20.4.10

artyści1: JANEK

JANEK

Janek miał około czterdziestki i bujną przeszłość. Przeszedł, jak każdy szanujący się anarchista przez sznyty, heroinę i epizod w areszcie. Publikował przeciętne wiersze w czarno białych na ksero odbijanych gazetkach i chodził na demonstracje antyfutrzarskie. Od kilku lat nie imprezował już jak kiedyś i trzymał się nawet w pionie łagodząc niewygody okazjonalnym buszkiem.

Był oczywiście inteligentny. Wiadomo. Nie sypiam jedynie z idiotami. Raz na jakiś czas wykazywał się ostrzejszym żartem. Stale zaś obchodził się ze światem w sposób neurotyczny i porwany.

Tymczasem moje życie nie wiadomo kiedy wypełniło się jakąś nową burżuzją, rodzinami z dziećmi i ich niedzielnymi spacerkami i obiadkami u śliniących się bardziej niż niemowlaki babć. Rachunek zysków i strat wychodził in plus i musiałam ze względu na wynikające z tych spotkań kontakty biznesowe pojawiać się, uśmiechać, rozmawiać i udawać, że się świetnię bawię i mi na wszystkich zależy i dbam i zadzwonię w przyszłym tygodniu, mam na zbyciu dwa bilety do opery, czy czytałaś już najnowszą książkę Paulo Coehlo?

Kilka takich imprez pod rząd i poczułam znane mi bóle. A że Janek stale przypominał o swoim istnieniu pojawiając się w moim telefonie i skrzynce mejlowej, to postanowiłam zrobić z niego jakiś pożytek. Nie tylko dla siebie. Żeby on też coś miał z życia. Prawdopodobnie takie spotkanie ze mną będzie jednym z ważniejszych wydarzeń w jego procesie starzenia.

Nie było jednak mowy o pójściu do łóżka. Jankowi obce było pojęcie estetyki. Miał tłuste włosy, żółte zęby i fatalny gust gdy kleił w jedną całość nakładane na siebie ubrania. Postanowiłam jednak skłonić go do zabrania mnie w grono jego znajomych i pełna wiary w rachunek prawdopodobieństwa zapoznać się z jakimś Jankiem w wersji upgrade’owanej. Tak poznałam Heńka.

żaden

Gorączka. Martin rozpływa się. We wrzątku. Stoję obok i patrzę na scenę. Na jebanie trupa. 38 stopni. Zdrowy substytut promili. Nic nie trzeba. Nic się nie czuje. Policzki byłyby czerwone i tak. Ruchy obłe. Rozmazane. Oczy świecące. Miękkie napuchnięte piersi.

Martin i inni dopuszczeni odlatują. Ja się pocę. I tak bym się pociła. Kładę głowę na ramieniu. Podnosząc ocieram twarzą i włosami o jego. Jesteśmy kwita.

Przyjmuję ich w domu. Podniecają ich okulary i dres. Nigdy nie składam im życzeń urodzinowych. Nie życzę miłego dnia. Nie pytam jak minął.