7.12.09

chory

Choroby zawsze mnie nudziły. Oglądałam wtedy ulubione filmy, spałam, nie mogłam pić, ani palić, czy wciągać przez zatkany nos. Czułam się nieatrakcyjna, zmęczona, nade wszystko jednak znudzona.

Tamten miesiąc spędzałam w jakimś deszczowym miejscu. Owianym złą reputacją. Nieprzyjaznym. Kobiety i mężczyźni mieszkający tam od dziecka musieli hodować gruboskórność. Hołubić cierpkość. Nie było to forum dla różowych koronek. Frędzelków. Leżałam w łóżku trzeci dzień. Niefortunne wyjście na wiatr i deszcz w przykrótkiej spódnicy. Charczące w restauracji dzieci. Uwolniona zaraza. Maligna skutecznie przeniosła mnie w stan odmienny od przytomnego. Było to przyjemne. Spałam, oglądałam film, znów zasypiałam. Śniły mi się przydługie sny. Leżałam wybudzając się z nich powoli, rozważając alternatywy dla fabuły. Po kilku dniach zaczęłam dochodzić. Niestety do siebie.

Świat zewnętrzny zaktywizował się. Był piątek. Motłoch musi się bawić. Dobrze bawić. Nadeszły wiadomości tekstowe, rozdzwonił się telefon. Łącząc się ze mną w formie półproduktu. Gotowego tak samo do rozsypania się z powrotem na cząstki elementarne, jak i do pełnego wyrośnięcia. Zmęczenie na chwilę przytłumione odespaniem.

- Tak, wpadnę na chwilę. – pada werdykt. Biorę orzeźwiający prysznic, ubieram się bez fajerwerków, wychodzę z mocnym postanowieniem poprawy.

Powolnie kieruję kroki. Świadoma, iż plan picia tego wieczoru herbaty jest tylko sprytnym (?) zabiegiem stopniowania upadku. Zaczyna się więc od wódki z tonikiem w proporcjach obiecujących szybkie zbawienie i wieczne odpuszczenie. Jedna z podniszczonych pań, po których widać już wiek i alkohol, coś mówi do mnie. Nie przestaje. Ile to zdań. Biada. Trzy kieliszki potem jestem już w stanie znów palić papierosy i podrywać kolejnego mężczyznę nieobecnej kobiety. Jako posłuszna żona została z dziećmi w domu. Błąd. Ja i mój przybłęda udajemy się więc do sypialni dla gości. Tam, przez całą noc, będziemy rżnąć się – oczywiście bez gumki - niezbyt wyrafinowanie. Jesteśmy zbyt pijani.

Budzę się wcześnie rano trochę od mdłości, trochę od fiuta, który usiłuje penetrować moje wnętrze. W rezultacie ląduję nad kiblem i zmuszam się do wymiotów. Nie za bardzo jest jednak czym rzygać. Od kiedy byłam chora, jadłam naprawdę sporadycznie. Potem domowej roboty płukanie żołądka. Herbata. Kibel. Herbata. Kibel. Z muszli radośnie macha wewnętrzny kisiel. Brzuch z płaskiego zapada się w cudowną wklęsłość. Głowa boli jak rzadko. Kilka godzin później taksówka zabiera mnie z powrotem do mojego łóżka i odlatuję w głęboki sen.

Śni mi się. Drewniana chatka w górach. Ach. Piec. Koce jakieś. Brak akcji.

Budzę się wieczorem z ciałem gotowym do dalszej regeneracji. Jem. Dużo. Kac przeszedł. Przypominam sobie, że mam grypę. Połykam 1000mg dawkę paracetamolu i znów zapadam w sen. Budzę się po północy. Jest o wiele gorzej. Spod kaca i grypy znów prześwituje nuda.

7.10.09

piórka

Jean ręce miał upaprane w farbie. Pod paznokciami. Opuszki zalane papilarne linie. Malowaliśmy reprodukcję jednego z moich bardziej znanych obrazów. Zamówienie przyszło jako ASAP, bo klientka koniecznie musiała Moje powiesić na Swojej Ścianie zanim wyprawi 40-tkę. Wypadało wtedy mieć Moje na Swoim.

Z Jean'em znaliśmy się od niecałego miesiąca. Znał moje rzeczy i w Le Couture na zasadzie ludzkiego łańcucha pokarmowego doszło między nami do konsumpcji treści moich prac. Dyskutowaliśmy o jego interpretacji oraz percepcji prac w zestawach jako zespołów znaczeń niekiedy sobie zaprzeczających.

Tego wieczoru wylądowaliśmy u mnie z moimi i jego przyjaciółmi. Nowa Zelandia, Francja, Polska, Meksyk. Przepiliśmy przegraliśmy przegięliśmy całą noc. Było OK. Zazwyczaj ograniczone są granice. Kręcenia mnie przez sytuację czy człowieka, stąd większość zwyczajnie żenuje mnie, nie mogę wzbudzić w sobie szacunku. Pogardzam. Mało kto zasługuje tak naprawdę na moją uwagę i czas. Większość zawsze ma jakiś ubytek niewypełniony bądź zaleczony co niestety nie uchodzi mojej uwadze.

(Nie chce mi się. Mogę pożądać, lubić, być względnie zainteresowana/ciekawa, ale to wszystko jest chłodne i wycofane. Nie wjeżdżam. Nie mam po co.)

Następnego razu ten sam towarzyski zestaw zaparkował w lofcie jego mieszkania. Natychmiast wyhaczyłam główny motyw wzoru jego ścian. Stosy fot jego i jakiejś laski nieomal dorównującej mi urodą. Widzę takie rzeczy nawet, gdy podawane są w ilościach minimalnych, nie tylko dlatego, że jestem bardzo spostrzegawcza, ale głównie ze względu na ciągoty do gier strategicznych.

Skonstatowałam zatem, że mamy do czynienia z Jednostką wywodzącą się z Dwójcy, i chwalmy pana. Biorąc pod uwagę moją lodowatość, wycofanie i fatalność charakteru jak u Vicomte De Valmont, nie ruszyło mnie to mocniej niż erzac, ale powiedzmy zmotywowało do ruszenia na podbój. Cóż. Zepsucie materiału zaszło być może ciut za daleko. Kontynuowaliśmy zatem znajomość na poziomie tak zwanych mentalnych przyjaciół. Rozmawialiśmy i żartowaliśmy dużo. Poczucie humoru tak często poważnie kuleje u tych szczekających do mnie kundli, a ten mnie nawet bawił. Przy okazji istotna okazała się zawartość jego muzycznej bazy. Od dawna szukałam kilku płyt, które posiadał.

Jean wydawał mi się podobny do mnie. Jechał chłodno wbijając szpila za szpilą, by potem oferować pomoc przy jakiś codziennych przyziemnych sytuacjach. Oczywiście w moim przypadku taki behawior umotywowany jest jedynie późniejszym zyskiem wynikającym ze społeczno-psychologicznej zasady wzajemności. On zaś faktycznie był słowny i adekwatnie zasadniczy, więc zapowiadał się ubaw.

We wrześniu jechałam na dwa miesiące do Hiszpanii. Rozstałam się więc z ekipą, którą się staliśmy i wyalienowałam się na warsztatach wspieranych przez Struktury. Moje projekty indywidualne schowałam w kieszeń, przyklepałam i odłożyłam na potem tak samo jak życie towarzyskie - potrafię. Teraz był czas na ćwiczenie współistnienia w zespole oraz pracy na temat. Ów czas jednakowoż nie mógł trwać przez cały warsztat. Bez przesady. Żeby poćwiczyć swoje leadership skills, zorganizowałam dla wszystkich z ekipy weekend w Hiszpanii ze mną. Dla mnie.

Kwestię łóżek w zarezerwowanych przeze mnie pokojach pominęłam z tylko sobie znaną gracją(?). Podparłam się kulturowo-gender'owym tłem wycieczki korespondującym z moimi warsztatami i rozdysponowałam klucze (które docelowo miały doprowadzić niektórych z nas do szału...) i zabrałam Jean'a do naszego chwilowego schronienia przed zapierdalającymi wokół standardami typu świętość związku małżeńskiego etc.

W klubie za winklem zainspirowana dobrą mieszanką poza-mainstream'owego reggea, funk i soul, tańczyłam przed Jean'em, który stał, palił papierosy i patrzył się na mnie z subtelnym uśmiechem zdradzającym raczej oczywiste urzeczenie. Z deka znad deka, jednego, drugiego, mniej delikatnie patrzył się DJ. Skończył set pod dyktando właścicieli klubu i licząc na małe ze mną tête à tête, zaprosił nas wszystkich dalej. Mamrotaliśmy więc w głębi mrocznego gejowskiego klubu z muzyczną kontynuacją poprzedniego lokalu wciąż trzymając się na dystans.

W końcu nastąpiła jednak piąta rano. Z cienia ujawnił się hotel, a w nim tania scenka: ja i Jean siedzący na łóżku. Zmęczeni, bo musi być z muśnięciem dramatyzmu. Prysznice zmywają ślady tańca, bo musi być z odrobiną poezji. Siedzimy przed sobą. Jean jest zapatrzony, ale i zmieszany. Żeby było przyziemnie.

Piąta rano. Siedzę w półprzezroczystych turkusowych koronkowych majtkach i koszulce na ramiączka z napisem PANKA (otrzymaną z okazji wernisażu w Sosnowcu od artystki postpunkowej Ani F.). Rozpuszczone włosy. Prawą nogę mam podwiniętą, lewa z łóżka się ulewa. Paznokcie u stóp świecą kanarkową żółcią. Jean kładzie swoją dłoń na moim udzie i jedzie:

- Poznajesz mnie w interesującym momencie mojego życia. Jestem żonaty. W separacji. Dwa miesiące temu obciąłem włosy, znalazłem nową pracę, rzuciłem starą, za dwa miesiące rzucę też to miasto.

Przez chwilę odnoszę wrażenie, że Jean zna twórczość Marcina Świetlickiego, czy też zwyczajnie zgrywa typowego patetycznego egzaltowanego krakusa, a przecież wódki nie pije.

Być może w celu pogłębienia tego wizerunku całuje mnie w skroń, łuk brwiowy, policzek, usta. Całuje miękko. Przewidywalnie, ale sympatycznie. Siedzimy przed sobą. Mam koronkowe turkusowe majtki. Rozpuszczone włosy. Jean trzyma swoją dłoń na moim udzie. Całuje. Pełnymi zdaniami się całujemy (sic!). Usta owszem oboje mamy duże i pełne. Myślę o tym z boku. Jak o raczej tanim teledysku.

Jean nie zamyka oczu. Całuje górną wargę. Całuje dolną. Dolną. Górną. Ssie. Podsysa. Zauważam, że ma zawsze otwarte oczy. Duże oczy, które zawsze odpływają gdzieś w bok jakby się zastanawiał aka degustował. Być może patrzy się w kąt pokoju hotelowego, ale na pewno go nie widzi. Ja patrzę na jego oczy. Obserwuję go sobie, a jego to nie krępuje. Ciekawe.

Jego ręka z uda przenosi się na talię. Przysunięcie. Bliżej. Druga wjeżdża we włosy. Trzyma sobie mnie. Całuje. Podlizuje. Podsysa. Zaczepia koniuszkiem języka moje usta, powraca do brew, zaczepia rzęsy. Moknę. Odwijam nogę. Owijam się wokół jego bioder. Przyciągam się do niego. Tak myślałam, że będzie dobry.

Całowanie. Głaskanie. Zmysłowość. Powoli. Powoli. Powoli. Przyspieszająca. Powoli nabierająca tempa i erotycznej dynamiki. On się położy na plecach. Ja przesunę swoje dłonie od jego głowy po ramionach, dłoniach, kciukami pociągnę po wgłębieniach jego bioder. Dużo jest w ciele punktów zapalnych i dorośli powinni znać je wszystkie. Pocałuję wystające kości biodrowe. Pocałuję dłoń, brzuch będę całować, lizać, siebie dotykać, jego dłoń położę mu na brzuchu, przeciągnę ją po nim, potem po swojej twarzy, pocałuję, pogłaszczę prawe udo łydkę stopę ma zimną, rękę wsunę pod jego plecy, podrapię zjeżdżając w dół, do siebie, żeby tam ją zostawić i potem dalej.

Pada. My. Cicho oddycha. Jest gładki i pachnie. Całkiem estetyczny.

- Ty się inaczej ruszasz. Podoba mi się jak się ruszasz.

Oczywiście.

Jean ma prawo trzymać mnie w Hiszpanii za rękę, gdy idziemy na niedzielny pchli targ między fontanną a galerią sztuki współczesnej. Czuję się wtedy znów jak w teledysku. W celu dopełnienia obrazu kupię tam plastikowy mini gramofon do zawieszenia na szlufce spodni czy do noszenia z kluczami.
Chodzimy i oczywiście robimy zdjęcia. Pijemy kawę. Rozmawiamy. Gdy siedzi koło mnie w kawiarni na sofie, dotyka mojej dłoni tak, jakby ją powoli rozmasowywał. Bardzo powoli.

- Slow is good.

Powie, gdy wrócimy do Paryża. Zanim wyjedzie do nowej pracy i nasza znajomość wygodnie rozbije się pod pretekstem dystansu i niezałatwionych rozwodów, przyjdzie do mnie po to, by moja sypialnia obrosła w różowe piórka, bo dla tej scenki opowiadam tę historię.

Staliśmy na bosaka. Ubrani. Godzinę tak staliśmy, by, być może, co jakieś dziesięć minut zdejmować z siebie po kolei bluzki spodnie majtki. Godzinę. Powolny trans, tak wolny, że traciliśmy oboje równowagę. Najwolniejsze jakie mi się przytrafiło wzajemne eksponowanie. Godzina ćpania ust. Moje najzdrowsze uzależnienie.

Gdy byliśmy wreszcie nadzy, sięgnęłam po różowe boa wiszące jako dekoracja na pobliskim lustrze i owinęłam się nim. On czuł je, gdy się do mnie zbliżał. Zanim będziemy się kochać, Jean odsunął się na chwilę, popatrzył i powiedział:

- Wyglądasz jak gwiazda porno z lat 80‘tych.

Potem było już tylko parno.

16.8.09

pisanie

Piszecie, żebym pisała. Myślicie, że nie piszę? Piszę. Oczywiście. Razem z innymi pseudo-pisarzami zaszywam się w Ameryce Południowej. Nieważne gdzie. I razem z nimi wołając, ośmielam się celebrować nasz plan dnia.

Zaczynamy o szóstej w małych pokoikach z dostępem do prostej kuchni z najpotrzebniejszymi przyborami do pisania, takimi jak kawa i cukier. Rozproszeni wciąż przebrzmiewającymi w głowach snami, zarzucamy na nagie ciała jedwabne podomki, które przywieźliśmy sobie z Nowych Jorków i szuramy leniwie do naszych kawiarek i puszek z szypkością.

W trakcie gdy napitki przygotowują się do dzieła, my podchodzimy do drżących lekko firanek i otwieramy ukrywające się za nimi okiennice. Nasze pokoje wypełniają się rażącym światłem. Mrużymy oczy. Uwydatniamy nasze zmarszczki, już nie tylko mimiczne.

Wszyscy lubimy poranki, ponieważ jest wtedy najciszej. Można skoncentrować się na pracy. Złośliwie mówi się, że wstajemy wcześnie z powodu osławionych już problemów pisarzy ze snem, ale to są opinie zgorzkniałych niezrealizowanych artystów, którzy poświęcili się rodzinom. Tymczasem powody wstawania rano są czysto praktyczne, przyziemne wręcz. A jeśli grzebać się w psychologii.. ewentualnie można by doszukać się potrzeby bycia ponad rytuały reszty społeczności.

Tu jesteśmy bogaci. Z zawartością naszych amerykańskich i europejskich kont bankowych możemy jadać wszystkie dania na „mieście“. Po trzy godzinnym porannym transie pisania, kasowania, pisania, kasowania – przyjechaliśmy z laptopami - udajemy się, z poczuciem sumiennego oddania sztuce, na śniadanie. Zasłużyliśmy. Lokalne restauracje są proste i skłaniają do refleksji. Możemy dalej mielić w głowach scenariusze dla naszych bohaterów. Staramy się jadać w cichych miejscach na uboczu, gdzieś gdzie nie przychodzą inne gringos. Niestety wszyscy myślimy tak samo, więc lądujemy w rezultacie w tych samych miejscach.

Jemy obfite śniadania. Omlety, jajecznice, na bekonach, pieczywo, potem dżemy, dużo kawy i nieudolnie czytamy codzienną prasę iberoamerykańską. Duży posiłek o poranku sprawia, że na wiele godzin można zapomnieć o jedzeniu i nie wychodzić ze świata swojej fabuły. Aż do 16tej, kiedy fizyczność znów o sobie przypomni.

O 16tej jednak wszystko jest zamknięte. Siesta. Odrywamy więc kawałek w siatce schowanego na czarną godzinę chleba, odkrawamy kawałek sera i otwieramy pierwsze piwo kupione na recepcji. Z lodówki. Fakt przyjazdu do gorszego świata nie jest równoznaczny z obniżeniem naszych standradów. Na pewne rzeczy nie ma miejsca w naszych życiach.

Nasi bohaterowie lepią się nieudolnie z fragmentów naszych żyć. Szpiegujemy ulice i bary w poszukiwaniu detali, do których braknie nam wyobraźni. Odcień koloru paznokci, sposób opadania włosów na ramię, kant spodni, chód. Wysysamy rzeczywistość na własne potrzeby. Podsłuchujemy rozmowy, bacznie obserwujemy nieme konwersacje ciał.

Następnie przywołujemy z pamięci sytuacje, w trakcie których zachowaliśmy się jak cioty i piszemy je od nowa wychodząc w zmodyfkowanej wersji na chłodnych bohaterów, owiewanych fotogenicznie szarym dymem od papierosów.

Aż nadchodzi wieczór i wszystko budzi się do życia. Możemy zamknąć pliki, programy, komputery, przebrać się i wyjść. Idziemy do lokali i siadamy przy barach z notesami, książkami, z czymś w ręku. Nie czujemy się samotni i to musi być widać. Nie potrzebne nam towarzystwo. Przyjechaliśmy się alienować. Jeśli w trakcie wieczoru sytuacja stanie się towarzyska, na pewno nie będzie to z naszej inicjatywy. To inni chcą być z nami, rozmawiać i dzielić się. To ich problem.

Nikt z nas nie przyznaje się, że pisze. Oficjalnie jesteśmy na wakacjach, przejazdem, w drodze na konferencję. Nikt nie może się dowiedzieć. Ktoś mógłby wykraść notatki, szkielety, pomysły, dotrzeć do nas. Boimy się, że padną nam dyski, więc stale wysyłamy kopie plików na serwery naszych kont emailowych. Biegamy z laptopami do jedynej knajpki z Wi-Fi. Wysyłamy. Zapisujemy też najświeższe wersje na małych kluczykach pamięci. Od czasu do czasu wypalamy DVD i wysyłamy do samych siebie do domów. Gdyby ktoś ukradł przesyłkę i tak nie dostanie się do pliku. Jest zahasłowany.

