3.6.08
27.1.08
My blueberry nights
Norah Jones doigrała się w filmie. Wielki temat (miłość), gały, usta i Jude Law. Swoją drogą czy ów Apollo dostanie kiedyś rolę w dobrym filmie, czy też jest do tego za ładny?
Kar Wai Wong lubi aktorki o krowich oczętorzęsach oraz wydatnym ustowieniu. Trudno tego nie zauważyć w My blueberry nights, gdzie kobieca wyrazistość efektywnie dogania trendseterskie środowiska modowych planów zdjęciowych. Ja natomiast lubię porządek, więc alfabetycznie.
Alkoholiczka (Rachel Weisz) - kobieta upadła, której nie przeszkadza na twarz porytą bólem kosmyk włosów ciągle i uparcie w każdej scenie opadający. W ten zawiły, ale doskonale przemawiający do wyobraźni sposób, Wang kreuje szczególną metaforę. Symbol zagubienia bohaterki, jej winę i ból. Tak, ból wyrzutów sumienia, bo, zdradzę nieprofesjonalnie, to właśnie ona jest przyczyną nałogu i śmierci byłego męża.
Hazardzistka (Natalie Portman) - cyckiem dziewczyna nie grzeszyła, ale zarobki z "Gwiezdnych wojen" i "V jak Vendetta" pozwoliły w tej materii dokonać plastycznych i skutecznych zmian, widocznych po raz pierwszy w My blueberry nights. Najważniejsze jednakowoż, że są ponętne usta podkręcone południowym akcentem oraz bajeranckie okulary, fajne duże kolczyki, koraliki, sukienki kolorowe, funky torby i w ogóle fajnie, że gdyby się nie było recenzentem filmowym to chciałoby się być taką odlotową żyjącą na krawędzi laską. Wprawdzie okazuje się, że ponosi się za to wysoką cenę i ojciec umiera i jest w ogóle dramat, ale wiadomo, że wywrotowy styl życia ujść płazem nie ujdzie, a sprawiedliwi zostaną nagrodzeni, a grzesznicy wieczne potępienie, i tak im dopomoż ojciec i syn i duch święty. Amen.
Zatroskana (Norah Jones) - w tym wszystkim ona. Niewinne naiwne dziecko chłonące od tych doświadczonych. Usiłuje zrozumieć, czym jest prawdziwa miłość. Wyjeżdża z Nowego Jorku po złamaniu sobie serca, rusza w Stany, będzie dużo mrugać i patrzyć. Przed i po wyjeździe odbędzie parę wartkich akcji z Judem Law. W międzyczasie będzie do niego pisać listy.
Rosjanka (Cat Power aka Chan Marshall) - śliczna Katya zjawia się na chwilę odciągając uwagę od perypetii Zatroskanej (obie aktorki są pierwotnie piosenkarkami) i rozwala mozolnie budowaną przez twórców opinię widza, że w tym filmie wszyscy grają fatalnie.
Głębi i napięcia dodaje temu obrazowi dynamiczny montaż. Wong bawi się stylówkami, fonty, rozmazy, kadry z każdej szkoły kadrowania. Jest wszystko. Teledyskowość, retro, spikselowanie kamery przemysłowej, z góry, z dołu, z boku, z dupy. A więc nie tylko dobrze prowadzi aktorów i pisze oryginalne scenariusze. Na temacie takim jak "próba zrozumienia miłości poprzez podróż" łatwo się potknąć i poturbować. Wiadomo, pułapki klisz i nierównomiernego rozłożenia patosu versus humor. Wong jednak ma talent i Norę. Jej uroda wyraża wątpliwości i kwestionowanie, które tożsame jest z młodością. Jej twarz pełna jest napięcia, choć piosenkarka gra z tak minimalistyczną mimiką. Metoda ta uratowała niejedną nieprofesjonalną aktorkę pochodzenia muzycznego (patrz: Kasia Kowalska w "Nocnym Graffiti" z 1997 roku).
Podsumowując. Jude jak zwykle śliczny, Jones do nory niech się schowa, a Wong do woka i przykryje i niech ktoś podkręci kurek, aż się wygotuje (Johnny, light me a cigarette, would ya) lub wyparuje jak koszula w słynnej scenie farbowania w "Wojnie domowej".
Kar Wai Wong lubi aktorki o krowich oczętorzęsach oraz wydatnym ustowieniu. Trudno tego nie zauważyć w My blueberry nights, gdzie kobieca wyrazistość efektywnie dogania trendseterskie środowiska modowych planów zdjęciowych. Ja natomiast lubię porządek, więc alfabetycznie.
Alkoholiczka (Rachel Weisz) - kobieta upadła, której nie przeszkadza na twarz porytą bólem kosmyk włosów ciągle i uparcie w każdej scenie opadający. W ten zawiły, ale doskonale przemawiający do wyobraźni sposób, Wang kreuje szczególną metaforę. Symbol zagubienia bohaterki, jej winę i ból. Tak, ból wyrzutów sumienia, bo, zdradzę nieprofesjonalnie, to właśnie ona jest przyczyną nałogu i śmierci byłego męża.
Hazardzistka (Natalie Portman) - cyckiem dziewczyna nie grzeszyła, ale zarobki z "Gwiezdnych wojen" i "V jak Vendetta" pozwoliły w tej materii dokonać plastycznych i skutecznych zmian, widocznych po raz pierwszy w My blueberry nights. Najważniejsze jednakowoż, że są ponętne usta podkręcone południowym akcentem oraz bajeranckie okulary, fajne duże kolczyki, koraliki, sukienki kolorowe, funky torby i w ogóle fajnie, że gdyby się nie było recenzentem filmowym to chciałoby się być taką odlotową żyjącą na krawędzi laską. Wprawdzie okazuje się, że ponosi się za to wysoką cenę i ojciec umiera i jest w ogóle dramat, ale wiadomo, że wywrotowy styl życia ujść płazem nie ujdzie, a sprawiedliwi zostaną nagrodzeni, a grzesznicy wieczne potępienie, i tak im dopomoż ojciec i syn i duch święty. Amen.
Zatroskana (Norah Jones) - w tym wszystkim ona. Niewinne naiwne dziecko chłonące od tych doświadczonych. Usiłuje zrozumieć, czym jest prawdziwa miłość. Wyjeżdża z Nowego Jorku po złamaniu sobie serca, rusza w Stany, będzie dużo mrugać i patrzyć. Przed i po wyjeździe odbędzie parę wartkich akcji z Judem Law. W międzyczasie będzie do niego pisać listy.
Rosjanka (Cat Power aka Chan Marshall) - śliczna Katya zjawia się na chwilę odciągając uwagę od perypetii Zatroskanej (obie aktorki są pierwotnie piosenkarkami) i rozwala mozolnie budowaną przez twórców opinię widza, że w tym filmie wszyscy grają fatalnie.
Głębi i napięcia dodaje temu obrazowi dynamiczny montaż. Wong bawi się stylówkami, fonty, rozmazy, kadry z każdej szkoły kadrowania. Jest wszystko. Teledyskowość, retro, spikselowanie kamery przemysłowej, z góry, z dołu, z boku, z dupy. A więc nie tylko dobrze prowadzi aktorów i pisze oryginalne scenariusze. Na temacie takim jak "próba zrozumienia miłości poprzez podróż" łatwo się potknąć i poturbować. Wiadomo, pułapki klisz i nierównomiernego rozłożenia patosu versus humor. Wong jednak ma talent i Norę. Jej uroda wyraża wątpliwości i kwestionowanie, które tożsame jest z młodością. Jej twarz pełna jest napięcia, choć piosenkarka gra z tak minimalistyczną mimiką. Metoda ta uratowała niejedną nieprofesjonalną aktorkę pochodzenia muzycznego (patrz: Kasia Kowalska w "Nocnym Graffiti" z 1997 roku).
Podsumowując. Jude jak zwykle śliczny, Jones do nory niech się schowa, a Wong do woka i przykryje i niech ktoś podkręci kurek, aż się wygotuje (Johnny, light me a cigarette, would ya) lub wyparuje jak koszula w słynnej scenie farbowania w "Wojnie domowej".
16.1.08
z cyklu: poradnik cioci karolinki
Każda z nas, zepsutych lasek, staje czasami przed tym ważkim problemem: jak pozbyć się namolnego, albo, co gorsza, zakochanego faceta. Dobrze wiemy, jak bardzo potrafią oni być upierdliwi. Poza tym z ogonem w postaci złamanego męskiego serca ciężko gdziekolwiek bywać, nie mówiąc o podrywaniu następnych. Jako osoba uczynna i bezinteresowna przygotowałam zatem krótki poradnik pt „Jak pozbyć się faceta w weekend?”, w którym przedstawiam podstawowe zagrania.
