Wszyscy życzyli mi, żebym się wreszcie ustatkowała. Żeby mi wyszło z Paulem, Martinem, Tomem, czy Danielem. Ja życzyłam sobie namalowania tego jednego obrazu, który raz na zawsze określiłby moją artystyczną tożsamość. O to posądził mnie Philippe. Gdy zauważył, że nie jest, jak mu się na początku wydawało, w centrum mojego zainteresowania. Oskarżył mnie o narcyzm i skupienie na pielęgnacji własnego ego poprzez ekspozycję prac w mediach i na wystawach, zamiast skupianiu się na nim i inwestowaniu w naszą relację. Podczas jednego z naszych ostatnich spotkań dokleił mi etykietę „faceta”.
Faktycznie bardziej zależy mi na mojej pracy i karierze niż na „mojej dziewczynie”. Nie będę zaprzeczać. Spotkania towarzyskie, które mają na celu tylko i wyłącznie „przyjemność” socjalizacji to dla mnie irytująca strata czasu. Chyba, że będzie marszand, dziennikarka z działu kulturalnego, członek komisji przyznającej granty, albo inny zawód, który może coś w przyszłości załatwić, ułatwić, wylizać.
Wtedy mogę przyjść i udawać, że bawią mnie gry planszowe, upiekę naprawdę dobre ciasto – normalnie nie piekę, szkoda czasu – pomogę załatwić coś córce marszanda, czy chłopakowi dziennikarki.
(Tylko z tego powodu od lat znoszę humory pewnej muzyczki. Od czasu do czasu jest mi potrzebna, więc śmieję się z jej żartów. Nigdy nie wybuchłam, gdy między wierszami mnie krytykuje, a gdy ów przekaz wyciągnie się na światło dzienne, natychmiast mu zaprzecza. W innych okolicznościach wyśmiałabym ją zaraz po tym jak się poznałyśmy. Stroiła się wtedy na wielką alternatywną artystkę, ale że zanim ją poznałam wiedziałam kim jest i co może, to ma „przyjaciółkę”.)
Na wprowadzenie się Phillippe zgodziłam się dlatego, że życie w pojedynkę jest niepraktyczne. Ktoś musi podwieźć kabel, którego w ostatniej chwili zabrakło przed projekcją. Benzyna jest tańsza dzielona na pół. Phillippe poza tym miał wgrany przez ojca skrypt mężczyzny opiekuna, więc chętnie brał na siebie obie połowy rachunków. Nie tylko za benzynę. Mogłam się realizować. Ja jestem bardziej zajęta, mniej bywam w domu, więc to na niego spadały naturalnie różne obowiązki typu zakupy jedzenia, gotowanie, wynoszenie śmieci.
Rok zanim Philippe się wyprowadził jestem na drinkach u aktywistów opijających najnowszą publikację ich młodego domu wydawniczego. Książka zbierze porządne recenzje i ugruntuje pozycję wydawnictwa na rynku. Jeszcze tego nie wiadomo, ale już teraz wszyscy antycypują poczucie wpływu. Ja jestem i piję darmowe wino. Czerwone, bardzo wytrawne, rozgrzewające. To dobrze, bo jest zima. Stoję z trójką właśnie zapoznanych ludzi. Rozmawiamy o dwóch ostatnich premierach filmów, o przekąskach, którymi częstują. Jeżeli ktokolwiek tu ze mną flirtuje to Sylwia. Piękna, seksowna czterdziestka wypełniona tłuszczem i charyzmą. Producentka, matka trojga. Oprócz Sylwii stoi z nami grafik, który projektował okładkę opijanego wydawnictwa. Oraz jakiś jej kolega. Drobny, ma ładne rysy twarzy. Niepospolite. Zauważam dłonie, paznokcie. Można powiedzieć, że jest androgyniczny. Nie jestem zbyt aktywną uczestniczką tej interakcji i przeskakującej z tematu na temat rozmowy, ale chłopak wydaje się zainteresowany. Głównie treściami jakie wypowiadam. Trudno dostrzec, by zauważał inne moje, bardziej ewidentne walory.
Mój wobec niego dystans niwelują kolejne godziny wieczoru, nocy, kolejne lampki wina sprawiają, że poglądy, które wypowiada, nie wydają mi się aż tak kontrowersyjne, jak faktycznie mi się wydają. („Człowiek musi czasem nic nie robić.”) Długo rozmawiamy. Okazuje się, że jest o wiele starszy niż wygląda. Jestem zmęczona i smykałka powli wyślizguje mi się z rąk. On mnie w pewnym sensie osacza. Ani gospodarz, dla którego tu przyszłam, ani jego grafik nie śmieją nawet podejść do mnie. Nie wiadomo kiedy gospodarz wieczoru gości już tylko nas i Sylwię. Ta nie piła i oferuje odwiezienie. W samochodzie słuchamy nocnej audycji, która nastraja milcząco. Zanim jednak wysiądę pod swoją kamienicą on proponuje, otwarcie, przy naszym seksownym kierowcy, abyśmy jeszcze się spotkali. Zgadzam się. Nie chcę mi się uzasadniać, dlaczego się nie zgadzam. Wymieniamy się telefonami. On bierze mój, mówię „Karolina”. Wydzwania moją komórkę i mówi „Phillippe”.
