- W tym roku byłam na czterech ślubach i trzech weselach.
- Ahmmm?
- I wiesz, większość tych lasek przybiera drugie nazwisko! Dla mnie to jest kompletnie bez sensu. Potem i tak się używa jednego, jak się podpisujesz. A jeszcze wiesz niektóre mają jakieś beznadziejne te nazwiska i się ich nie pozbywają, tylko zatrzymują! A jedna to była niezła, bo panieńskie miała jakoś Woźnica, a nazwisko męża coś w stylu Furman, bo jego matka była od strony swojej matki Niemką. No więc wyobraź sobie, że jesteś Karolina Woźnica Furman!
- O weź mi zrób zdjęcie z Małą. O! I przy choince. Tylko tak, żeby było widać, że dużo prezentów.
Pijawki. Wpadnij tu, wpadnij tam, powysysamy cię trochę z energii. Ty, taka światowa, ubrana, to jednak widać, gdy garsonka jest z Mediolanu, a nie z Tarasów. Rozerwać, ubawić, z każdym grzecznościowo pogaworzyć choćby przez chwilkę. Nikt nie może poczuć się odrzucony, czy zaniedbany. I've got you, got you under my skin, dear PR rules and conditions. Do not apply. Bez wyjątków. Sponsorat, patronat, barter, wigilia, whatever. Popławimy się w twoim świetle. Odbite, nie odbite, no raczej zawsze odbite. Od dwudziesto-pierwszo-wiecznego sarmackiego wąsa.
No zostań jeszcze, możesz przecież wrócić później. A przekazano ci od nas prezenty z zeszłego roku? Tam była taka książka o kwadraturze przepływu energii pieniądza.
- Tak, dostałam, ale póki co nie była mi potrzebna.
Karolina odpowiada z doskonale wyćwiczoną umiejętnością profesjonalnego dozowania przekąsu tak, aby powiedzieć swoje, ale by odbiorca wiedział (sic!), że dobrodusznie sobie tu bezpiecznie żartujemy. Lekki przechył zdradziłby jednak prawdziwe intencje rozmów czyni podle, gdy może. A tymczasem wszyscy chichrają się i jest uroczo.
Starzy znajomi wciąż palą z fifki i piją żołądkową.
"Wpadnij kiedyś poniszczyć się z nami."
Ale już nie można palić papierosów nigdzie indziej niż na balkonie.
Na balkonie 1 stopień. Mimo że podłoga płaska. W środku zaś ciepło, bezpiecznie, czyste powietrze przejrzyste. Dbamy o efekt jutrzejszego poranka i cerę. Bo i kremy zmienione dawno na 35+.
- O i papier do pakowania też ładny.
Raczkowski wbija flagę w kupę, a szopka trwa. Bloki. Trochę poprószyło. Dało nadzieję na przykrywkę egzotycznej szaroburej elegancji, ale tylko połechtało i przestało. Brak liści nie przesłania porywającej architektury zwalonego kloca, klasy pracującej spiętej oraz zgniecionej egzystencji (?) starych Polaków, którzy jako nie produkujący produktu krajowego brutto produkt nadają się co najwyżej na śmietnik. A poza tym estetyka gułagu. To jeszcze lepsze. Te płaszcze i chusty. Ukraina i ZSRR.
Spalić, zakopać, nie dowie się nikt.
Apropos. Własna matka zestarzała się też, znów i jeszcze bardziej. Jej pokrętna komunikacja jednak dzięki bogu się nie zmienia. Są jednak w życiu niezmienne pewniki. Jakiś punkt odniesienia. Stałe chroniące przed wszechobecnym relatywizmem. Przede wszystkim i szczególnie ta niedojrzała miłość rodzicielska, która w nic się z czasem innego nie przemienia i w rezultacie tworzy takie zimne zepsute potworki jak JA.
Matka Karoliny jest wiariatką. Z braku jakiegokolwiek oparcia w samej sobie, kumuluje przedmioty na obraz i podobieństwo wysypiska śmieci pod Neapolem. Analizuje wpływ fal radiowych na nastrój i myślenie ludzkości ("Ktoś to powinien zbadać"). Stąd nieludzką postawę Karoliny przypisałaby właśnie promieniowaniu komórki, mikrofalówki oraz sygnałowi WiFi w jej licznych mieszkaniach, czy hotelach, w których przeżywa. Matka Karoliny bardziej niż w Boga wierzy w Diabła, co może jest jedyną jakąś platformą, na której zahaczają się minimalnie żywota obu umarłych: matki i córki. Tylko u matki bardziej w mowie, a u córki w zaniedbaniu. Nieludzką postawę Karoliny przypisałaby właśnie promieniowaniu, gdyby cokolwiek o Karoliny syfiarstwie mentalnym wiedziała, czy też dawała pewnym informacjom przebić się do świadomości. Tymczasem ta upycha pod kołderką, kitra. Nie da. Tak jak bowiem Karolinka balansuje stale na krawędzi uroku i szpil, tak daje odbiorcom wybór, jak sobie ją odczytają. I matka naturalnie rzecz biorąc stawia na urok. Szpil by nie przeżyła. Jej świat jest z kartonu i nawet mżawka jest śmiertelnym zagrożeniem bezdomnością, a co dopiero tak emocjonalna sprawa jak jej własne dziecko stające po stronie wszechobecnego diabła.
Tata idiota. Nie sądzę, aby uzasadnione było literackie uznanie, które zdobył po 40‘tce. Powinien był dalej ruchać te biedne kretynki, jak moja matka i zachlewać się sądząc, że reprezentuje w tym jakąś klasę. A czy klasą jest notoryczne obrzygiwanie się? Oczywiście.
Tymczasem diabeł tkwi w szczegółach. To nawet nie ekstremalna polska bida, ale średnio drogi brak stylu najskuteczniej przyprawia mnie o mdłości. Szminka nie dobrana o pół tonu i rujnująca cały zestaw kolorystyczny. Szczególnie, gdy laska nie ma absolutnie nic do powiedzenia. Mieszkanie starych znajomych na Żoliborzu wyremontowane w sposób poprawny i żaden. Szukam w panice, w desperacji, z nieuzasadnioną nadzieją, ale nie znajduję nawet muśnięcia prawdziwym stylem. Ładna nijaka porcelana wypełniająca brak treści, by gospodyni formą zasklepiła sobie egzystencjalne neurozy. Muzyka ma natomiast misję: łagodzić obyczaje lub równoważyć drobnomieszczańskie misterium odrobiną kwadratowego szaleństwa. A teraz porozmawiajmy o autostradach i kryzysie, wbrew któremu damy sobie w tym roku jeszcze więcej chujowych tendencyjnych prezentów.
Subskrybuj:
Posty (Atom)