Jest jedenasta.
Pocę się. Jest gorąco. Duszno. Wachluję gazetą. Lecą fale gorącego. Lepsze to niż gęstość stojąca jak galareta. Kropla łaskocze. Powoli spływając z górnej powieki, przez skroń. Ginie we włosach. Brakuje oddechu na zdania złożone.
Leżysz obok. Też kapiesz. Opierasz się na łokciach wetkniętych w kamienistą plażę. Marszczysz skórę wokół oczu. Za jasno. Patrzysz na swoje stopy? Może dalej. Pot ci spływa na brodę. Zatrzymuje się na włosach na brodzie. Łaskocze?
Ta twoja broda, co przyprawia mnie o ciarki. Nie gól się nigdy zbyt dokładnie. Ty wiesz to. I nie golisz, mimo że podczas rozmów via nokia, włosy na twojej twarzy dostają się między przyciski telefonu i nieprzyjemnie się ciągną.
Głowa mi opada w przeciwną stronę. Trzy metry dalej leży grupa nastolatków. Jeden bardziej rozwinięty od reszty. Stoi. Wysoki. Mięśnie. Szczupły. Opalony. Wyszedł właśnie z wody. Ścieka z niego niepot. Stopą grzebie w kamieniach. Z mojej perspektywy najlepiej widzę stopy. Następne są łydki. Kolana. Uda. Penis. Wklęsłości okołobiodrowe. Dłonie. Brzuch. Łokcie. Klatka piersiowa. Szerokie ramiona. Szyja. U szczytu osadzona jest głowa z potarganiem.
Podnoszę głowę. Potem wznoszę się na łokcie. Przez chwilę moja gładka broda jest wypoziomowana z twoją chropowatą. Dalej patrzysz dalej. Ja odwracam się na brzuch. Turlnięciem takim. Podnoszę pupę. Tors, głowa i wyciągnięte ręce ciągną się za tą pupą jak zwłoki. Nie można za szybko, bo pot. Ale w rezultacie, w końcu, siedzę z podwiniętymi nogami tyłem do wody. Jeszcze chwila, moment i zaczynam powoli zbliżać się na czworaka w stronę mokrego młodego chłopaka. W kolana wbijają mi się małe kamienie, ale koncentruję się na celu i mniej boli. Każdy ruch nóg i rąk jest zwolniony do iluzji braku ruchu. Nauczyłam się tego od polującej kotki, która ilustrowała swym stylem łowieckim paradoks ruchu pana Zenona z Elei. Ty w końcu jednak zauważasz ów bezruch. Opierasz się dalej na łokciach i reagujesz ściągnięciem brwi. Zmarszczeniem czoła. To wszystko. Spociłbyś się mając wykonać bardziej ekspresyjny ruch. A wiadomo po co? Nie. Więc po co.
Ja powoli raczkuję. Nie patrząc się w oczy młodemu, bo też stoi nieco bokiem. Nie widzi mnie. Lezę, pełzam do niego. Czuję jak te kamienie porobiły już na kolanach i wewnętrznej stronie dłoni czerwone ślady. Słońce grzeje krzyż. Ramiona. Piersi w tej pozycji odkształcają się w lejki, tyłek faluje jak echo pleców.
Sunę.
Proporcje chłopaka zmieniły się. Jego centrum wybija się na prowadzenie. Wreszcie mnie zauważa i obraca się. Patrzy. Też ściągnął brwi. Nie widzę ich, ale czuję to. Klękam i wyciągam dłonie w stronę jego szortów. Wsadzam wskazujące palce za gumkę i leniwie odciągam na pół centymentra. Przesuwam palce w lewo i prawo. Ukryte treści powoli zaczynają się ujawniać. Szorty puchną w oczach.
Uch.
Ach.
Wciąż nie spojrzawszy się na jego twarz, zaczynam powolutku zsuwać w dół pokolorowaną młodzieżowo kiedyś kratkę Burberry. Jego penis wyskakuje na wolność. Spodenki odsłaniają białą pupę, mijają uda, kolana, łydki, kostki, kończą w kamieniach. Królewicz jest nagi.
Prawą dłoń wsuwam między jego
ciepłe
mokre
opalone
umięśnione
nogi i sunę nią do góry aż napotkam opór w postaci dwóch krągłych fabryk plemników. Głaszczę. Powoli. Lewą dłoń kładę na jego prawej kości biodrowej, wyobrażając sobie, że to moja własna. Przechodzą mnie ciarki. Chciałabym mieć trzecią rękę, by móc dotknąć i dotykać siebie. Chciałabym, żeby była tu twoja była narzeczona, którą miałam okazję poznać zbyt blisko na imieninach przyjaciółki, na które nie poszedłeś, bo robiłeś sesję. Wypiliśmy wszyscy co nie miara, dla żartu objęłam ją i tak zostało. Nagle zdałam sobie sprawę, że masuję ją nie-przyjaźnie, nie za bardzo po koleżeńsku, że i jej i mi przechodzą od tego ciarki. Nagle jesteśmy w garderobie, w której ssiemy nawzajem swoje wargi, drażnimy sutki przez bluzki i to wszystko jest bardzo na miejscu. Chciałabym, żeby ona tu teraz była, za mną, klęczała analogicznie do tego jak ja to robię, żebym czuła na plecach jej piersi i jej zęby delikatnie wkłuwające się w mój kark i jej palce między moimi nogami tak głęboko, jak tylko uda jej się we mnie sięgnąć. Tymczasem plecy ogrzewa mi słońce i jest mi wystarczająco mokro.
Otwieram usta i wyciągam koniuszek języka. Zaczepiam o czubek jego penisa. Podlizuję delikatnie, a on podskakuje odrobinę i wyrywa się, żyje. Lewą ręką ukracam więc tę wolność i kontroluję sytuację u źródeł. Podlizuję się.
Po tym namaszczeniu zaczynam powoli wkładać sobie te niemoje mięsiste treści do moich ust. Jeżdżę tak sobie w te i we wte uważając na zęby. Sprawa zawsze delikatna. Zastanawiam się przy okazji, jak twoja eks by mnie lizała. A ja? Jak ją. W środku ust, na scenie dla nikogo niewidocznej, język wre. Na zewnątrz zaś penetracja sąsiedztwa. Wewnętrzna strona ud, plemnikolandia, pupa, biodra, brzuch. Sięgam też jego sutków. Jakbym je chciała rozmazać. Ssę coraz mocniej. Ruszam głową coraz szybciej. Oddycham też adekwatnie. Czuję, że i on ma silną reakcję. Za chwilę on zadrży, a moje usta wypełnią się delikatnie słodko-gorzkawą esencją, którą będę wysysać, łykać, wysysać, łykać, wysysać z tego jakże stabilnego źródła. Gdy wylew ustanie, a stanie zacznie powoli mi zwisać, wysunę się, pożeganalnie liznę jeszcze raz "i było sobie życie", głasnę uda, łydki.
Póki co jednak nie przestaję ssać. Choroba sieroca przybiera różne formy.
6.2.10
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz