1.7.09

zimny

Wyjechałam głównie z powodu zimy. Gdy byłam gówniarą nienawidziłam spódnic i sukienek, więc całą zimę łaziłam po kwadracie w rajstopach i dżinsach. Nie znosiłam sposobu w jaki majtki oblepiały mi cipkę po całym dniu na uczelni czy łażenia po mieście. To było ohydne. Zero przepływu powietrza, a w alternatywie odmarznięcia dróg rodnych.

Moja skóra syfiła się na brodzie, mimo że cerę miałam porcelanową, zawsze mówili na mnie Lalka. Kurtki zasunięte suwakiem w służbie zachowania stałocieplności, gmerały moją skórę w tym właśnie miejscu, wypowiadając wojnę doskonałym przecież porom.

Gdy smarowałam policzki kremem Nivea, świeciłam się jak Maradonna, gdy chciałam wyglądać jak zwykły człowiek, musiałam liczyć się z wysuszoną, zmasakrowaną ukraińską twarzą.

W mieście śnieg topił się szybko, kierowcy w dupie mieli przechodniów, szczególnie szczyle, a niektórzy panowie uważali ochlapanie mnie błotem, eleganckim sposobem okazania przychylności moim długim nogom i ponadprzeciętnie zajebistej dupie.

Szara zimna papa lała się w buty, mokre nogawki nasiąkały wzwyż.

Jednego z takich uroczych dni nic się nie wydarzyło.

Brak komentarzy: