zaczniemy, a nie w trakcie ćwiczeń.

Te stałe mówią, ale te będące przelotem często nie dają jej szansy. Ja mówię, bo na starość mi życie miłe. Skoro nie piję, to równie dobrze mogę nie dać się połamać jakiejś przypadkowej trenerce jogi. Nie mówię jej o wypadku, bo to zbędna informacja, tylko o wrażliwych obszarach.

Wszystko kosztuje krocie, ale często jest i tyle warte. W Asia Hotel ceny są średnio wysokie, więc spodziewam się nie najgorszej obsługi. Wosk kładą mi na nogi dwie kosmetyczki na raz, co ma o tyle sens, że nogi mam dwie i długie, a przyjemność staje się krótsza. Manicure i pedicure idzie sprawnie. Szczególnie gdy przychodzi moment krótkiego masażu stóp i łydek, dłoni i przedramion. Odpływam i wybaczam kosmetyczkom, że w trakcie pracy oglądają bollywodzką telenowelę na telewizorze podwieszonym w rogu salonu. Następuje nakładanie lakieru i czar pryska. Nie dość że jedna warstwa, to lakier wychodzi poza paznokieć na skórki. No i niechybnie nadeszła właśnie przerwa na herbatę, którą obie panie mają w tym samym czasie. Ledwie starcza czasu na wyschnięcie lakieru, gdy zostaję w mało zawoalowany sposób wyproszona. Nad to wszystko marka lakieru: Revlon.

W takich właśnie momentach, gdy płacę i oczekuję perfekcji i profesjonalizmu, a to rzadko się spełnia, napiłabym się Bombay Sapphire. Gdzie jak nie tu.

W gazecie zupełnie inny rozkład informacji. W sekcji międzynarodowej dominują Chiny, Bliski Wschód, stosunkowo dużo wiadomości o Ameryce Południowej. Dodatek „Matrimonial Ads” nie daje mi zbyt wielu szans na ożenek. Mało które ogłoszenie nie precyzuje wymagań dotyczących kasty. Lekarze mają swoją kategorię, Muzułmanie, rozwodnicy i niepełnosprawni także. Ogłoszenia premium wyróżnione na pierwszej stronie dodatku to zaproszenia do składania ofert rodzin, które szukają pary dla syna bądź córki – „seeking alliance”. Większość natomiast szuka bladego partnera, bądź partnerki. O ile wybielające kosmetyki reklamowane w telewizji – The Healthy White Balm – działają, nikt nie powinien mieć problemu z odnalezieniem drugiej połówki, a rodzina – z wypełnieniem ubytku.

Sprawdza się Hyatt. Kadra wymusztrowana w nijakim międzynarodowym drylu komunikacji z klientem. Architektura? Brytyjski kij, hinduski barok. Najpierw zostaję zaprowadzona do spa dla kobiet, czyli łaźni. Obowiązkowo podajnik z wodą, plastykowe kubeczki, gazety, sauna, jacuzzi, ręczniki. Rozbieram się, zostawiam ubrania w szafce numer „15” i idę pod prysznic. Przy okazji, jak zawsze w takich przypadkach, przyglądam się innym kobietom. Ich kształtom, fakturze i kolorze skóry, włosom. Tu przekrój jest szczególnie bogaty. Młode i stare Japonki, Hinduski, i kilka białych, które przegrywają w przedbiegach ten konkurs piękności.

Kafelki pod prysznicem już obrastają kamieniem, a drzwi – drewniane – lakierowane lata temu, wilgoć wyjadła cały kolor. Blade deski zdają się kłamać, że hotel jest jednym z wiekowych pałacy, a łaźnia gościła niegdyś księżniczki i handlarzy herbatą. Po prysznicu siadam w jacuzzi. Nie jest to rezerwuar w obłym kształcie wanny. Woda pojawia się wśród ciemnozielonej glazury w podłodze. Stopy nikną na ukrytych w wodzie schodkach. Siadam na krawędzi basenu.

Mija kwadrans i zostaję poproszona do przebieralni. Młoda kobieta otwiera inną szafkę i prosi o przebranie się w jednorazowe majtki, szlafrok, kapcie, czepek na włosy. Następnie wychodzimy z łaźni i wchodzę do jednego z czterech osobnych pokoi z przygaszonym światłem i hinduskim ambientem. Zostaję przejęta przez kolejną kobietę, w zasadzie młodą dziewczynę.

Na podgrzewanym łóżku wmasowuje mi w skórę na całym ciele ciepłą i mokrą masę z gruboziarnistą solą przy okazji robiąc masaż. Potem pokazuje dłonią prysznic i prosi o zmycie soli. W tym czasie zmienia lniane ręczniki na nowe i kładzie na nich plastykową folię. Potem dziewczyna wciera we mnie bardzo tłustą maź. Przypomina balsam na bazie kokosa, ciężki i intensywny zapach jak Cocoa Butter z The Body Shop. Gruba biała warstwa zostaje zakryta folią, przykryta dwiema warstwami ręczników, temperatura łóżka podkręcona. Dziewczyna nie zapomina o stopach. Owija szczelnie, za co dostanie, jak na Południe, sowity napiwek. Przygasza światło jeszcze bardziej, a na oczach kładzie mi mały ręcznik. Wychodzi.

Czuję jak powoli tłusta maź rozpuszcza się na skórze i łączy z potem. Jest coraz goręcej. Czepek na włosy jest bardzo ścisły i zaczyna ćmić mnie głowa. Gdy dziewczyna wraca, proszę ją o zdjęcie czepka – ja jestem unieruchomiona. W bonusie dostaję masaż całej głowy ze szczególnym uwzględnieniem odciśniętych miejsc. Gdy wręczam jej napiwek przez chwilę zastanawiam się ile ma pensji. Ale tylko przez chwilę.

Śniadania w hotelu, który ma aspiracje. Dziś muzyka poważna towarzyszy omletom z pieczarkami i serem – dla tych, którzy nie są na diecie, oraz sałatkom owocowym, owsiance i świeżo wyciskanym sokom – dla większości. Jestem już zmęczona półtonami i trąbieniem i nagle znajduję Schuberta kojącego jak nigdy. Romantyczna symfonia? Smyki, jak dobry masaż, wołają: o Europo!

3 komentarze:

Anonimowy pisze...

ładnie, ale ja wciąż czekam na notkę "artyści2"!

dizzy pisze...

Zaglądam tu od czasu do czasu z nadzieją, że napiszesz coś więcej. Dobrze się czyta, a to rzadkość dzisiaj.

Piotr Adamczyk pisze...

Bukovska, byłaś na wyspie u Epsteina?