Kiedy dzwoni, naprawdę mam wolny wieczór. Chcę go spędzić poza domem. Mam ochotę na dobrą kolację, więc pozwalam mu się na nią zabrać. Phillippe okazuje się bystrym rozmówcą. Jest piekielnie oczytany, ma ciekawe skojarzenia i refleksje. Słucha i potrafi ripostować. Jest dla mnie partnerem w rozmowie. Flirtuje z umiarem. W zasadzie nie można tego nazwać flirtem. To dla mnie ciekawa odmiana i abstrakcja, więc wchodzę w to jakbym zwiedzała obce miasto. Ale w Europie. I wybrał dobrą restaurację i niezłe wino. Lądujemy u mnie i uprawiamy seks pół nocy. Ma energię, a jednocześnie wsłuchuje się, jest otwarty na wskazówki. Seks był drugą, po wolnym wieczorze, motywacją do kontynuacji tej znajomości.
Wychodziło nam naprawdę profesjonalnie. Oboje regularnie dochodziliśmy. Stosunkowo często symultanicznie. Bawiliśmy się w wannie, z lustrami, w jogę, outdoor, stymulację online, jedzenie, po omacku, po bożemu.
Po kilku miesiącach znajomości zorientowałam się, że Philippe jest użyteczny nie tylko w łóżku. Potrafi skutecznie załatwiać różne przyziemne sprawy, których nie lubię dotykać. Jest sprawny także w papierach, pieniądzach, organizowaniu codziennej rzeczywistości. A może dziennej. W domenie nocnej chętnie uczestniczył, ale to ja nadawałam ton. Miałam wrażenie, że, jako umysł ścisły (otwarty przewód doktorski – badał strukturę kryształu), z pietyzmem traktował szczególnie moje twórcze zachowania. Gdy malowałam nie przeszkadzał mi. Na początku.
Więc wprowadził się.
Zaspokajaliśmy swoje potrzeby podstawowe i faktycznie łączyły nas momenty swoistych koalicji. W taki wieczór, który na przykład okazał się wypełniony hordą rozsierdzonych młodych matek, których, niezbyt duże i tak, mózgi zalane zostały falą doszczętnie ogłupiających hormonów. Gdzie fiksacja na rozwarciach, robieniu kup podczas porodów, łożyskach i mówieniu tej jednej obecnej, co jest w ciąży, jak to będzie, zdominowała wszelkie szczeliny spotkania. Gdzie oboje próbujemy zatamować ten ich animalizm i ponosimy kolejne porażki. Wszystkie próby. Staramy się rzucić przynęty do innych tematów, ale one cudownie zawsze okazują się mieć ścisły związek z łożyskami. Robimy faux-pas obfukując wszystkie rozmnożone samice i ostentacyjnie wkładamy płaszcze. Wychodząc w pół ich zdania wedle nich celnie ripostującego, bo „daliśmy się zagadać, zamiast coś sami zaproponować”. Śmieliśmy się jak dzieci, ja wtedy czułam, że jestem w jego wieku, bo jednak był młodszy, że nikt tego nie rozumie oprócz nas. Przy nim nie krępowałam się stosować deklaratywnych stwierdzeń, radykalnie skreślać całe społeczeństwo. Nie miałam poczucia, że się w ten sposób ośmieszam, że to naiwne.
Z czasem miałam jednak coraz mniejszą ochotę na seks. Phillippe zaczął być zazdrosny. Mówił, że się martwi, że nie żyję higienicznie kładąc się o czwartej, a wstając o dwunastej. Za mało i nieregularnie jem. Za dużo piję, palę, nie płacę rachunków na czas, co po prostu nie ma sensu, bo po co płacić więcej. Opowiadał jak za dziesięć lat przeprowadzi się na wieś pod miasto, wybuduje dom w sąsiedztwie swoich dziadków. Będzie miał czas na badania. Ta struktura. Duszności. Stale próbował trzymać mnie za rękę, gdy szliśmy. Za wiele razy mu na to pozwoliłam. Potem musiałam się tłumaczyć „dlaczego nie”. Tak wolno chodził. Zaczęło mnie to tak drażnić, że nie byłam w stanie pójść z nim „na spacer”. Na spacer! „Na boga”! Po co chodzić na spacer?? Do jedzenia chciał siadać do stołu, nie rozumiał jak można jeść na stojąco. Ciągle czytał. Mało pił, nie palił. Chciał, żebym zwolniła, bo robię sobie krzywdę.
Tak naprawdę był zazdrosny o pracę. Tymczasem ja wolałam wkładać id w malowanie niż rozmawiać z nim o tym jego zen. Nie chciałam poznać jego braci, ani przyjaciół. Wymawiałam się zbliżającym się wernisażem mojej wystawy, zmęczeniem, okresem.
Phillippe co miał mi dać to mi dał i więcej nie mógł, bo nie miał: pozycji społecznej, wpływów, pozycji medialnej. Były naturalne wyrwy.
Któregoś dnia po dziesięciu miesiącach Phillippe zaprosił wreszcie do nas Laszlo. To on był wydawcą u którego się poznaliśmy. Laszlo był starszy nawet ode mnie o przynajmniej dziesięć lat. Miał wszędzie znajomych. W galeriach, w instytucjach, w prasie, znał filmowców, pisarzy, fotografów, blogerów, muzyków, projektantów. Długo nie było go, gdyż podróżował po różnych dziurach robiąc research w poszukiwaniu autorów. Był postawny i cholernie pewny siebie. Bezczelny momentami. Zakochany w sobie jak ja. Phillippe zmęczył się mną i miał wkrótce wyprowadzić, a że spełnił swoją rolę, nie protestowałam.
14.4.11
Subskrybuj:
Posty (Atom)