Pijemy. Barmani nas lubią, bo jesteśmy lojalni. Przychodzimy co wieczór. Co kilka drinków dostajemy więc gratisy. Wciąż jest gorąco. Alkohol burzy się w nas wymieszany z upałem i wilgocią. Lądujemy na plaży, szybko chłodząc się w morzu. Wracamy nago do skrupulatnie ukrytych pod kamieniem czy palmą ciuchów. Trzeba je ukryć, ktoś mógłby pożyczyć sobie klucz do pokoju, ukraść materiały.

Rano budzimy się z niejasnym poczuciem odrealnienia. Czy śniły nam się powroty z przestankami w pokojach innych ludzi, czy spojrzenia i dotyk miały faktycznie miejsce? Nie wiadomo. Ważne, że jest 6 rano i trzeba siadać do pisania.

20.7.09

ironiczny

Bangkok. Rok 2002. Wymiętolona wytaczam się z samolotu we wsysający mnie do Tajlandii rękaw. Myślę: „Kurwa, jak gorąco. I duszno.“ Mówię do kolegi po fachu, który wtacza się tu ze mną, a jest to jego enty raz:
- Gorąco.
- To jeszcze nic. – parska Swen i dodaje – tu jeszcze działa klimatyzacja.
„Oczywiście“ – myślę i zwalniam kroku przy kundlu, który uderza do mnie z mokrym nochalem i śliną zbierającą się w kącikach mordy.

Za urzędnikami od paszportów czeka na nas Thaksin, który jest odpowiedzialny za opiekę nad moją i Swena dupę. Wita nas i zaprasza do czekającej na zewnątrz taksówki. Drzwi rozsuwają się. Zewnętrze oślepia mnie i dusi parnym gorącem doprawionym spalinami. Natychmiast chowamy się w samochodzie, który zjeżdża na zły pas ruchu. Powstrzymuję nieadekwatną reakcję i odlatuję w świat efektywnej klimatyzacji.

Bangkok wygląda jak jeden wielki plac budowy i perspektywa trzech miesięcy tu niekoniecznie mi się uśmiecha. Myślę jednak o pracy, basenie w moim hotelu i tanich knajpach, bliskości Bali.

Swen patrzy na żurawie i uśmiecha się. Myśli o pracy, basenie w naszym hotelu i tanich dziwkach, płci nieznanej.

Nie mija tydzień, a ja budzę się, hola hola - sama, budzę się zdając sobie sprawę, że już zdążyłam zaangażować się w jakieś sytuacje o zabarwieniu służbowo-socjalnym: pół-kameralny pokaz filmu pozafestiwalowego, który wszyscy znamy i cenimy, a potem darmowa najebka. Lubię sobie zrobić takie wejście. To taki mój transparent na wejściu do kolejnego kraju, miasta, projektu: z dupy się tu nie wzięłam, więc zastanów się dwa razy zanim w ogóle do mnie podejdziesz.

Na imprezie zarysowała się więc szybko siatka znajomości, które miały zdefiniować cały mój trzymiesięczny pobyt w tym tajskim burdelu. Wśród męskiej części klienteli lokalu, w którym miał odbywać się pokaz, natychmiast przyuważyłam młodego umięśnionego chłopca zarumienionego od wina. Postanowiłam zachęcić obcych z tej części restauracji do dołączenia się do nas i pewnie uderzyłam do stolika, przy którym siedział. Patrzył na mnie, gdy podchodziłam. Następnie zachęcałam swoim wewnętrznym PR’owcem cały stolik, czyli trzy persony. Umięśniony zapytał od kiedy tu jestem. Odpowiedziałam, znów zgodnie z prawdą, że od tygodnia. Skomentował z zastanowieniem:

- Ja jestem tu od dwóch miesięcy i nic nie zorgranizowałem.

Oczywiście, że nie. Myślisz, że co. Więc przyłączył się wraz z kamratami, obejrzał film, pił dalej, a pod koniec wieczoru był już zupełnie załatwiony. Nigdy później nie wiedziałam go w takim stanie. Dał mi swój adres mejlowy, mimo że widział jak sekundę wcześniej pewien wojskowej mentalności wysoki Niemiec zrobił to samo. Mimo że wcześniej w trakcie socjalizacyjnych przetasowań utknęłam na dość długo w konwersacji z jakimś najebanym Amerykaninem. Niższym, ale tak bezdyskusyjnie przystojnym, że wzrost mógł być postrzegany jedynie jako zaleta. Laleczka. Stylem ubierania dorównywał bulwarom Cannes, ulicom Paryża i Nowego Jorku razem wziętym. Co go wyróżniało, bo w Tajlandii nawet ci zazwyczaj stylowi, luzowali z elegancją. Śliczny zwrócił moją uwagę także z powodu swojej bezczelnej postawy – skuteczny afrodyzjak od pokoleń. Jednym słowem – impreza udała się.

Nastąpiła krótka wymiana korespondencji z tym zarumienionym Amerykaninem, po czym nie doszło do spotkania, gdyż ów będąc tam w celach turystycznych, pojechał wgłąb kraju.

Tymczasem Laleczka o imieniu Jay okazał się dobrym znajomym Swena i szybko zafunkcjonował jako stały 19-letni element wieczorów w barach. Zdradzał żenujące poglądy polityczne, ale w jego wypowiedziach socjologicznych, kulturowych, egzystencjalnych doskonale się odnajdywałam. No ale przede wszystkim był śliczny. I dobrze ubrany. I młody. I umięśniony. Wyprostowany. Ach ta jego dupa i barki. A w tym wszystkim zapuszczone gęste włosy, łamiące doskonałość reszty entourage. Chciało się ich stale dotykać.

W międzyczasie Zarumieniony, też Amerykanin, Simon wrócił do Bangkoku. Spotkałam go na kolejnym z moich minikinowych wieczorów i umówiłam się z nim i jego towarzyszami podróży na mecz tenisa, który miał odbywać się w dniu następnym, a na który chłopcy mięli wejściówki. Dzień był sympatyczny. Parę lat wcześniej, a raczej w poprzednim życiu, być może uznałabym nawet, że Simon to materiał na coś więcej niż projekt. Na jakąś więź nieomal. No ale to mi się ostatnio zdażyło jesienią jakiegoś 1932 roku.

Było milej niż miło. Wygląd w jego przypadku nie miał takiego znaczenia, choć przecież był umięśniony, przystojny. Był w końcu pierwszym facetem, na którego zwróciłam uwagę w Tajlandii.

Po meczu ja, Simon i dwóch jego przyjaciół poszliśmy na dach ich hotelu pić whiskey i moknąć w popołudniowym deszczu. Symptomatyczne było to, że na ów dach nie zaprosił mnie Simon, ale jeden z jego kolegów. Simon też okazał się bardzo młody, bo miał 20 lat. I był bardzo nieśmiały. Zapadał zmierzch. Troszkę wstawieni postanowiliśmy rozrzedzić alkohol jedzeniem i udaliśmy się na kolację do lokalnej taniej restauracji. Tam rozwodziliśmy się na tematy sztuki filmowej, o czym Simon miał dużo do powiedzenia i robił to w sposób bardzo przemyślany. Jak na swoją płeć i wiek.

Kolację zakropiliśmy ichnim Saeng Som i poprosiłam panów o odprowadzenie mnie do hotelu. Szliśmy kontynuując całkiem sensowną rozmowę, aż nagle kumple Simona puknęli go w ramię i powiedzielli, że będą spadać i niech Simon dołączy do nich w barze za winklem. Cześć Karolina! Było jasne, że chcieli zostawić nas samych, ale dla mnie było śmieszne, że dzieciaki myślą, że będę się, nie wiem, całować z Simonem przed wejściem do hotelu jak jakaś nastolatka. Simon faktycznie odprowadził mnie pod hotel i powiedział:
- To był bardzo fajny dzień. Dziękuję.
- Ja też. – i podałam mu rękę.
- Naprawdę? – odpowiedział.
- Tak. – potwierdziłam.

Po tym jakże udanym dniu Simon nie odezwał się. Doszłam do wniosku, że jest dużym nieśmiałkiem i kobieta, szczególnie starsza, musi go wyciągać. I raz faktycznie mi się udało. Na kawę za dnia. Znów: było miło. Skojarzenia latały w konwersacji celnie trafiając interlokutora. Potem rozstaliśmy się na jakimś skrzyżowaniu. Szybko. Miałam wrażenie, że mi ucieka. Aż wkrótce inteligentny, oczytany student filozofii, którym okazał się Simon znów wyjechał. Pomyślałam, że chłopak nie jest gotów na takie doświadczenia jakim jestem JA i nie naciskałam na jakieś zbliżenia. Karolina ma poglądy na każdy temat. Także na etapy rozwojowe człowieka.

Socjalizacje ze Swenem i znajomymi trwały dalej. Młody śliczny Jay w sprawach damsko-męskich obnosił się z przepastnym nihilizmem. Ucieszyło mnie to, bo straszną miałam na niego ochotę, a nihilizm wyklucza co najwyżej związek – fuj, nie seks.

Miesiąc później zrobilam ten jego tyłek, barki i czuprynę. Był świetny. Miał mnóstwo energii. Te 19 lat. Bóg istnieje.

Przez jakiś miesiąc pukaliśmy się jak norki. Jay był ciekawy, otwarty i chciał się uczyć. Starał się i mu wychodziło. Był taki jak ja. Za wycofaniem emocjonalnym nie stała blokada seksualna. Wiedział, być może podskórnie, nie uświadamiając sobie tego nawet w pełni, że czułość w odpowiednim miejscu i czasie może być bardzo erotyczna.

W pewnym jednak momencie przestraszył się. Nie rozumiał jeszcze, że kobieta chcąca seksu może nie chcieć związku. Mimo tego że werbalizowałam swoje w tej materii poglądy, Jay słuchał swoich młodych wewnętrznych głosów i zaczął próbować przeformułować naszą znajomość na jakieś poranne kawki, lunche, ale broń boże wieczory. Bóg więc jednak nie istnieje. Ja oczywiście nie miałam ochoty na żadną „przyjaźń“, ani na trzeźwe pogaduszki z dzieckiem, tylko na seks, więc im bliżej było mojego wyjazdu z Bangkoku, tym dalej było między nami. Chłopiec mnie nieco zirytował tym swoim chłopięctwem, ale taki koszt dostępu do tych jego młodych bark, dupy i włosów. Nigdy nie lubiłam tracić czasu, a planowałam trzymać go jako kochanka do mojego wylotu. Miało być jak zwykle. Miło i pusto. A to dziecko wycofało się z tak zajebistego seksu. Miałam więc pozostać bez kochanka na cały miesiąc.

Któregoś wieczoru szłam do jednego z barów, który na ten czas stał się moim, na spotkanie ze Swenem, który zdążył już zaimponować mi w piciu i dekadencji po 17-tej. Po drodzę widzę, że idzie z naprzeciwka Simon. Z jakąś dziewczyną i kolesiem. W krótkiej poprawnej pogaduszce wychodzi, że to jego siostra z swoim chłopakiem. Zapraszam znów Jay’a na kolejny pokaz filmowy, a on wykręca się i z grzeczności chyba mówi, że może przyjdzie. Jest spięty i sztywny, ale posyła mi sugestywne spojrzenia. No trudno. Za dziesięć lat zda sobie sprawę co mu przeleciało przez palce i wtedy będzie dramat. Jego. Nie mój.

Jay na pokaz nie przyszedł. Natomiast Jolanda – laska, która pomagała, przy ich organizacji – pierwszy raz wygadała się, że jest jakąś super znajomą Simona i to w zasadzie z nim zdradziła swojego eks-chłopaka, więc no trochę się znają. Wspominam, że to spoko postać, a ona na to, że chłopaki do tej pory się śmieją z tego, jak dałam mu kosza. Spojrzałam pytająco:
- Jak to?
- Pamiętasz jak byliście na tym meczu?
- No tak.
- Słyszałam jak Simon odprowadził cię pod twój hotel i ty wymownie podałaś mu rękę na do widzenia, na co on zdębiał i zaskoczony niejako dopytał „Naprawdę?“, a ty potwierdziłaś i się rozeszliście. Chłopaki do tej pory się śmieją z tego, jak podałaś mu tę rękę.
- A co? Myślały dzieci, że się będziemy całować?
- No może nie, ale Simon nie spodziewał się tak ewidentnego odrzucenia.

Morał z tej historii jest taki, że różnice kulturowe ratują przed komplikacjami. Wprawdzie Jay wymiękł po miesiącu zamiast wytrwać na posterunku o jeden więcej, ale był on antyzwiązkowym pewniakiem – tak zwana bezpieczna sytuacja. Podczas gdy Simon okazał się mieć filtr poznawczy działający na jego własną niekorzyść oraz potencjał emocjonalny. Z łatwością wyobrażam sobie jak inaczej mogły potoczyć się wydarzenia podczas moich trzech miesięcy w Bangkoku. Mógł to być czas wypełniony po brzegi seksem z Simonem, ale potem zaistniałoby ryzyko tak zwanej kontynuacji. Przeciągania tej sytuacji przez Internet, czaty, spowiadanie się sobie nawzajem z tego co każde robiło danego dnia, samooszukiwanie, ze spotkamy się już już. Obiecanki zamiast macanki. Jedna z bardziej denerwujących utrat czasu i sposobów jakim zdradza się debilizm człowieka. Brak realizmu. Tymczasem zwykłe podanie ręki zamiast pocałunku w policzek na do widzenia zatamowało potencjalną powódź. Proste.

4.7.09

zaraźliwy

Nie ma czegoś takiego jak HIV.

Pierre, bardzo uzdolniony, starał się być "poważny" i zazwyczaj kochaliśmy się w gumce, ale raz rano, w zamułce, w półśnie, spoceni w kiblu na korytarzu hotelowym, nogami sobie pomagałam stojąc na ścianach, żeby jeszcze bardziej go czuć i nie doszedł we mnie, bo na tyle był przytomny, ale gumki nie było.

Thomowi tylko obciągnęłam, bo bał się ze mną pójść do łóżka. Myślał, że jak to zrobimy to będę chciała zostać jakąś jego narzeczoną. Do tej pory się śmieję.

Robert, były mąż, który czasem mnie ODWIEDZA, nigdy nie robi tego w OSŁONCE.

Philippe, pojebany Head Chef restauracji w Paryżu, który umawia się z dostawcami na wyższe ceny na fakturach i różnicę wkłada sobie do kieszeni, gumek z zasady nie używa. Wystarczająco wkurwia go już to, że musi w pracy nosić lateksowe rękawiczki, gdy obrabia nie moje mięso.

Amerykanin, który przelatywał przez Czechy, tak samo jak ja. Dziewczyna w Izraelu. Karolinka w Pradze. Seks bez zabezpieczenia. Stosunek urywany. Bardzo egzaltowany. Holywoodzka produkcja w praktyce.

O Ojcu Synu i Duchu Świętym nie będę się powtarzać.

Ani o Przedostatnim Polaku.

Kolega z Pracy też niekoniecznie się zabezpieczył, gdy mnie wreszcie posunął po złożeniu wypowiedzenia. Teraz chce wrócić do Firmy.

Jean przyzwyczajony był do tego, że w zachowującym wierność związku małżeńskim o zabezpieczenia martwić się nie trzeba, więc mu się ta postawa na mnie też ULAŁA choć zupełnie bezzasadnie. Jak można tak lekko traktować te sprawy, gdy się ze MNĄ zadawać? Czy to nie głupie trochę? Mi ufać? Mieć nadzieję, że nic mu nie przekażę. Jean był jednak trochę skrzywiony tym swoim jedynym i z deka przydługim małżeństwem. Nie miał pojęcia o innych
scenariuszach.

Simon dochodził we mnie notorycznie. Miałam wtedy fazę na sporty ekstremalne, więc to się tak jakoś dopasowało. "Patrz Pan. Czerwone na białym. Jak się się sprawdza. Ale biały pudel na śniegu - to też się sprawdza". Wspinałam się po skałkach bez saportu, skakałam ze spadochronem i byłam totalnie wtedy uzależniona od adrenaliny. Simon też lubił ocierać się o krawędź, więc nie miał oporów przed najprzyjemniejszym dla facetów aspektem spółkowania.

I wciąż się nie zaraziłam.

Nie ma czegoś takiego jak HIV.

1.7.09

zimny

Wyjechałam głównie z powodu zimy. Gdy byłam gówniarą nienawidziłam spódnic i sukienek, więc całą zimę łaziłam po kwadracie w rajstopach i dżinsach. Nie znosiłam sposobu w jaki majtki oblepiały mi cipkę po całym dniu na uczelni czy łażenia po mieście. To było ohydne. Zero przepływu powietrza, a w alternatywie odmarznięcia dróg rodnych.

Moja skóra syfiła się na brodzie, mimo że cerę miałam porcelanową, zawsze mówili na mnie Lalka. Kurtki zasunięte suwakiem w służbie zachowania stałocieplności, gmerały moją skórę w tym właśnie miejscu, wypowiadając wojnę doskonałym przecież porom.

Gdy smarowałam policzki kremem Nivea, świeciłam się jak Maradonna, gdy chciałam wyglądać jak zwykły człowiek, musiałam liczyć się z wysuszoną, zmasakrowaną ukraińską twarzą.

W mieście śnieg topił się szybko, kierowcy w dupie mieli przechodniów, szczególnie szczyle, a niektórzy panowie uważali ochlapanie mnie błotem, eleganckim sposobem okazania przychylności moim długim nogom i ponadprzeciętnie zajebistej dupie.

Szara zimna papa lała się w buty, mokre nogawki nasiąkały wzwyż.

Jednego z takich uroczych dni nic się nie wydarzyło.

15.2.09

W tym roku byłam na czterech ślubach i trzech weselach.

- W tym roku byłam na czterech ślubach i trzech weselach.
- Ahmmm?
- I wiesz, większość tych lasek przybiera drugie nazwisko! Dla mnie to jest kompletnie bez sensu. Potem i tak się używa jednego, jak się podpisujesz. A jeszcze wiesz niektóre mają jakieś beznadziejne te nazwiska i się ich nie pozbywają, tylko zatrzymują! A jedna to była niezła, bo panieńskie miała jakoś Woźnica, a nazwisko męża coś w stylu Furman, bo jego matka była od strony swojej matki Niemką. No więc wyobraź sobie, że jesteś Karolina Woźnica Furman!


- O weź mi zrób zdjęcie z Małą. O! I przy choince. Tylko tak, żeby było widać, że dużo prezentów.


Pijawki. Wpadnij tu, wpadnij tam, powysysamy cię trochę z energii. Ty, taka światowa, ubrana, to jednak widać, gdy garsonka jest z Mediolanu, a nie z Tarasów. Rozerwać, ubawić, z każdym grzecznościowo pogaworzyć choćby przez chwilkę. Nikt nie może poczuć się odrzucony, czy zaniedbany. I've got you, got you under my skin, dear PR rules and conditions. Do not apply. Bez wyjątków. Sponsorat, patronat, barter, wigilia, whatever. Popławimy się w twoim świetle. Odbite, nie odbite, no raczej zawsze odbite. Od dwudziesto-pierwszo-wiecznego sarmackiego wąsa.
No zostań jeszcze, możesz przecież wrócić później. A przekazano ci od nas prezenty z zeszłego roku? Tam była taka książka o kwadraturze przepływu energii pieniądza.
- Tak, dostałam, ale póki co nie była mi potrzebna.
Karolina odpowiada z doskonale wyćwiczoną umiejętnością profesjonalnego dozowania przekąsu tak, aby powiedzieć swoje, ale by odbiorca wiedział (sic!), że dobrodusznie sobie tu bezpiecznie żartujemy. Lekki przechył zdradziłby jednak prawdziwe intencje rozmów czyni podle, gdy może. A tymczasem wszyscy chichrają się i jest uroczo.

Starzy znajomi wciąż palą z fifki i piją żołądkową.
"Wpadnij kiedyś poniszczyć się z nami."
Ale już nie można palić papierosów nigdzie indziej niż na balkonie.
Na balkonie 1 stopień. Mimo że podłoga płaska. W środku zaś ciepło, bezpiecznie, czyste powietrze przejrzyste. Dbamy o efekt jutrzejszego poranka i cerę. Bo i kremy zmienione dawno na 35+.

- O i papier do pakowania też ładny.

Raczkowski wbija flagę w kupę, a szopka trwa. Bloki. Trochę poprószyło. Dało nadzieję na przykrywkę egzotycznej szaroburej elegancji, ale tylko połechtało i przestało. Brak liści nie przesłania porywającej architektury zwalonego kloca, klasy pracującej spiętej oraz zgniecionej egzystencji (?) starych Polaków, którzy jako nie produkujący produktu krajowego brutto produkt nadają się co najwyżej na śmietnik. A poza tym estetyka gułagu. To jeszcze lepsze. Te płaszcze i chusty. Ukraina i ZSRR.
Spalić, zakopać, nie dowie się nikt.

Apropos. Własna matka zestarzała się też, znów i jeszcze bardziej. Jej pokrętna komunikacja jednak dzięki bogu się nie zmienia. Są jednak w życiu niezmienne pewniki. Jakiś punkt odniesienia. Stałe chroniące przed wszechobecnym relatywizmem. Przede wszystkim i szczególnie ta niedojrzała miłość rodzicielska, która w nic się z czasem innego nie przemienia i w rezultacie tworzy takie zimne zepsute potworki jak JA.

Matka Karoliny jest wiariatką. Z braku jakiegokolwiek oparcia w samej sobie, kumuluje przedmioty na obraz i podobieństwo wysypiska śmieci pod Neapolem. Analizuje wpływ fal radiowych na nastrój i myślenie ludzkości ("Ktoś to powinien zbadać"). Stąd nieludzką postawę Karoliny przypisałaby właśnie promieniowaniu komórki, mikrofalówki oraz sygnałowi WiFi w jej licznych mieszkaniach, czy hotelach, w których przeżywa. Matka Karoliny bardziej niż w Boga wierzy w Diabła, co może jest jedyną jakąś platformą, na której zahaczają się minimalnie żywota obu umarłych: matki i córki. Tylko u matki bardziej w mowie, a u córki w zaniedbaniu. Nieludzką postawę Karoliny przypisałaby właśnie promieniowaniu, gdyby cokolwiek o Karoliny syfiarstwie mentalnym wiedziała, czy też dawała pewnym informacjom przebić się do świadomości. Tymczasem ta upycha pod kołderką, kitra. Nie da. Tak jak bowiem Karolinka balansuje stale na krawędzi uroku i szpil, tak daje odbiorcom wybór, jak sobie ją odczytają. I matka naturalnie rzecz biorąc stawia na urok. Szpil by nie przeżyła. Jej świat jest z kartonu i nawet mżawka jest śmiertelnym zagrożeniem bezdomnością, a co dopiero tak emocjonalna sprawa jak jej własne dziecko stające po stronie wszechobecnego diabła.

Tata idiota. Nie sądzę, aby uzasadnione było literackie uznanie, które zdobył po 40‘tce. Powinien był dalej ruchać te biedne kretynki, jak moja matka i zachlewać się sądząc, że reprezentuje w tym jakąś klasę. A czy klasą jest notoryczne obrzygiwanie się? Oczywiście.

Tymczasem diabeł tkwi w szczegółach. To nawet nie ekstremalna polska bida, ale średnio drogi brak stylu najskuteczniej przyprawia mnie o mdłości. Szminka nie dobrana o pół tonu i rujnująca cały zestaw kolorystyczny. Szczególnie, gdy laska nie ma absolutnie nic do powiedzenia. Mieszkanie starych znajomych na Żoliborzu wyremontowane w sposób poprawny i żaden. Szukam w panice, w desperacji, z nieuzasadnioną nadzieją, ale nie znajduję nawet muśnięcia prawdziwym stylem. Ładna nijaka porcelana wypełniająca brak treści, by gospodyni formą zasklepiła sobie egzystencjalne neurozy. Muzyka ma natomiast misję: łagodzić obyczaje lub równoważyć drobnomieszczańskie misterium odrobiną kwadratowego szaleństwa. A teraz porozmawiajmy o autostradach i kryzysie, wbrew któremu damy sobie w tym roku jeszcze więcej chujowych tendencyjnych prezentów.

19.1.09

ranny

Pisanie do ludzi w piątek wieczorem kompletnie nie ma sensu. Wszyscy są albo tripują na plaży po zjedzeniu grzybów z, tak, tak, Amsterdamu, albo upijają się w klimatycznych francuskich knajpkach studenckiego miasta, albo w knajpach nieco większych na wschodzie Europy, gdzie jest już kurewsko zimno i zgromadzenia muszą być obfitsze, by nie odmarzły uczestnikom dupy. Do ziomów z Australii pisanie ma sens jedynie, bo to pisanie do przyszłości, gdy odbiorca kontempluje już sobotę, a ty jeszcze w zatęchłym piątku, choć też nie do końca, bo zapewne trawi ich kac i też niekoniecznie będą w tym stanie sprawdzać mejla czy wkroczyć z nowym statusem na strony społeczności internetowych. W Nowym Jorku jeszcze pracują i choć trzeźwi wciąż, to jednak nabooz'owani, bo przecież piątek i zbliża się upragniony legalny kulturowo wspierany reset.

