7.10.09

piórka

Jean ręce miał upaprane w farbie. Pod paznokciami. Opuszki zalane papilarne linie. Malowaliśmy reprodukcję jednego z moich bardziej znanych obrazów. Zamówienie przyszło jako ASAP, bo klientka koniecznie musiała Moje powiesić na Swojej Ścianie zanim wyprawi 40-tkę. Wypadało wtedy mieć Moje na Swoim.

Z Jean'em znaliśmy się od niecałego miesiąca. Znał moje rzeczy i w Le Couture na zasadzie ludzkiego łańcucha pokarmowego doszło między nami do konsumpcji treści moich prac. Dyskutowaliśmy o jego interpretacji oraz percepcji prac w zestawach jako zespołów znaczeń niekiedy sobie zaprzeczających.

Tego wieczoru wylądowaliśmy u mnie z moimi i jego przyjaciółmi. Nowa Zelandia, Francja, Polska, Meksyk. Przepiliśmy przegraliśmy przegięliśmy całą noc. Było OK. Zazwyczaj ograniczone są granice. Kręcenia mnie przez sytuację czy człowieka, stąd większość zwyczajnie żenuje mnie, nie mogę wzbudzić w sobie szacunku. Pogardzam. Mało kto zasługuje tak naprawdę na moją uwagę i czas. Większość zawsze ma jakiś ubytek niewypełniony bądź zaleczony co niestety nie uchodzi mojej uwadze.

(Nie chce mi się. Mogę pożądać, lubić, być względnie zainteresowana/ciekawa, ale to wszystko jest chłodne i wycofane. Nie wjeżdżam. Nie mam po co.)

Następnego razu ten sam towarzyski zestaw zaparkował w lofcie jego mieszkania. Natychmiast wyhaczyłam główny motyw wzoru jego ścian. Stosy fot jego i jakiejś laski nieomal dorównującej mi urodą. Widzę takie rzeczy nawet, gdy podawane są w ilościach minimalnych, nie tylko dlatego, że jestem bardzo spostrzegawcza, ale głównie ze względu na ciągoty do gier strategicznych.

Skonstatowałam zatem, że mamy do czynienia z Jednostką wywodzącą się z Dwójcy, i chwalmy pana. Biorąc pod uwagę moją lodowatość, wycofanie i fatalność charakteru jak u Vicomte De Valmont, nie ruszyło mnie to mocniej niż erzac, ale powiedzmy zmotywowało do ruszenia na podbój. Cóż. Zepsucie materiału zaszło być może ciut za daleko. Kontynuowaliśmy zatem znajomość na poziomie tak zwanych mentalnych przyjaciół. Rozmawialiśmy i żartowaliśmy dużo. Poczucie humoru tak często poważnie kuleje u tych szczekających do mnie kundli, a ten mnie nawet bawił. Przy okazji istotna okazała się zawartość jego muzycznej bazy. Od dawna szukałam kilku płyt, które posiadał.

Jean wydawał mi się podobny do mnie. Jechał chłodno wbijając szpila za szpilą, by potem oferować pomoc przy jakiś codziennych przyziemnych sytuacjach. Oczywiście w moim przypadku taki behawior umotywowany jest jedynie późniejszym zyskiem wynikającym ze społeczno-psychologicznej zasady wzajemności. On zaś faktycznie był słowny i adekwatnie zasadniczy, więc zapowiadał się ubaw.

We wrześniu jechałam na dwa miesiące do Hiszpanii. Rozstałam się więc z ekipą, którą się staliśmy i wyalienowałam się na warsztatach wspieranych przez Struktury. Moje projekty indywidualne schowałam w kieszeń, przyklepałam i odłożyłam na potem tak samo jak życie towarzyskie - potrafię. Teraz był czas na ćwiczenie współistnienia w zespole oraz pracy na temat. Ów czas jednakowoż nie mógł trwać przez cały warsztat. Bez przesady. Żeby poćwiczyć swoje leadership skills, zorganizowałam dla wszystkich z ekipy weekend w Hiszpanii ze mną. Dla mnie.

Kwestię łóżek w zarezerwowanych przeze mnie pokojach pominęłam z tylko sobie znaną gracją(?). Podparłam się kulturowo-gender'owym tłem wycieczki korespondującym z moimi warsztatami i rozdysponowałam klucze (które docelowo miały doprowadzić niektórych z nas do szału...) i zabrałam Jean'a do naszego chwilowego schronienia przed zapierdalającymi wokół standardami typu świętość związku małżeńskiego etc.

W klubie za winklem zainspirowana dobrą mieszanką poza-mainstream'owego reggea, funk i soul, tańczyłam przed Jean'em, który stał, palił papierosy i patrzył się na mnie z subtelnym uśmiechem zdradzającym raczej oczywiste urzeczenie. Z deka znad deka, jednego, drugiego, mniej delikatnie patrzył się DJ. Skończył set pod dyktando właścicieli klubu i licząc na małe ze mną tête à tête, zaprosił nas wszystkich dalej. Mamrotaliśmy więc w głębi mrocznego gejowskiego klubu z muzyczną kontynuacją poprzedniego lokalu wciąż trzymając się na dystans.

W końcu nastąpiła jednak piąta rano. Z cienia ujawnił się hotel, a w nim tania scenka: ja i Jean siedzący na łóżku. Zmęczeni, bo musi być z muśnięciem dramatyzmu. Prysznice zmywają ślady tańca, bo musi być z odrobiną poezji. Siedzimy przed sobą. Jean jest zapatrzony, ale i zmieszany. Żeby było przyziemnie.

Piąta rano. Siedzę w półprzezroczystych turkusowych koronkowych majtkach i koszulce na ramiączka z napisem PANKA (otrzymaną z okazji wernisażu w Sosnowcu od artystki postpunkowej Ani F.). Rozpuszczone włosy. Prawą nogę mam podwiniętą, lewa z łóżka się ulewa. Paznokcie u stóp świecą kanarkową żółcią. Jean kładzie swoją dłoń na moim udzie i jedzie:

- Poznajesz mnie w interesującym momencie mojego życia. Jestem żonaty. W separacji. Dwa miesiące temu obciąłem włosy, znalazłem nową pracę, rzuciłem starą, za dwa miesiące rzucę też to miasto.

Przez chwilę odnoszę wrażenie, że Jean zna twórczość Marcina Świetlickiego, czy też zwyczajnie zgrywa typowego patetycznego egzaltowanego krakusa, a przecież wódki nie pije.

Być może w celu pogłębienia tego wizerunku całuje mnie w skroń, łuk brwiowy, policzek, usta. Całuje miękko. Przewidywalnie, ale sympatycznie. Siedzimy przed sobą. Mam koronkowe turkusowe majtki. Rozpuszczone włosy. Jean trzyma swoją dłoń na moim udzie. Całuje. Pełnymi zdaniami się całujemy (sic!). Usta owszem oboje mamy duże i pełne. Myślę o tym z boku. Jak o raczej tanim teledysku.

Jean nie zamyka oczu. Całuje górną wargę. Całuje dolną. Dolną. Górną. Ssie. Podsysa. Zauważam, że ma zawsze otwarte oczy. Duże oczy, które zawsze odpływają gdzieś w bok jakby się zastanawiał aka degustował. Być może patrzy się w kąt pokoju hotelowego, ale na pewno go nie widzi. Ja patrzę na jego oczy. Obserwuję go sobie, a jego to nie krępuje. Ciekawe.

Jego ręka z uda przenosi się na talię. Przysunięcie. Bliżej. Druga wjeżdża we włosy. Trzyma sobie mnie. Całuje. Podlizuje. Podsysa. Zaczepia koniuszkiem języka moje usta, powraca do brew, zaczepia rzęsy. Moknę. Odwijam nogę. Owijam się wokół jego bioder. Przyciągam się do niego. Tak myślałam, że będzie dobry.

Całowanie. Głaskanie. Zmysłowość. Powoli. Powoli. Powoli. Przyspieszająca. Powoli nabierająca tempa i erotycznej dynamiki. On się położy na plecach. Ja przesunę swoje dłonie od jego głowy po ramionach, dłoniach, kciukami pociągnę po wgłębieniach jego bioder. Dużo jest w ciele punktów zapalnych i dorośli powinni znać je wszystkie. Pocałuję wystające kości biodrowe. Pocałuję dłoń, brzuch będę całować, lizać, siebie dotykać, jego dłoń położę mu na brzuchu, przeciągnę ją po nim, potem po swojej twarzy, pocałuję, pogłaszczę prawe udo łydkę stopę ma zimną, rękę wsunę pod jego plecy, podrapię zjeżdżając w dół, do siebie, żeby tam ją zostawić i potem dalej.

Pada. My. Cicho oddycha. Jest gładki i pachnie. Całkiem estetyczny.

- Ty się inaczej ruszasz. Podoba mi się jak się ruszasz.

Oczywiście.

Jean ma prawo trzymać mnie w Hiszpanii za rękę, gdy idziemy na niedzielny pchli targ między fontanną a galerią sztuki współczesnej. Czuję się wtedy znów jak w teledysku. W celu dopełnienia obrazu kupię tam plastikowy mini gramofon do zawieszenia na szlufce spodni czy do noszenia z kluczami.
Chodzimy i oczywiście robimy zdjęcia. Pijemy kawę. Rozmawiamy. Gdy siedzi koło mnie w kawiarni na sofie, dotyka mojej dłoni tak, jakby ją powoli rozmasowywał. Bardzo powoli.

- Slow is good.

Powie, gdy wrócimy do Paryża. Zanim wyjedzie do nowej pracy i nasza znajomość wygodnie rozbije się pod pretekstem dystansu i niezałatwionych rozwodów, przyjdzie do mnie po to, by moja sypialnia obrosła w różowe piórka, bo dla tej scenki opowiadam tę historię.

Staliśmy na bosaka. Ubrani. Godzinę tak staliśmy, by, być może, co jakieś dziesięć minut zdejmować z siebie po kolei bluzki spodnie majtki. Godzinę. Powolny trans, tak wolny, że traciliśmy oboje równowagę. Najwolniejsze jakie mi się przytrafiło wzajemne eksponowanie. Godzina ćpania ust. Moje najzdrowsze uzależnienie.

Gdy byliśmy wreszcie nadzy, sięgnęłam po różowe boa wiszące jako dekoracja na pobliskim lustrze i owinęłam się nim. On czuł je, gdy się do mnie zbliżał. Zanim będziemy się kochać, Jean odsunął się na chwilę, popatrzył i powiedział:

- Wyglądasz jak gwiazda porno z lat 80‘tych.

Potem było już tylko parno.

Brak komentarzy: