6.1.08

dizklaimer

Jestem dziewczyną, przed którą ostrzegała cię mama. Trzy rzeczy, które najbardziej mnie kręcą, to kutas, narkotyki i praca. O tej ostatniej pisuje gdzie indziej, więc skupię się na dwóch pozostałych. Przez kutasa rozumiem szeroko pojęty seks, a nie część ciała. A do dragów wliczam również te legalne, czyli alkohol. Seks i dragi to wymagające hobby, nie raz pakowałam się przez nie w kłopoty. Zwłaszcza, że najbardziej lubię je mieszać. Np jak poznaję kogoś w klubie, po kilku drinkach kupujemy dwie torby koksu i idziemy do mnie, do niego, albo do hotelu. Raczej nie wpisuję tego w rubryce „zainteresowania” w CV, ale prawda jest taka, że nic nie jara mnie bardziej.

Punkt pierwszy: kutas. Czyli seks i faceci. Mężczyźni obsesyjnie zwracają uwagę na rozmiar. Owszem, liczy się, ale bez przesady. Najważniejsza jest technika. I chemia. Bez chemii nie ma funu, a o to przecież chodzi, prawda? Co do techniki, to wiadomo, gra wstępna to podstawa. Możnaby pomyśleć, że 40 lat po rewolucji seksualnej nie trzeba już tego nikomu przypominać, ale wciąż zdarzają się takie aroganckie dupki, które myślą, że sam fakt seksu z nimi powinien cię tak zagrzać, że jesteś gotowa od pierwszej minuty. A nawet fajni mężczyźni nie wiedzą, że seks nie zaczyna się i nie kończy w sypialni. Jak stwierdził Jackie Treehorn: mózg jest największym organem seksualnym. Dlatego, jeśli facet chce, żebym była mokra na samą myśl o nim, musi mi słać pikantne smsy, wulgarne maile, lubię, jak jedziemy windą na przyjęcie na tarasie w centrum i każe mi, żebym mu obciągnęła, albo sam klęka i robi mi dobrze. You get the idea. Ale do tego potrzeba wyobraźni (bo, jak śpiewały fasolki, fantazja jest od tego, żeby bawić się na całego), a to z kolei wymaga inteligencji. Dlatego, jeśli koleś ma IQ poniżej 130, to mi nie staje. Ale bez paniki, panowie, takich lasek, jak ja, jest bardzo mało. Większość zadowala się banalnym patrzeniem w oczy na kolacji przy świecach i bielizną w prezencie. Inteligencja oznacza najczęściej, że jest też złośliwy, dowcipny, cyniczny i zepsuty. Czyli, że nie będę się nudzić. Wtedy możemy się ze sobą przespać więcej, niż raz. Pieprzyć się. Kochać. Całować. Dokuczać. Uwodzić. Tylko w rozsądnych granicach, bo jak facet chce Związku, to szybko spierdalam. W programie antyspamowym dodaje jego maila do niepożądanych. W komórce zmieniam ustawienia, żeby jak będzie telefon z jego numeru, nie było żadnego dźwięku. I po sprawie.

Jestem typem myśliwego. Lubię zdobywać, potem trochę się pobawić ofiarą, zjeść ją i po jakimś czasie dalej ruszać na łowy. Nawet najseksowniejszy facet traci siłę, jeśli jest na każde wyciągnięcie mojej wymanikiurowanej dłoni. A kiedy już coś się dzieje, lubię komplementy na poziomie. Nie znoszę podlizywania się. Jeśli koleś w pierwszym smsie leci, że jestem piękna, to ok. Ale jeśli to wszystko, na co go stać, to po nim. Wyznanie miłości też skreśla. Wyznanie nienawiści – odwrotnie. Pobudza. Sprawia, że chcę go zaciągnąć do łóżka. Wolę takie relacje, gdzie nie ma przysięgania, wielkich słów i deklaracji. Wolę fun. Wolę brak rutyny. Powtarzalności. Przewidywalności. Klisz. Nie lubię kłamać, a najczęściej spotykam się z kilkoma facetami na raz. Dlatego lubię mieć raczej kochanków niż chłopaka, narzeczonego, czy, nie daj boże, męża. Z moim ostatnim kochankiem rozmawialiśmy niedawno o związkach, monogamii, całym tym poprawnym scenariuszu.
- Nie wierzę w monogamię – stwierdziłam.
- Ja też, ale gdybyś przespała się z kimś innym, musiałbym cię zabić.
- Dlatego nie mówię ci wszystkiego – odpowiedziałam. On się uśmiechnął, bo myślał, że żartuję.

Punkt drugi: narkotyki. Za każdym razem wiem, że następnego dnia będę się czuła jak szmata, ale wieczorem nigdy nie myślę o poranku. To mnie kiedyś zgubi. Niedziele wyglądają tak, jak w mojej ulubionej piosence: „sunday morning i'm waking up, can't even focus on the coffee cup. Don't even know whose bed im in, where do i strart, where do i begin?”. No właśnie. Czyje to łóżko, co to za miejsce, miasto, kraj, w jakim języku się tu mówi i jaki jest numer do taksówki, która najszybciej zabierze mnie do domu? Po takich nocach czuję się sponiewierana, zepsuta, pozbawiona hamulców i rozpustna i wydaje mi się, że wszyscy na ulicy to widzą. Ale to wszystko jest potem. Wcześniej, jak każdy hedonista, nie myślę o konsekwencjach.

Lubię prawie wszystkie dragi. Alkohol rozluźnia, koks pobudza, dropsy rozpuszczają. Na dobrym dropsie czuję się jak lód w upalny dzień, rozpływam się w ustach, dłoni, i kilku innych częściach ciała. Seks na koksie, to pierdolenie. Seks na dropsie, to kochanie. Jeśli ktoś wstawia mi gadki o tym, że są nielegalne, niebezpieczne, że uzależniają i że mogą zabić, odwracam się i spadam. Nie mam czasu na głupoty. Uwielbiam więc te noce, kiedy się upadlam, resetuję, tracę wątek i instynkt samozachowawczy. Prowadzi mnie drink, ścieżka koksu i jakiś przyjemny facet, który też lubi takie jazdy bez trzymanki. Zdziwilibyście się, jak wielu porządnych płatników VAT-u, w dzień poukładanych i spokojnych obywateli z profesjonalnymi uśmiechami na ustach, w nocy zamienia się w hedonistycznych świrów, którzy za dobrą torbę potrafią oddać swój szwajcarski zegarek o wartości średniej krajowej brutto.

Staram się nie przesadzać z alkoholem. Ale nie oszukuję się, że nie mam z nim problemu. Zresztą wszyscy mają. Moja siostra codziennie, kiedy już opędzi korpopracę, męża, syna, taniec z gwiazdami i wojewódzkiego, resetuje się butelką Pino Grigio. Moi kochankowie spędzają wieczory w knajpie, sącząc Jacka Danielsa, albo Jasia Wędrowniczka na lodzie. Moje przyjaciółki popijają drinki przygotowując wieczorami prezentacje w power poincie. Ja stosuję wszystkie te metody. Jeśli czasem nachodzi mnie ochota na przerwę w piciu – mam problemy ze snem. Tabletek nasennych nie używam. Wtedy spędzam noce przed komputerem nadrabiając zaległości w pracy. Takie zrywy pod hasłem od-dziś-dobrze-się-prowadzę nie trwają jednak nigdy dłużej niż tydzień.

Tak, proszę państwa, wygląda mój czas wolny, moje weekendy, moje wakacje, dni powszednie i święte. Seks i narkotyki. Rock and roll sobie daruję. And remember, don't try this at home, kids.

Brak komentarzy: