31.10.10

listy

Kochana Karolino,

Na wstępie dziękuję za te zdjęcia, niektóre takie tajemnicze. Trochę tam mało Ciebie, ale ładne widoczki. Widać, że tam o wiele cieplej.

Piszesz, że nie wiesz kiedy przylecisz następnym razem. Czyżbyś Dziecino udawała się na emigrację? Przykro mi, że oddalasz się coraz bardziej. Jesteś pewna, że te kolejne kroki są Twoimi pomysłami, a nie narzuconymi z kosmosu, a wcześniej wysłanymi z ziemi przez niezbyt przyjazną Ci i nam istotę? Sztuka tych oddziaływań polega chyba na tym, że są trudno rozpoznawalne. Nie czujesz jakichś dziwnych manipulacji, które dzieją się gdzieś obok Ciebie i Twoich znajomych? Proszę Cię, ja jeszcze nie zwariowałam, ale wydaje mi się, że może mam jakiś "sejsmograf", który pozwala mi na odbieranie tych dziwnych sygnałów; ale ubolewam,że nie mogę w jakiś sposób zapobiec pewnym niebezpiecznym tendencjom. Czy Ty jesteś pewna, że sama o sobie decydujesz, przynajmniej w tym zakresie, w którym na ogół mamy poczucie, że to my decydujemy o sobie? Wręcz obawiam się, czy nie grozi Ci jakieś fizyczne niebezpieczeństwo, ale to pewnie też lęki wywołane tym wypadkiem taty, niezupełnie zrozumiałym; tak, wiem oczywiście, że wypadki się zdarzają, ale proszę, uważaj na siebie.

Mama

P.S.
Gdybyś jednak wybrała się do nas w jakimś nie bardzo odległym terminie, to przecież nie musisz zatrzymywać się w hotelu. Wiem, że jesteś już przyzwyczajona do pewnego standardu, ale mogłabyś zostać u nas w domu. Może nawet tata odmalowałby kuchnię, żebyś nie czuła dyskomfortu. Pozdrawiam serdecznie i nie miej mnie za wariatkę; przepraszam, nie chciałam Cię wprowadzać w stan różnych obaw, ale czasem trochę dbałości o siebie przydaje nam się, a dość często o niej zapominamy pędząc dokądś lub zapadając w pewnego rodzaju letarg.
Uściski.

20.4.10

artyści1: JANEK

JANEK

Janek miał około czterdziestki i bujną przeszłość. Przeszedł, jak każdy szanujący się anarchista przez sznyty, heroinę i epizod w areszcie. Publikował przeciętne wiersze w czarno białych na ksero odbijanych gazetkach i chodził na demonstracje antyfutrzarskie. Od kilku lat nie imprezował już jak kiedyś i trzymał się nawet w pionie łagodząc niewygody okazjonalnym buszkiem.

Był oczywiście inteligentny. Wiadomo. Nie sypiam jedynie z idiotami. Raz na jakiś czas wykazywał się ostrzejszym żartem. Stale zaś obchodził się ze światem w sposób neurotyczny i porwany.

Tymczasem moje życie nie wiadomo kiedy wypełniło się jakąś nową burżuzją, rodzinami z dziećmi i ich niedzielnymi spacerkami i obiadkami u śliniących się bardziej niż niemowlaki babć. Rachunek zysków i strat wychodził in plus i musiałam ze względu na wynikające z tych spotkań kontakty biznesowe pojawiać się, uśmiechać, rozmawiać i udawać, że się świetnię bawię i mi na wszystkich zależy i dbam i zadzwonię w przyszłym tygodniu, mam na zbyciu dwa bilety do opery, czy czytałaś już najnowszą książkę Paulo Coehlo?

Kilka takich imprez pod rząd i poczułam znane mi bóle. A że Janek stale przypominał o swoim istnieniu pojawiając się w moim telefonie i skrzynce mejlowej, to postanowiłam zrobić z niego jakiś pożytek. Nie tylko dla siebie. Żeby on też coś miał z życia. Prawdopodobnie takie spotkanie ze mną będzie jednym z ważniejszych wydarzeń w jego procesie starzenia.

Nie było jednak mowy o pójściu do łóżka. Jankowi obce było pojęcie estetyki. Miał tłuste włosy, żółte zęby i fatalny gust gdy kleił w jedną całość nakładane na siebie ubrania. Postanowiłam jednak skłonić go do zabrania mnie w grono jego znajomych i pełna wiary w rachunek prawdopodobieństwa zapoznać się z jakimś Jankiem w wersji upgrade’owanej. Tak poznałam Heńka.

żaden

Gorączka. Martin rozpływa się. We wrzątku. Stoję obok i patrzę na scenę. Na jebanie trupa. 38 stopni. Zdrowy substytut promili. Nic nie trzeba. Nic się nie czuje. Policzki byłyby czerwone i tak. Ruchy obłe. Rozmazane. Oczy świecące. Miękkie napuchnięte piersi.

Martin i inni dopuszczeni odlatują. Ja się pocę. I tak bym się pociła. Kładę głowę na ramieniu. Podnosząc ocieram twarzą i włosami o jego. Jesteśmy kwita.

Przyjmuję ich w domu. Podniecają ich okulary i dres. Nigdy nie składam im życzeń urodzinowych. Nie życzę miłego dnia. Nie pytam jak minął.

6.2.10

upalny

Jest jedenasta.

Pocę się. Jest gorąco. Duszno. Wachluję gazetą. Lecą fale gorącego. Lepsze to niż gęstość stojąca jak galareta. Kropla łaskocze. Powoli spływając z górnej powieki, przez skroń. Ginie we włosach. Brakuje oddechu na zdania złożone.

Leżysz obok. Też kapiesz. Opierasz się na łokciach wetkniętych w kamienistą plażę. Marszczysz skórę wokół oczu. Za jasno. Patrzysz na swoje stopy? Może dalej. Pot ci spływa na brodę. Zatrzymuje się na włosach na brodzie. Łaskocze?

Ta twoja broda, co przyprawia mnie o ciarki. Nie gól się nigdy zbyt dokładnie. Ty wiesz to. I nie golisz, mimo że podczas rozmów via nokia, włosy na twojej twarzy dostają się między przyciski telefonu i nieprzyjemnie się ciągną.

Głowa mi opada w przeciwną stronę. Trzy metry dalej leży grupa nastolatków. Jeden bardziej rozwinięty od reszty. Stoi. Wysoki. Mięśnie. Szczupły. Opalony. Wyszedł właśnie z wody. Ścieka z niego niepot. Stopą grzebie w kamieniach. Z mojej perspektywy najlepiej widzę stopy. Następne są łydki. Kolana. Uda. Penis. Wklęsłości okołobiodrowe. Dłonie. Brzuch. Łokcie. Klatka piersiowa. Szerokie ramiona. Szyja. U szczytu osadzona jest głowa z potarganiem.

Podnoszę głowę. Potem wznoszę się na łokcie. Przez chwilę moja gładka broda jest wypoziomowana z twoją chropowatą. Dalej patrzysz dalej. Ja odwracam się na brzuch. Turlnięciem takim. Podnoszę pupę. Tors, głowa i wyciągnięte ręce ciągną się za tą pupą jak zwłoki. Nie można za szybko, bo pot. Ale w rezultacie, w końcu, siedzę z podwiniętymi nogami tyłem do wody. Jeszcze chwila, moment i zaczynam powoli zbliżać się na czworaka w stronę mokrego młodego chłopaka. W kolana wbijają mi się małe kamienie, ale koncentruję się na celu i mniej boli. Każdy ruch nóg i rąk jest zwolniony do iluzji braku ruchu. Nauczyłam się tego od polującej kotki, która ilustrowała swym stylem łowieckim paradoks ruchu pana Zenona z Elei. Ty w końcu jednak zauważasz ów bezruch. Opierasz się dalej na łokciach i reagujesz ściągnięciem brwi. Zmarszczeniem czoła. To wszystko. Spociłbyś się mając wykonać bardziej ekspresyjny ruch. A wiadomo po co? Nie. Więc po co.

Ja powoli raczkuję. Nie patrząc się w oczy młodemu, bo też stoi nieco bokiem. Nie widzi mnie. Lezę, pełzam do niego. Czuję jak te kamienie porobiły już na kolanach i wewnętrznej stronie dłoni czerwone ślady. Słońce grzeje krzyż. Ramiona. Piersi w tej pozycji odkształcają się w lejki, tyłek faluje jak echo pleców.

Sunę.

Proporcje chłopaka zmieniły się. Jego centrum wybija się na prowadzenie. Wreszcie mnie zauważa i obraca się. Patrzy. Też ściągnął brwi. Nie widzę ich, ale czuję to. Klękam i wyciągam dłonie w stronę jego szortów. Wsadzam wskazujące palce za gumkę i leniwie odciągam na pół centymentra. Przesuwam palce w lewo i prawo. Ukryte treści powoli zaczynają się ujawniać. Szorty puchną w oczach.

Uch.

Ach.

Wciąż nie spojrzawszy się na jego twarz, zaczynam powolutku zsuwać w dół pokolorowaną młodzieżowo kiedyś kratkę Burberry. Jego penis wyskakuje na wolność. Spodenki odsłaniają białą pupę, mijają uda, kolana, łydki, kostki, kończą w kamieniach. Królewicz jest nagi.

Prawą dłoń wsuwam między jego
ciepłe
mokre
opalone
umięśnione
nogi i sunę nią do góry aż napotkam opór w postaci dwóch krągłych fabryk plemników. Głaszczę. Powoli. Lewą dłoń kładę na jego prawej kości biodrowej, wyobrażając sobie, że to moja własna. Przechodzą mnie ciarki. Chciałabym mieć trzecią rękę, by móc dotknąć i dotykać siebie. Chciałabym, żeby była tu twoja była narzeczona, którą miałam okazję poznać zbyt blisko na imieninach przyjaciółki, na które nie poszedłeś, bo robiłeś sesję. Wypiliśmy wszyscy co nie miara, dla żartu objęłam ją i tak zostało. Nagle zdałam sobie sprawę, że masuję ją nie-przyjaźnie, nie za bardzo po koleżeńsku, że i jej i mi przechodzą od tego ciarki. Nagle jesteśmy w garderobie, w której ssiemy nawzajem swoje wargi, drażnimy sutki przez bluzki i to wszystko jest bardzo na miejscu. Chciałabym, żeby ona tu teraz była, za mną, klęczała analogicznie do tego jak ja to robię, żebym czuła na plecach jej piersi i jej zęby delikatnie wkłuwające się w mój kark i jej palce między moimi nogami tak głęboko, jak tylko uda jej się we mnie sięgnąć. Tymczasem plecy ogrzewa mi słońce i jest mi wystarczająco mokro.

Otwieram usta i wyciągam koniuszek języka. Zaczepiam o czubek jego penisa. Podlizuję delikatnie, a on podskakuje odrobinę i wyrywa się, żyje. Lewą ręką ukracam więc tę wolność i kontroluję sytuację u źródeł. Podlizuję się.

Po tym namaszczeniu zaczynam powoli wkładać sobie te niemoje mięsiste treści do moich ust. Jeżdżę tak sobie w te i we wte uważając na zęby. Sprawa zawsze delikatna. Zastanawiam się przy okazji, jak twoja eks by mnie lizała. A ja? Jak ją. W środku ust, na scenie dla nikogo niewidocznej, język wre. Na zewnątrz zaś penetracja sąsiedztwa. Wewnętrzna strona ud, plemnikolandia, pupa, biodra, brzuch. Sięgam też jego sutków. Jakbym je chciała rozmazać. Ssę coraz mocniej. Ruszam głową coraz szybciej. Oddycham też adekwatnie. Czuję, że i on ma silną reakcję. Za chwilę on zadrży, a moje usta wypełnią się delikatnie słodko-gorzkawą esencją, którą będę wysysać, łykać, wysysać, łykać, wysysać z tego jakże stabilnego źródła. Gdy wylew ustanie, a stanie zacznie powoli mi zwisać, wysunę się, pożeganalnie liznę jeszcze raz "i było sobie życie", głasnę uda, łydki.

Póki co jednak nie przestaję ssać. Choroba sieroca przybiera różne formy.