Piszecie, żebym pisała. Myślicie, że nie piszę? Piszę. Oczywiście. Razem z innymi pseudo-pisarzami zaszywam się w Ameryce Południowej. Nieważne gdzie. I razem z nimi wołając, ośmielam się celebrować nasz plan dnia.
Zaczynamy o szóstej w małych pokoikach z dostępem do prostej kuchni z najpotrzebniejszymi przyborami do pisania, takimi jak kawa i cukier. Rozproszeni wciąż przebrzmiewającymi w głowach snami, zarzucamy na nagie ciała jedwabne podomki, które przywieźliśmy sobie z Nowych Jorków i szuramy leniwie do naszych kawiarek i puszek z szypkością.
W trakcie gdy napitki przygotowują się do dzieła, my podchodzimy do drżących lekko firanek i otwieramy ukrywające się za nimi okiennice. Nasze pokoje wypełniają się rażącym światłem. Mrużymy oczy. Uwydatniamy nasze zmarszczki, już nie tylko mimiczne.
Wszyscy lubimy poranki, ponieważ jest wtedy najciszej. Można skoncentrować się na pracy. Złośliwie mówi się, że wstajemy wcześnie z powodu osławionych już problemów pisarzy ze snem, ale to są opinie zgorzkniałych niezrealizowanych artystów, którzy poświęcili się rodzinom. Tymczasem powody wstawania rano są czysto praktyczne, przyziemne wręcz. A jeśli grzebać się w psychologii.. ewentualnie można by doszukać się potrzeby bycia ponad rytuały reszty społeczności.
Tu jesteśmy bogaci. Z zawartością naszych amerykańskich i europejskich kont bankowych możemy jadać wszystkie dania na „mieście“. Po trzy godzinnym porannym transie pisania, kasowania, pisania, kasowania – przyjechaliśmy z laptopami - udajemy się, z poczuciem sumiennego oddania sztuce, na śniadanie. Zasłużyliśmy. Lokalne restauracje są proste i skłaniają do refleksji. Możemy dalej mielić w głowach scenariusze dla naszych bohaterów. Staramy się jadać w cichych miejscach na uboczu, gdzieś gdzie nie przychodzą inne gringos. Niestety wszyscy myślimy tak samo, więc lądujemy w rezultacie w tych samych miejscach.
Jemy obfite śniadania. Omlety, jajecznice, na bekonach, pieczywo, potem dżemy, dużo kawy i nieudolnie czytamy codzienną prasę iberoamerykańską. Duży posiłek o poranku sprawia, że na wiele godzin można zapomnieć o jedzeniu i nie wychodzić ze świata swojej fabuły. Aż do 16tej, kiedy fizyczność znów o sobie przypomni.
O 16tej jednak wszystko jest zamknięte. Siesta. Odrywamy więc kawałek w siatce schowanego na czarną godzinę chleba, odkrawamy kawałek sera i otwieramy pierwsze piwo kupione na recepcji. Z lodówki. Fakt przyjazdu do gorszego świata nie jest równoznaczny z obniżeniem naszych standradów. Na pewne rzeczy nie ma miejsca w naszych życiach.
Nasi bohaterowie lepią się nieudolnie z fragmentów naszych żyć. Szpiegujemy ulice i bary w poszukiwaniu detali, do których braknie nam wyobraźni. Odcień koloru paznokci, sposób opadania włosów na ramię, kant spodni, chód. Wysysamy rzeczywistość na własne potrzeby. Podsłuchujemy rozmowy, bacznie obserwujemy nieme konwersacje ciał.
Następnie przywołujemy z pamięci sytuacje, w trakcie których zachowaliśmy się jak cioty i piszemy je od nowa wychodząc w zmodyfkowanej wersji na chłodnych bohaterów, owiewanych fotogenicznie szarym dymem od papierosów.
Aż nadchodzi wieczór i wszystko budzi się do życia. Możemy zamknąć pliki, programy, komputery, przebrać się i wyjść. Idziemy do lokali i siadamy przy barach z notesami, książkami, z czymś w ręku. Nie czujemy się samotni i to musi być widać. Nie potrzebne nam towarzystwo. Przyjechaliśmy się alienować. Jeśli w trakcie wieczoru sytuacja stanie się towarzyska, na pewno nie będzie to z naszej inicjatywy. To inni chcą być z nami, rozmawiać i dzielić się. To ich problem.
Nikt z nas nie przyznaje się, że pisze. Oficjalnie jesteśmy na wakacjach, przejazdem, w drodze na konferencję. Nikt nie może się dowiedzieć. Ktoś mógłby wykraść notatki, szkielety, pomysły, dotrzeć do nas. Boimy się, że padną nam dyski, więc stale wysyłamy kopie plików na serwery naszych kont emailowych. Biegamy z laptopami do jedynej knajpki z Wi-Fi. Wysyłamy. Zapisujemy też najświeższe wersje na małych kluczykach pamięci. Od czasu do czasu wypalamy DVD i wysyłamy do samych siebie do domów. Gdyby ktoś ukradł przesyłkę i tak nie dostanie się do pliku. Jest zahasłowany.
Pijemy. Barmani nas lubią, bo jesteśmy lojalni. Przychodzimy co wieczór. Co kilka drinków dostajemy więc gratisy. Wciąż jest gorąco. Alkohol burzy się w nas wymieszany z upałem i wilgocią. Lądujemy na plaży, szybko chłodząc się w morzu. Wracamy nago do skrupulatnie ukrytych pod kamieniem czy palmą ciuchów. Trzeba je ukryć, ktoś mógłby pożyczyć sobie klucz do pokoju, ukraść materiały.
Rano budzimy się z niejasnym poczuciem odrealnienia. Czy śniły nam się powroty z przestankami w pokojach innych ludzi, czy spojrzenia i dotyk miały faktycznie miejsce? Nie wiadomo. Ważne, że jest 6 rano i trzeba siadać do pisania.
16.8.09
Subskrybuj:
Posty (Atom)