20.4.10

żaden

Gorączka. Martin rozpływa się. We wrzątku. Stoję obok i patrzę na scenę. Na jebanie trupa. 38 stopni. Zdrowy substytut promili. Nic nie trzeba. Nic się nie czuje. Policzki byłyby czerwone i tak. Ruchy obłe. Rozmazane. Oczy świecące. Miękkie napuchnięte piersi.

Martin i inni dopuszczeni odlatują. Ja się pocę. I tak bym się pociła. Kładę głowę na ramieniu. Podnosząc ocieram twarzą i włosami o jego. Jesteśmy kwita.

Przyjmuję ich w domu. Podniecają ich okulary i dres. Nigdy nie składam im życzeń urodzinowych. Nie życzę miłego dnia. Nie pytam jak minął.

Brak komentarzy: