Pisanie do ludzi w piątek wieczorem kompletnie nie ma sensu. Wszyscy są albo tripują na plaży po zjedzeniu grzybów z, tak, tak, Amsterdamu, albo upijają się w klimatycznych francuskich knajpkach studenckiego miasta, albo w knajpach nieco większych na wschodzie Europy, gdzie jest już kurewsko zimno i zgromadzenia muszą być obfitsze, by nie odmarzły uczestnikom dupy. Do ziomów z Australii pisanie ma sens jedynie, bo to pisanie do przyszłości, gdy odbiorca kontempluje już sobotę, a ty jeszcze w zatęchłym piątku, choć też nie do końca, bo zapewne trawi ich kac i też niekoniecznie będą w tym stanie sprawdzać mejla czy wkroczyć z nowym statusem na strony społeczności internetowych. W Nowym Jorku jeszcze pracują i choć trzeźwi wciąż, to jednak nabooz'owani, bo przecież piątek i zbliża się upragniony legalny kulturowo wspierany reset.
Także w sobotę, o siódmej rano, gdy systemy fizjologiczne ziomów pracują nad wypoceniem nadwyżki alkoholu, strawieniem kosmogolicznego grzybka, rozkoszy zmysłowych typu MDMA, białych przyjemności intensywnych i drobno sproszkowanych, nie przychodzą na gmaila odpowiedzi na ważkie tematy poruszone w nocy w mejlach do nich wysłanych. Odpowiedzi nie przyjdą w sumie do jakiejś niedzieli wieczór, gdy wszyscy się wy ci sza ją, a strużka z nosa wreszcie zdążyła skrzepnąć i teraz już tylko trzeba poczekać, aż wypadnie z noska mały brunatny strupek.
W sobotę rano zostaje się więc w łóżku. Insomnia opędza oba krańce snu, więc o siódmej rano wyrzuca z łóżka, wykopuje przynajmniej do kawiarki i spowrotem. Wraca się pod kołdrę z pachnącym ciepłym kubkiem myśleć o przyczynach kryzysu kredytowego. Kawa muli, a jeść nie wolno. Nie wolno, bo jest za wcześnie. Żołądek skurczony jeszcze martwy, śpi. Gdy żołądek śpi, mózg grasuje. Nie jeść, nie jeść, spoko, nie ma jeszcze ciśnienia, ale trzeba kontrolować, bo bóg wie kiedy obudzi się potwór i będzie chciał żreć. A ja tak nie lubię rzygać.
W sobotę rano zostaje się w łóżku spijając do połowy tę kawę dla przyzwoitości, aby zrównoważyć nieprzyzwoite zsuwanie się dłoni między nogi. Powoli się krąży wokół celu jak sęp nad padliną, jak kruki i wrony nad winkelriedem narodów. Żeby się rozgrzać, rozkręcić, praca mięśni różnych, taki poranny aerobic, joga, callanetics. Czy jak unieść trochę biodra to będzie to bardziej czuć. Czy może rozluźnić wszystkie mięśnie (oprócz ręki) i głęboko oddychać. A może oddychać płytko, ale skupić się na rytmiczności. Oczy szeroko zamknięte czy otwarte. Czy jak przyatakować teraz to natychmiast przed oczami wybuchną fajerwerki na wewnętrznej stronie powiek. Czy jeszcze nie, jeszcze nie, jeszcze fale gorąca promieniują, stopy wreszcie stają się ciepłe, na czole czuć lekką mgiełkę potu. Jeszcze może być lepiej, jeszcze jest ufność i nadzieja dla zwykłych ludzi, a przecież wiara nadzieja miłość to najwyższa forma inteligencji.
Palce dwoją się w trójcy jedyny jednak punkt zaszczepienia self ekstazy. Centrum zainteresowania świata. Źródło światła. Ręka jak ośmiornica oplata je i przechodzi nawet lekki ból głowy powstały w wyniku wypicia wieczorem klasycznej jeden i pół butelki czerwonego wina. A lekki, bo lata praktyki.
(Przez jakiś czas męczyły mnie jszcze względy estetyczne. Że rano wygląda się po alkoholowej wieczerzy o wiele gorzej, niż gdy nie. Ale to było przed tym jak weszłam w ten próg podatkowy, który umożliwia zakup odpowiednich kosmetyków. Instrukcja obsługi jednego z nich brzmi w tłumaczeniu na polski mniej więcej tak:
1. Oczyść skórę wokół oczu tonikiem. (a gin?)
2. Delikatnie nałóż cienką warstwę kremu.
3. Przez przynajmniej 3 minuty nie wykonuj żadnych min.
Chodzi oczywiście o wory pod oczami, a botoks wsiąka i zasysa wszelkie ślady egzystencjalnej szarpaniny i bólu i samotności i lenistwa, zepsucia, próżności.. ziew)
Tymczasem fajerwerki znoszą kaca skuteczniej niż Nurofen, ale niestety krótkotrwalej. Dlatego dobrze jest połknąć painkiller'a przed snem, a rano dwie tabletki, w pół śnie, so that when you do wake up at that fucking 7 am, you will feel only leftovers of the sickening headache. O przepraszam, zapatrzyłam się.
Z punktu widzenia nocnego portiera moje poranne wyjście z kamienicy po gazetę jest akurat preludium do zakończenia dnia pracy, a dla mnie rzuceniem na głęboką wodę. Gdy tylko obrotowe drzwi wyrzucają zmuloną porgazmiczną głowę poza nawias klatki schodowej, zaczyna się dżungla. Lubię ją wprawdzie ze względu na niezawodność w dostarczaniu mi publiki, ale męczy mnie i nudzi hałaśliwa powtarzalna rytmika, przewidywalność zasad i bolesny atak na zmysły. Za szybami kawiarni siedzą nudne garsonki, tania młodzieżówka, pary, o ile nie milczą, rozglądając się w desperacji za czymś co wyciągnie ich z cierpienia, liczą na możliwość wcięcia się w monolog swojego partnerka lub partnerki, aby móc zalać owe własnym. Psy. Ludzie z jakiegoś powodu uwielbiają śmierdzące zwierzęta trzymać w mieszkaniach, obnosić się z nimi po ulicach i pozwalać im obsrywać torebki na kupkę. Cudownie. Słodka społeczność i przynależność do formułki 1.
Gazeciarz absolutnie mnie ignoruje, nigdy nawet nie spojrzał na nic więcej niż moją dłoń z monetą. Uwielbiam jego kompletny brak zainteresowania i prób udawania, że się jakoby interesuje klientem. Nie sili się na mówienie do mnie, tylko dlatego jestem w stanie zejść do niego w sobotę i nie dostać padaczki. Rzuca mi pod nos zapach świeżego druku, ja wgryzam się w zwinięty rulonik, macham ochoczo ogonkiem i teraz chcę być twoim psem, proszę pana. Och, tak sobie pozwoliłam na serca żart.
Okulary przeciwsłoneczne zsuwam z powrotem na nos i przedzieram się przez ulicę jak przez okopy, z powrotem na moją wyspę. Od razu strzelają ulotkami, boki mojego pola widzenia bombardują wielkoformatową reklamą, fotografowie usiłują zrobić kolejny niepowtarzalny kadr, przechodnie dokonują stylistycznych samobójów, co dobija mnie nie słabiej niż śmieci za wycieraczką mojego samochodu.
Starając się nie patrzeć na otaczający mnie ludzki śmietnik, znikam w ramionach mojego budynku.
Nocny portier zamienił się w pięknego królewicza, któremu się to niestety śni, bo może by i miał coś do zaoferowania wizualnie, gdyby nie debilizm pozbawiający go potencjalnych resztek uroku.
- Dzień dobry Pani Bukovska.
Nie odpowiadam, wystarczy, że ma przyjemność zwracania się do mnie.
19.1.09
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz