10.1.08

seven - wtorek

Loreal ma niezłą serię lakierów. Resist&Shine. Jak ja. Klasyczny głęboki czerwony stoi pod numerem 500. Pod znakiem zapytania zaś moja dalsza znajomość z Kochankiem Poprzedniego Miesiąca. Ostatni tydzień to było siedem grzechów głównych, a tego się nie wybacza, bo niby w imię ojca? Gdyby chociaż i syna i ducha świętego.

Wtorek - STRACH

Broń widziałam raz w życiu, a ty nie potrafiłeś stanąć. Na wysokości zadania i sprostać sytuacji.

Central Park jest wielki. Wiadomo. Z różnych filmów. Wolf, HAIR, Przed wschodem słońca, gdyby nocna scena działa się w Wielkim Jabłku. Ale do rzeczy. Sprytnie zsynchronizowaliśmy swoje odloty z Europy, aby moja służbówka, a jego "research" zbiegły się w czasoprzestrzeni. Był to naprawdę wyczyn dwóch mózgów, zważywszy na nasze zgęstniałe jak proszek plus woda po dwudziestu minutach od zmieszania tworzące klej do tapet, kalendarze. Kalendarze miałam na myśli. (Johnny, roll me a cigarette, would ya?) No więc załatwiamy nasze sprawunki. Mi się udaje, jak zwykle, skłonić kontrahenta do moich warunków. Firmama się ucieszy, że dziecko takie zdolne. Zadowolona, ale nie podjarana jakaś, bo nie widziałam innej opcji, jak tam jechałam, dzwonię do KPM, że wychodzę z Hotelu Excelsior i co i jak i kiedy proponuje w tym kontekście. On, że tuż obok. Spotkajmy się w pół drogi w Central Parku. Nie Perku. Przyjaciele to w pudełku dla kwadraciarzy. Swoją drogą jak można się tak pałować tymi szablonami. Ludzie to są naprawdę zasmucające istoty. Nie dziwne, że bóg stworzył i olał. Też bym olała. Też olewam.

W parku zmierzcha, a ja kroczę. Za mną też jakby ktoś krokowi memu dotrzymuje... kroku. Ale to duża metropolia i duże parczysko. Ludzie mają prawo iść tą samą ścieżką tym samym rytmem, zsynchronizowani. A gdyby co, zawsze mam swój Magiczny Spray, IQ i utylitaryzm. Kroczę i wraz ze mną moje krocze (żart). Zza rogu zaś wkrótce wypełza raźnie KPM. Zamiast dłonią mi wjechać w czuprynę, zamiast wjechać nią w moją dłoń, KPM, z tylko sobie znaną klasą i stylem rysuje zygzak od uda, gdzie może sięgnąć najniżej bez pochylania się, do wiadomo gdzie. Uśmiecham się do niego, bo nawet mnie rozbawia tą mutacją amerykańskiej HIGH FIVE, zawijamy o moje 180˚ i stajemy ni stąd ni z owąd z echem mojego kroku. Facet jest czarny, ma bluzę z kapturem, kaptur na łbie, zaciągnięty na gały świecące w ciemności, która już zdążyła zapaść i w kontrze do jego ciemnej smolistej skóry (ładny swoją drogą mi się wydał, młody, ŚWIEŻY). Spodnie sztruksowe workowate. Oldskulowe adiki. Street wear. Mruga. Raz, dwa. Jesteśmy tak blisko.. Wszyscy jakby zdziwieni i tym szokiem jakoś zagięci, jak mówi młodzież. Za chwilę okazuje się jednak, że to klasyczna projekcja. Tylko ja i KPM jesteśmy lekko skonfundowani. Kaptur bowiem wyciąga spluwę odsuwa się o krok w tył, prostuje ramię i lufa jest na moim pudrowanym niedawno nosie! No tu, przyznam, lekko się przestraszam i zaskoczona obserwuję w sobie na dystres reakcję taką, że myśleniówa w tempie zapierdalającym, co jak z czym kiedy wyjechać. Przystosowanie do sytuacji: jak zareagować adekwatnie?! Tymczasem czuję, jak KPM mikrymi ruchy się kurczę kurczy, choć drga mu warga i oko, że niby chce wyglądać ZŁO. Kaptur rzuca jedyne co rzuci tego wieczoru:

- Empty pockets on the pavement and lady gives me the purse.

Hmm. Ładny głos ma. Głęboki baryton. Nie wychwytuje jednak mojego zainteresowanego spojrzenia, nie, nie zaprasza ani na kawę, ani na ciastko. Czeka. Ja też czekam.

Aż KPM wyjmując portfel z kieszeni zaimponuje mi wprawnym ciachnięciem Kaptura ukrytym w podszewce nożem wyjmując go z eleganckiej kabury.

Albo jakiś mały pistolecik jak u starego Jamesa Bonda by Sean Connery, którym to rewolwerkiem rąbnie go w głowę, a zanim się chłopak pozbiera my będziemy już daleko przeniesieni w przestrzeni zmotywowanym adrenaliną sprintem.

Albo przynajmniej stanie przede mną zdejmując z mojej twarzy tę cholerną lufę.

Ale dupa tak zwana. Nic. KPM, jak mi później powie, starał się być rozsądny. Chłopak miał broń, a my co? Mógł do nas strzelić jak będziemy w biegu. Yeah, like fuck yeah. Na pewno by marnował kule na strzelanie do jakiś przypadkowych ludzi, po prostu by nas olał. Nie wyglądaliśmy tego dnia szczególnie bogato. Tak czy owak KPM posłusznie i ostrożnie opróżnia kolejne kieszenie z monet, papierków, jakieś euro się też zaplątało, słuchawki do iPoda, karta do otwierania pokoju hotelowego, komórka, zapałki, chusteczka do nosa, dwa kondomy, kluczyk USB. Ja się ociągam, ale grzebię i nagle widzę, że Kaptur skupił się na KPM. Przez ten mały momencik nie patrzy ani na moją twarz, ani na moje dłonie, ani na to gdzie grzebią i co wyjmują z kieszeni. KPM powoli kończą się kieszenie, więc Kaptur chce go doublecheck i zbliża się do niego, wciąż celując we mnie, ale już nie tak dokładnie. Jest jednak gówniarzem i nie wydaje się specjalnie profesjonalny w swych działaniach. Kaptur zaczyna więc poklepywać KPM starając się wyczuć gadżety, którymi ofiara nie chciała się z nim podzielić. I wtedy mnie zalewa adrenalina, WIEM, że nic nie ryzykuję, jeśli w tym jedynym momencie coś zrobię. Wcześniej było za wcześnie, później będzie za późno. A na pewno nie mam zamiaru oddawać chujkowi swojej komórki, za dużo tam ważnych kontaktów i parę filmików, które wolałabym zachować dla siebie. Sięgam więc do TEJ kieszeni, wymacuję gdzie dół gdzie góra puszki, kciukiem spycham przykrywkę, wskazujący kładę na spuście, robi mi się gorąco, wyciągam spray, celuję na te piękne świecące gałki i naciskam spust. Chłopak w pierwszym odruchu zaczyna się drzeć, a lewą ręką zasłania oczy. Prawa, z bronią, chwieje się i wtedy ja mu kopa w jaja kolanem. KPM się gapi, głowa mu lata, to na mnie wzrok, to na niego, to na okolicę, czy ktoś jest, nie ma, policja więcej Kapturów, ale poza tym ani krztyny instynktu samozachowawczego. Gdy Kaptur zgina się, bo bolą już nie tylko oczęta, chowam gaz łzawiący i prawa ręka zaciska mi się w pięść, nie wiem jak, w życiu nikogo nie uderzyłam (pięścią), prowadzi mną jakieś ciało migdałowate albo inny atawizm. Patrzę na tę pięść jak na obcą, nie wiem co ona zrobi, film jakiś, tylko strasznie od niego robi się gorąco. Pięść sprytnie uderza w nadgarstek Kaptura, dłoń puszcza pistolet, ja go szybko podnoszę z ziemii, bo Kaptur ślepy, ale maca glebę szukając swojej zabawki. Odsuwamy się od niego. Wszystko trwa jakieś nanosekundy, krzyczę:

- Biegniemy.

KPM podnosi z ziemii swoją komórkę, kartę hotelową, słuchawki i goni mnie. Biegniemy długą chwilę zanim w ogóle wydostajemy się z parku, a potem jeszcze moment, na wszelki wypadek.

Adrenalina schodzi powoli z obojga w malutkiej knajpie, gdzie spijamy wódkę za wódką z tonikiem. Przewijam ciągle w głowie te kilka minut w parku. Śmiać mi się chce z mojej reakcji, bo z dzikiego zachodu nie jestem, a tu proszę. Gdy już zjeżdża ze mnie to całe napięcie, zaczynam się przyglądać bliżej KPM. Widzę teraz wyraźnie jaki był wypeniany i jaki wciąż jest. Nawet nie chciał iść do tej knajpy. Wolał wrócić do HOTELU, bo tak będzie BEZPIECZNIEJ. To ja przekonałam go, że lepiej otoczyć się ludźmi, muzyką i napić drinka, niż siedzieć w pustym bezpłciowym pokoju hotelowym i wpadać w paranoję za każdym razem, gdy ktoś przechodzi korytarzem. Czuję jakiś niesmak i rozczarowanie, że on był taki bierny, że nawet nie pysknął gówniarzowi. Że swój strach tłumaczy rozsądkiem i nie potrafi chociaż post factotum prześmiać siebie w roli cipy i mnie tym rozbroić. Nic. Poważny i rozsierdzony jak którykolwiek Kaczyński. Nagle wydaje mi się ohydnie egzaltowany i niezbyt bystry.

W nocy spluwa (bez łusek wypełnionych prochem) wypełniła części ciała, których nie używa się do wciągania prochu, więc fun był, "ale niesmak pozostał".

Brak komentarzy: