Bangkok. Rok 2002. Wymiętolona wytaczam się z samolotu we wsysający mnie do Tajlandii rękaw. Myślę: „Kurwa, jak gorąco. I duszno.“ Mówię do kolegi po fachu, który wtacza się tu ze mną, a jest to jego enty raz:
- Gorąco.
- To jeszcze nic. – parska Swen i dodaje – tu jeszcze działa klimatyzacja.
„Oczywiście“ – myślę i zwalniam kroku przy kundlu, który uderza do mnie z mokrym nochalem i śliną zbierającą się w kącikach mordy.
Za urzędnikami od paszportów czeka na nas Thaksin, który jest odpowiedzialny za opiekę nad moją i Swena dupę. Wita nas i zaprasza do czekającej na zewnątrz taksówki. Drzwi rozsuwają się. Zewnętrze oślepia mnie i dusi parnym gorącem doprawionym spalinami. Natychmiast chowamy się w samochodzie, który zjeżdża na zły pas ruchu. Powstrzymuję nieadekwatną reakcję i odlatuję w świat efektywnej klimatyzacji.
Bangkok wygląda jak jeden wielki plac budowy i perspektywa trzech miesięcy tu niekoniecznie mi się uśmiecha. Myślę jednak o pracy, basenie w moim hotelu i tanich knajpach, bliskości Bali.
Swen patrzy na żurawie i uśmiecha się. Myśli o pracy, basenie w naszym hotelu i tanich dziwkach, płci nieznanej.
Nie mija tydzień, a ja budzę się, hola hola - sama, budzę się zdając sobie sprawę, że już zdążyłam zaangażować się w jakieś sytuacje o zabarwieniu służbowo-socjalnym: pół-kameralny pokaz filmu pozafestiwalowego, który wszyscy znamy i cenimy, a potem darmowa najebka. Lubię sobie zrobić takie wejście. To taki mój transparent na wejściu do kolejnego kraju, miasta, projektu: z dupy się tu nie wzięłam, więc zastanów się dwa razy zanim w ogóle do mnie podejdziesz.
Na imprezie zarysowała się więc szybko siatka znajomości, które miały zdefiniować cały mój trzymiesięczny pobyt w tym tajskim burdelu. Wśród męskiej części klienteli lokalu, w którym miał odbywać się pokaz, natychmiast przyuważyłam młodego umięśnionego chłopca zarumienionego od wina. Postanowiłam zachęcić obcych z tej części restauracji do dołączenia się do nas i pewnie uderzyłam do stolika, przy którym siedział. Patrzył na mnie, gdy podchodziłam. Następnie zachęcałam swoim wewnętrznym PR’owcem cały stolik, czyli trzy persony. Umięśniony zapytał od kiedy tu jestem. Odpowiedziałam, znów zgodnie z prawdą, że od tygodnia. Skomentował z zastanowieniem:
- Ja jestem tu od dwóch miesięcy i nic nie zorgranizowałem.
Oczywiście, że nie. Myślisz, że co. Więc przyłączył się wraz z kamratami, obejrzał film, pił dalej, a pod koniec wieczoru był już zupełnie załatwiony. Nigdy później nie wiedziałam go w takim stanie. Dał mi swój adres mejlowy, mimo że widział jak sekundę wcześniej pewien wojskowej mentalności wysoki Niemiec zrobił to samo. Mimo że wcześniej w trakcie socjalizacyjnych przetasowań utknęłam na dość długo w konwersacji z jakimś najebanym Amerykaninem. Niższym, ale tak bezdyskusyjnie przystojnym, że wzrost mógł być postrzegany jedynie jako zaleta. Laleczka. Stylem ubierania dorównywał bulwarom Cannes, ulicom Paryża i Nowego Jorku razem wziętym. Co go wyróżniało, bo w Tajlandii nawet ci zazwyczaj stylowi, luzowali z elegancją. Śliczny zwrócił moją uwagę także z powodu swojej bezczelnej postawy – skuteczny afrodyzjak od pokoleń. Jednym słowem – impreza udała się.
Nastąpiła krótka wymiana korespondencji z tym zarumienionym Amerykaninem, po czym nie doszło do spotkania, gdyż ów będąc tam w celach turystycznych, pojechał wgłąb kraju.
Tymczasem Laleczka o imieniu Jay okazał się dobrym znajomym Swena i szybko zafunkcjonował jako stały 19-letni element wieczorów w barach. Zdradzał żenujące poglądy polityczne, ale w jego wypowiedziach socjologicznych, kulturowych, egzystencjalnych doskonale się odnajdywałam. No ale przede wszystkim był śliczny. I dobrze ubrany. I młody. I umięśniony. Wyprostowany. Ach ta jego dupa i barki. A w tym wszystkim zapuszczone gęste włosy, łamiące doskonałość reszty entourage. Chciało się ich stale dotykać.
W międzyczasie Zarumieniony, też Amerykanin, Simon wrócił do Bangkoku. Spotkałam go na kolejnym z moich minikinowych wieczorów i umówiłam się z nim i jego towarzyszami podróży na mecz tenisa, który miał odbywać się w dniu następnym, a na który chłopcy mięli wejściówki. Dzień był sympatyczny. Parę lat wcześniej, a raczej w poprzednim życiu, być może uznałabym nawet, że Simon to materiał na coś więcej niż projekt. Na jakąś więź nieomal. No ale to mi się ostatnio zdażyło jesienią jakiegoś 1932 roku.
Było milej niż miło. Wygląd w jego przypadku nie miał takiego znaczenia, choć przecież był umięśniony, przystojny. Był w końcu pierwszym facetem, na którego zwróciłam uwagę w Tajlandii.
Po meczu ja, Simon i dwóch jego przyjaciół poszliśmy na dach ich hotelu pić whiskey i moknąć w popołudniowym deszczu. Symptomatyczne było to, że na ów dach nie zaprosił mnie Simon, ale jeden z jego kolegów. Simon też okazał się bardzo młody, bo miał 20 lat. I był bardzo nieśmiały. Zapadał zmierzch. Troszkę wstawieni postanowiliśmy rozrzedzić alkohol jedzeniem i udaliśmy się na kolację do lokalnej taniej restauracji. Tam rozwodziliśmy się na tematy sztuki filmowej, o czym Simon miał dużo do powiedzenia i robił to w sposób bardzo przemyślany. Jak na swoją płeć i wiek.
Kolację zakropiliśmy ichnim Saeng Som i poprosiłam panów o odprowadzenie mnie do hotelu. Szliśmy kontynuując całkiem sensowną rozmowę, aż nagle kumple Simona puknęli go w ramię i powiedzielli, że będą spadać i niech Simon dołączy do nich w barze za winklem. Cześć Karolina! Było jasne, że chcieli zostawić nas samych, ale dla mnie było śmieszne, że dzieciaki myślą, że będę się, nie wiem, całować z Simonem przed wejściem do hotelu jak jakaś nastolatka. Simon faktycznie odprowadził mnie pod hotel i powiedział:
- To był bardzo fajny dzień. Dziękuję.
- Ja też. – i podałam mu rękę.
- Naprawdę? – odpowiedział.
- Tak. – potwierdziłam.
Po tym jakże udanym dniu Simon nie odezwał się. Doszłam do wniosku, że jest dużym nieśmiałkiem i kobieta, szczególnie starsza, musi go wyciągać. I raz faktycznie mi się udało. Na kawę za dnia. Znów: było miło. Skojarzenia latały w konwersacji celnie trafiając interlokutora. Potem rozstaliśmy się na jakimś skrzyżowaniu. Szybko. Miałam wrażenie, że mi ucieka. Aż wkrótce inteligentny, oczytany student filozofii, którym okazał się Simon znów wyjechał. Pomyślałam, że chłopak nie jest gotów na takie doświadczenia jakim jestem JA i nie naciskałam na jakieś zbliżenia. Karolina ma poglądy na każdy temat. Także na etapy rozwojowe człowieka.
Socjalizacje ze Swenem i znajomymi trwały dalej. Młody śliczny Jay w sprawach damsko-męskich obnosił się z przepastnym nihilizmem. Ucieszyło mnie to, bo straszną miałam na niego ochotę, a nihilizm wyklucza co najwyżej związek – fuj, nie seks.
Miesiąc później zrobilam ten jego tyłek, barki i czuprynę. Był świetny. Miał mnóstwo energii. Te 19 lat. Bóg istnieje.
Przez jakiś miesiąc pukaliśmy się jak norki. Jay był ciekawy, otwarty i chciał się uczyć. Starał się i mu wychodziło. Był taki jak ja. Za wycofaniem emocjonalnym nie stała blokada seksualna. Wiedział, być może podskórnie, nie uświadamiając sobie tego nawet w pełni, że czułość w odpowiednim miejscu i czasie może być bardzo erotyczna.
W pewnym jednak momencie przestraszył się. Nie rozumiał jeszcze, że kobieta chcąca seksu może nie chcieć związku. Mimo tego że werbalizowałam swoje w tej materii poglądy, Jay słuchał swoich młodych wewnętrznych głosów i zaczął próbować przeformułować naszą znajomość na jakieś poranne kawki, lunche, ale broń boże wieczory. Bóg więc jednak nie istnieje. Ja oczywiście nie miałam ochoty na żadną „przyjaźń“, ani na trzeźwe pogaduszki z dzieckiem, tylko na seks, więc im bliżej było mojego wyjazdu z Bangkoku, tym dalej było między nami. Chłopiec mnie nieco zirytował tym swoim chłopięctwem, ale taki koszt dostępu do tych jego młodych bark, dupy i włosów. Nigdy nie lubiłam tracić czasu, a planowałam trzymać go jako kochanka do mojego wylotu. Miało być jak zwykle. Miło i pusto. A to dziecko wycofało się z tak zajebistego seksu. Miałam więc pozostać bez kochanka na cały miesiąc.
Któregoś wieczoru szłam do jednego z barów, który na ten czas stał się moim, na spotkanie ze Swenem, który zdążył już zaimponować mi w piciu i dekadencji po 17-tej. Po drodzę widzę, że idzie z naprzeciwka Simon. Z jakąś dziewczyną i kolesiem. W krótkiej poprawnej pogaduszce wychodzi, że to jego siostra z swoim chłopakiem. Zapraszam znów Jay’a na kolejny pokaz filmowy, a on wykręca się i z grzeczności chyba mówi, że może przyjdzie. Jest spięty i sztywny, ale posyła mi sugestywne spojrzenia. No trudno. Za dziesięć lat zda sobie sprawę co mu przeleciało przez palce i wtedy będzie dramat. Jego. Nie mój.
Jay na pokaz nie przyszedł. Natomiast Jolanda – laska, która pomagała, przy ich organizacji – pierwszy raz wygadała się, że jest jakąś super znajomą Simona i to w zasadzie z nim zdradziła swojego eks-chłopaka, więc no trochę się znają. Wspominam, że to spoko postać, a ona na to, że chłopaki do tej pory się śmieją z tego, jak dałam mu kosza. Spojrzałam pytająco:
- Jak to?
- Pamiętasz jak byliście na tym meczu?
- No tak.
- Słyszałam jak Simon odprowadził cię pod twój hotel i ty wymownie podałaś mu rękę na do widzenia, na co on zdębiał i zaskoczony niejako dopytał „Naprawdę?“, a ty potwierdziłaś i się rozeszliście. Chłopaki do tej pory się śmieją z tego, jak podałaś mu tę rękę.
- A co? Myślały dzieci, że się będziemy całować?
- No może nie, ale Simon nie spodziewał się tak ewidentnego odrzucenia.
Morał z tej historii jest taki, że różnice kulturowe ratują przed komplikacjami. Wprawdzie Jay wymiękł po miesiącu zamiast wytrwać na posterunku o jeden więcej, ale był on antyzwiązkowym pewniakiem – tak zwana bezpieczna sytuacja. Podczas gdy Simon okazał się mieć filtr poznawczy działający na jego własną niekorzyść oraz potencjał emocjonalny. Z łatwością wyobrażam sobie jak inaczej mogły potoczyć się wydarzenia podczas moich trzech miesięcy w Bangkoku. Mógł to być czas wypełniony po brzegi seksem z Simonem, ale potem zaistniałoby ryzyko tak zwanej kontynuacji. Przeciągania tej sytuacji przez Internet, czaty, spowiadanie się sobie nawzajem z tego co każde robiło danego dnia, samooszukiwanie, ze spotkamy się już już. Obiecanki zamiast macanki. Jedna z bardziej denerwujących utrat czasu i sposobów jakim zdradza się debilizm człowieka. Brak realizmu. Tymczasem zwykłe podanie ręki zamiast pocałunku w policzek na do widzenia zatamowało potencjalną powódź. Proste.
20.7.09
4.7.09
zaraźliwy
Nie ma czegoś takiego jak HIV.
Pierre, bardzo uzdolniony, starał się być "poważny" i zazwyczaj kochaliśmy się w gumce, ale raz rano, w zamułce, w półśnie, spoceni w kiblu na korytarzu hotelowym, nogami sobie pomagałam stojąc na ścianach, żeby jeszcze bardziej go czuć i nie doszedł we mnie, bo na tyle był przytomny, ale gumki nie było.
Thomowi tylko obciągnęłam, bo bał się ze mną pójść do łóżka. Myślał, że jak to zrobimy to będę chciała zostać jakąś jego narzeczoną. Do tej pory się śmieję.
Robert, były mąż, który czasem mnie ODWIEDZA, nigdy nie robi tego w OSŁONCE.
Philippe, pojebany Head Chef restauracji w Paryżu, który umawia się z dostawcami na wyższe ceny na fakturach i różnicę wkłada sobie do kieszeni, gumek z zasady nie używa. Wystarczająco wkurwia go już to, że musi w pracy nosić lateksowe rękawiczki, gdy obrabia nie moje mięso.
Amerykanin, który przelatywał przez Czechy, tak samo jak ja. Dziewczyna w Izraelu. Karolinka w Pradze. Seks bez zabezpieczenia. Stosunek urywany. Bardzo egzaltowany. Holywoodzka produkcja w praktyce.
O Ojcu Synu i Duchu Świętym nie będę się powtarzać.
Ani o Przedostatnim Polaku.
Kolega z Pracy też niekoniecznie się zabezpieczył, gdy mnie wreszcie posunął po złożeniu wypowiedzenia. Teraz chce wrócić do Firmy.
Jean przyzwyczajony był do tego, że w zachowującym wierność związku małżeńskim o zabezpieczenia martwić się nie trzeba, więc mu się ta postawa na mnie też ULAŁA choć zupełnie bezzasadnie. Jak można tak lekko traktować te sprawy, gdy się ze MNĄ zadawać? Czy to nie głupie trochę? Mi ufać? Mieć nadzieję, że nic mu nie przekażę. Jean był jednak trochę skrzywiony tym swoim jedynym i z deka przydługim małżeństwem. Nie miał pojęcia o innych
scenariuszach.
Simon dochodził we mnie notorycznie. Miałam wtedy fazę na sporty ekstremalne, więc to się tak jakoś dopasowało. "Patrz Pan. Czerwone na białym. Jak się się sprawdza. Ale biały pudel na śniegu - to też się sprawdza". Wspinałam się po skałkach bez saportu, skakałam ze spadochronem i byłam totalnie wtedy uzależniona od adrenaliny. Simon też lubił ocierać się o krawędź, więc nie miał oporów przed najprzyjemniejszym dla facetów aspektem spółkowania.
I wciąż się nie zaraziłam.
Nie ma czegoś takiego jak HIV.
Pierre, bardzo uzdolniony, starał się być "poważny" i zazwyczaj kochaliśmy się w gumce, ale raz rano, w zamułce, w półśnie, spoceni w kiblu na korytarzu hotelowym, nogami sobie pomagałam stojąc na ścianach, żeby jeszcze bardziej go czuć i nie doszedł we mnie, bo na tyle był przytomny, ale gumki nie było.
Thomowi tylko obciągnęłam, bo bał się ze mną pójść do łóżka. Myślał, że jak to zrobimy to będę chciała zostać jakąś jego narzeczoną. Do tej pory się śmieję.
Robert, były mąż, który czasem mnie ODWIEDZA, nigdy nie robi tego w OSŁONCE.
Philippe, pojebany Head Chef restauracji w Paryżu, który umawia się z dostawcami na wyższe ceny na fakturach i różnicę wkłada sobie do kieszeni, gumek z zasady nie używa. Wystarczająco wkurwia go już to, że musi w pracy nosić lateksowe rękawiczki, gdy obrabia nie moje mięso.
Amerykanin, który przelatywał przez Czechy, tak samo jak ja. Dziewczyna w Izraelu. Karolinka w Pradze. Seks bez zabezpieczenia. Stosunek urywany. Bardzo egzaltowany. Holywoodzka produkcja w praktyce.
O Ojcu Synu i Duchu Świętym nie będę się powtarzać.
Ani o Przedostatnim Polaku.
Kolega z Pracy też niekoniecznie się zabezpieczył, gdy mnie wreszcie posunął po złożeniu wypowiedzenia. Teraz chce wrócić do Firmy.
Jean przyzwyczajony był do tego, że w zachowującym wierność związku małżeńskim o zabezpieczenia martwić się nie trzeba, więc mu się ta postawa na mnie też ULAŁA choć zupełnie bezzasadnie. Jak można tak lekko traktować te sprawy, gdy się ze MNĄ zadawać? Czy to nie głupie trochę? Mi ufać? Mieć nadzieję, że nic mu nie przekażę. Jean był jednak trochę skrzywiony tym swoim jedynym i z deka przydługim małżeństwem. Nie miał pojęcia o innych
scenariuszach.
Simon dochodził we mnie notorycznie. Miałam wtedy fazę na sporty ekstremalne, więc to się tak jakoś dopasowało. "Patrz Pan. Czerwone na białym. Jak się się sprawdza. Ale biały pudel na śniegu - to też się sprawdza". Wspinałam się po skałkach bez saportu, skakałam ze spadochronem i byłam totalnie wtedy uzależniona od adrenaliny. Simon też lubił ocierać się o krawędź, więc nie miał oporów przed najprzyjemniejszym dla facetów aspektem spółkowania.
I wciąż się nie zaraziłam.
Nie ma czegoś takiego jak HIV.
1.7.09
zimny
Wyjechałam głównie z powodu zimy. Gdy byłam gówniarą nienawidziłam spódnic i sukienek, więc całą zimę łaziłam po kwadracie w rajstopach i dżinsach. Nie znosiłam sposobu w jaki majtki oblepiały mi cipkę po całym dniu na uczelni czy łażenia po mieście. To było ohydne. Zero przepływu powietrza, a w alternatywie odmarznięcia dróg rodnych.
Moja skóra syfiła się na brodzie, mimo że cerę miałam porcelanową, zawsze mówili na mnie Lalka. Kurtki zasunięte suwakiem w służbie zachowania stałocieplności, gmerały moją skórę w tym właśnie miejscu, wypowiadając wojnę doskonałym przecież porom.
Gdy smarowałam policzki kremem Nivea, świeciłam się jak Maradonna, gdy chciałam wyglądać jak zwykły człowiek, musiałam liczyć się z wysuszoną, zmasakrowaną ukraińską twarzą.
W mieście śnieg topił się szybko, kierowcy w dupie mieli przechodniów, szczególnie szczyle, a niektórzy panowie uważali ochlapanie mnie błotem, eleganckim sposobem okazania przychylności moim długim nogom i ponadprzeciętnie zajebistej dupie.
Szara zimna papa lała się w buty, mokre nogawki nasiąkały wzwyż.
Jednego z takich uroczych dni nic się nie wydarzyło.
Moja skóra syfiła się na brodzie, mimo że cerę miałam porcelanową, zawsze mówili na mnie Lalka. Kurtki zasunięte suwakiem w służbie zachowania stałocieplności, gmerały moją skórę w tym właśnie miejscu, wypowiadając wojnę doskonałym przecież porom.
Gdy smarowałam policzki kremem Nivea, świeciłam się jak Maradonna, gdy chciałam wyglądać jak zwykły człowiek, musiałam liczyć się z wysuszoną, zmasakrowaną ukraińską twarzą.
W mieście śnieg topił się szybko, kierowcy w dupie mieli przechodniów, szczególnie szczyle, a niektórzy panowie uważali ochlapanie mnie błotem, eleganckim sposobem okazania przychylności moim długim nogom i ponadprzeciętnie zajebistej dupie.
Szara zimna papa lała się w buty, mokre nogawki nasiąkały wzwyż.
Jednego z takich uroczych dni nic się nie wydarzyło.
Subskrybuj:
Posty (Atom)