Także w sobotę, o siódmej rano, gdy systemy fizjologiczne ziomów pracują nad wypoceniem nadwyżki alkoholu, strawieniem kosmogolicznego grzybka, rozkoszy zmysłowych typu MDMA, białych przyjemności intensywnych i drobno sproszkowanych, nie przychodzą na gmaila odpowiedzi na ważkie tematy poruszone w nocy w mejlach do nich wysłanych. Odpowiedzi nie przyjdą w sumie do jakiejś niedzieli wieczór, gdy wszyscy się wy ci sza ją, a strużka z nosa wreszcie zdążyła skrzepnąć i teraz już tylko trzeba poczekać, aż wypadnie z noska mały brunatny strupek.

W sobotę rano zostaje się więc w łóżku. Insomnia opędza oba krańce snu, więc o siódmej rano wyrzuca z łóżka, wykopuje przynajmniej do kawiarki i spowrotem. Wraca się pod kołdrę z pachnącym ciepłym kubkiem myśleć o przyczynach kryzysu kredytowego. Kawa muli, a jeść nie wolno. Nie wolno, bo jest za wcześnie. Żołądek skurczony jeszcze martwy, śpi. Gdy żołądek śpi, mózg grasuje. Nie jeść, nie jeść, spoko, nie ma jeszcze ciśnienia, ale trzeba kontrolować, bo bóg wie kiedy obudzi się potwór i będzie chciał żreć. A ja tak nie lubię rzygać.

W sobotę rano zostaje się w łóżku spijając do połowy tę kawę dla przyzwoitości, aby zrównoważyć nieprzyzwoite zsuwanie się dłoni między nogi. Powoli się krąży wokół celu jak sęp nad padliną, jak kruki i wrony nad winkelriedem narodów. Żeby się rozgrzać, rozkręcić, praca mięśni różnych, taki poranny aerobic, joga, callanetics. Czy jak unieść trochę biodra to będzie to bardziej czuć. Czy może rozluźnić wszystkie mięśnie (oprócz ręki) i głęboko oddychać. A może oddychać płytko, ale skupić się na rytmiczności. Oczy szeroko zamknięte czy otwarte. Czy jak przyatakować teraz to natychmiast przed oczami wybuchną fajerwerki na wewnętrznej stronie powiek. Czy jeszcze nie, jeszcze nie, jeszcze fale gorąca promieniują, stopy wreszcie stają się ciepłe, na czole czuć lekką mgiełkę potu. Jeszcze może być lepiej, jeszcze jest ufność i nadzieja dla zwykłych ludzi, a przecież wiara nadzieja miłość to najwyższa forma inteligencji.

Palce dwoją się w trójcy jedyny jednak punkt zaszczepienia self ekstazy. Centrum zainteresowania świata. Źródło światła. Ręka jak ośmiornica oplata je i przechodzi nawet lekki ból głowy powstały w wyniku wypicia wieczorem klasycznej jeden i pół butelki czerwonego wina. A lekki, bo lata praktyki.

(Przez jakiś czas męczyły mnie jszcze względy estetyczne. Że rano wygląda się po alkoholowej wieczerzy o wiele gorzej, niż gdy nie. Ale to było przed tym jak weszłam w ten próg podatkowy, który umożliwia zakup odpowiednich kosmetyków. Instrukcja obsługi jednego z nich brzmi w tłumaczeniu na polski mniej więcej tak:

1. Oczyść skórę wokół oczu tonikiem. (a gin?)
2. Delikatnie nałóż cienką warstwę kremu.
3. Przez przynajmniej 3 minuty nie wykonuj żadnych min.

Chodzi oczywiście o wory pod oczami, a botoks wsiąka i zasysa wszelkie ślady egzystencjalnej szarpaniny i bólu i samotności i lenistwa, zepsucia, próżności.. ziew)

Tymczasem fajerwerki znoszą kaca skuteczniej niż Nurofen, ale niestety krótkotrwalej. Dlatego dobrze jest połknąć painkiller'a przed snem, a rano dwie tabletki, w pół śnie, so that when you do wake up at that fucking 7 am, you will feel only leftovers of the sickening headache. O przepraszam, zapatrzyłam się.

Z punktu widzenia nocnego portiera moje poranne wyjście z kamienicy po gazetę jest akurat preludium do zakończenia dnia pracy, a dla mnie rzuceniem na głęboką wodę. Gdy tylko obrotowe drzwi wyrzucają zmuloną porgazmiczną głowę poza nawias klatki schodowej, zaczyna się dżungla. Lubię ją wprawdzie ze względu na niezawodność w dostarczaniu mi publiki, ale męczy mnie i nudzi hałaśliwa powtarzalna rytmika, przewidywalność zasad i bolesny atak na zmysły. Za szybami kawiarni siedzą nudne garsonki, tania młodzieżówka, pary, o ile nie milczą, rozglądając się w desperacji za czymś co wyciągnie ich z cierpienia, liczą na możliwość wcięcia się w monolog swojego partnerka lub partnerki, aby móc zalać owe własnym. Psy. Ludzie z jakiegoś powodu uwielbiają śmierdzące zwierzęta trzymać w mieszkaniach, obnosić się z nimi po ulicach i pozwalać im obsrywać torebki na kupkę. Cudownie. Słodka społeczność i przynależność do formułki 1.
Gazeciarz absolutnie mnie ignoruje, nigdy nawet nie spojrzał na nic więcej niż moją dłoń z monetą. Uwielbiam jego kompletny brak zainteresowania i prób udawania, że się jakoby interesuje klientem. Nie sili się na mówienie do mnie, tylko dlatego jestem w stanie zejść do niego w sobotę i nie dostać padaczki. Rzuca mi pod nos zapach świeżego druku, ja wgryzam się w zwinięty rulonik, macham ochoczo ogonkiem i teraz chcę być twoim psem, proszę pana. Och, tak sobie pozwoliłam na serca żart.
Okulary przeciwsłoneczne zsuwam z powrotem na nos i przedzieram się przez ulicę jak przez okopy, z powrotem na moją wyspę. Od razu strzelają ulotkami, boki mojego pola widzenia bombardują wielkoformatową reklamą, fotografowie usiłują zrobić kolejny niepowtarzalny kadr, przechodnie dokonują stylistycznych samobójów, co dobija mnie nie słabiej niż śmieci za wycieraczką mojego samochodu.
Starając się nie patrzeć na otaczający mnie ludzki śmietnik, znikam w ramionach mojego budynku.

Nocny portier zamienił się w pięknego królewicza, któremu się to niestety śni, bo może by i miał coś do zaoferowania wizualnie, gdyby nie debilizm pozbawiający go potencjalnych resztek uroku.

- Dzień dobry Pani Bukovska.

Nie odpowiadam, wystarczy, że ma przyjemność zwracania się do mnie.