Choroby zawsze mnie nudziły. Oglądałam wtedy ulubione filmy, spałam, nie mogłam pić, ani palić, czy wciągać przez zatkany nos. Czułam się nieatrakcyjna, zmęczona, nade wszystko jednak znudzona.
Tamten miesiąc spędzałam w jakimś deszczowym miejscu. Owianym złą reputacją. Nieprzyjaznym. Kobiety i mężczyźni mieszkający tam od dziecka musieli hodować gruboskórność. Hołubić cierpkość. Nie było to forum dla różowych koronek. Frędzelków. Leżałam w łóżku trzeci dzień. Niefortunne wyjście na wiatr i deszcz w przykrótkiej spódnicy. Charczące w restauracji dzieci. Uwolniona zaraza. Maligna skutecznie przeniosła mnie w stan odmienny od przytomnego. Było to przyjemne. Spałam, oglądałam film, znów zasypiałam. Śniły mi się przydługie sny. Leżałam wybudzając się z nich powoli, rozważając alternatywy dla fabuły. Po kilku dniach zaczęłam dochodzić. Niestety do siebie.
Świat zewnętrzny zaktywizował się. Był piątek. Motłoch musi się bawić. Dobrze bawić. Nadeszły wiadomości tekstowe, rozdzwonił się telefon. Łącząc się ze mną w formie półproduktu. Gotowego tak samo do rozsypania się z powrotem na cząstki elementarne, jak i do pełnego wyrośnięcia. Zmęczenie na chwilę przytłumione odespaniem.
- Tak, wpadnę na chwilę. – pada werdykt. Biorę orzeźwiający prysznic, ubieram się bez fajerwerków, wychodzę z mocnym postanowieniem poprawy.
Powolnie kieruję kroki. Świadoma, iż plan picia tego wieczoru herbaty jest tylko sprytnym (?) zabiegiem stopniowania upadku. Zaczyna się więc od wódki z tonikiem w proporcjach obiecujących szybkie zbawienie i wieczne odpuszczenie. Jedna z podniszczonych pań, po których widać już wiek i alkohol, coś mówi do mnie. Nie przestaje. Ile to zdań. Biada. Trzy kieliszki potem jestem już w stanie znów palić papierosy i podrywać kolejnego mężczyznę nieobecnej kobiety. Jako posłuszna żona została z dziećmi w domu. Błąd. Ja i mój przybłęda udajemy się więc do sypialni dla gości. Tam, przez całą noc, będziemy rżnąć się – oczywiście bez gumki - niezbyt wyrafinowanie. Jesteśmy zbyt pijani.
Budzę się wcześnie rano trochę od mdłości, trochę od fiuta, który usiłuje penetrować moje wnętrze. W rezultacie ląduję nad kiblem i zmuszam się do wymiotów. Nie za bardzo jest jednak czym rzygać. Od kiedy byłam chora, jadłam naprawdę sporadycznie. Potem domowej roboty płukanie żołądka. Herbata. Kibel. Herbata. Kibel. Z muszli radośnie macha wewnętrzny kisiel. Brzuch z płaskiego zapada się w cudowną wklęsłość. Głowa boli jak rzadko. Kilka godzin później taksówka zabiera mnie z powrotem do mojego łóżka i odlatuję w głęboki sen.
Śni mi się. Drewniana chatka w górach. Ach. Piec. Koce jakieś. Brak akcji.
Budzę się wieczorem z ciałem gotowym do dalszej regeneracji. Jem. Dużo. Kac przeszedł. Przypominam sobie, że mam grypę. Połykam 1000mg dawkę paracetamolu i znów zapadam w sen. Budzę się po północy. Jest o wiele gorzej. Spod kaca i grypy znów prześwituje nuda.
7.12.09
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
1 komentarz:
Bukovska, zdecyduj się, piszesz czy nie piszesz, bo my tu nie bedziemy czekać w nieskończoność.
Prześlij komentarz