1. Wyprowadzka do innego miasta, a najlepiej kraju. Jeśli masz możliwość, jest to sposób najprostszy z możliwych. Znikasz, przepadasz, nie zostawiasz żadnych namiarów. To niemożliwe, jeśli macie wielu wspólnych przyjaciół, ale chyba jesteś już dużą dziewczynką i wiesz, że najlepiej spotykać się z mężczyznami spoza swojego kręgu. Facet zostaje ze wspaniałymi wspomnieniami i nie wie nawet, gdzie cię szukać. Tak zrobiłam z moim polskim kochankiem, czy, jak sam lubił się nazywać, narzeczonym. Byliśmy ze sobą aż rok. To dużo za dużo. Wkręciłam się wtedy w tę całą romantyczną jazdę: kolacje w knajpach, śniadanie do łóżka, oglądanie filmów pod kołdrą. Poza tym stali kochankowie maja tę zaletę, że wiedzą, co lubisz. Ja na przykład lubię szybkie numerki w miejscach publicznych. Ten potrafił wejść mi do przebieralni w sklepie z bielizną, odwrócić mnie do ściany i przelecieć w pięć minut. Bomba. Ale po roku przestało mnie bawić ukrywanie przed nim innych kochanków, budzenie się i zasypianie obok ciągle tego samego (choć całkiem przyjemnie zbudowanego) męskiego ciała. Postanowiłam spierdolić. Nic mu nie mówiąc, zaczęłam w firmie nagrywać zagraniczny kontrakt. Trwało to jakiś miesiąc. Tak się szczęśliwie złożyło, że akurat w ten weekend, kiedy miałam samolot do Danii, on jechał na ślub brata do innego miasta. Miał wrócić w poniedziałek, ja miałam samolot w niedzielę. W piątek, jak tylko wyszedł, zaczęłam się pakować. Nie zostawiłam kartki, listu, numeru telefonu, nic. Wiem, że próbował mnie szukać, ale zabezpieczyłam wcześniej wszystkie ślady, a w firmie zabroniłam udzielać jakichkolwiek informacji o mnie osobom z zewnątrz. I tyle. Simple as fuck.
2. Jeśli nie możesz się wyprowadzić, albo po prostu nie masz na to ochoty, pozostaje zerwanie kontaktu. Tu w sukurs (sic!) przychodzi nam technologia. Współczesne programy komputerowe i gadżety potrafią bardzo ułatwić życie. Po pierwsze, wchodzimy do swojego filtra antyspamowego i ustawiamy jego maila jako nadawcę spamu. Tym sposobem cała korespondencja będzie lądować w koszu, a ty nie będziesz musiała zawracać sobie tym głowy. Poza tym bezpiecznie jest skasować wszystkie maile z przeszłości, jeśli kiedyś po pijaku naszłaby cię chęć odnowienia kontaktu. Nie muszę chyba dodawać, że odgrzewane kotlety są słabe i nigdy nic dobrego z nich nie wynika. Po drugie w komórce, tak jak kiedyś ustawiłaś sobie swoją ulubioną piosenkę na dzwonek połączeń przychodzących od NIEGO, tak teraz wejdź z powrotem w ustawienia i nagraj ciszę. Tak, żeby twój telefon milczał, kiedy będzie dzwonił. Jeśli używasz poczty głosowej, będziesz niestety musiała kasować jego wiadomości ręcznie, bo żaden operator nie wpadł jeszcze na to, żeby wprowadzić usługę nie przyjmowania wiadomości głosowych z określonych numerów.
Program mailowy i komórka – to powinno wystarczyć. Po sprawie.
3. Wyższa szkoła jazdy: poderwij jego najlepszego przyjaciela. Nie tylko rozwalasz swoją relację z nim, ale też ich przyjaźń. Masz za to dodatkowe punkty i będziesz się smażyć w piekle razem ze mną.
Jeśli rzeczywiście są przyjaciółmi, a zwłaszcza takimi od podstawówki albo liceum, może być ciężko. Ale potraktuj to jak wyzwanie. Najprostsza metoda, to zadzwonić do tego przyjaciela z tekstem, że jesteś ostatnio zaniepokojona zachowaniem swojego faceta. Wymyśl coś, że pije więcej niż zwykle, albo strasznie dużo pracuje. Cokolwiek. To i tak tylko pretekst. Oczywiście aby omówić sprawę, musicie się spotkać. Na kawie z zatroskaną miną opowiadasz o tym, jak on źle ostatnio wygląda, jak przygasł, nie chce iść do lekarza, a przecież na pewno – widzisz to – coś jest z nim nie tak. Jeśli okoliczności pozwalają, możesz się nawet popłakać (uwaga tylko na makijaż, nie chcesz wyglądać jak topielec z czarnymi liniami od tuszu na policzkach). To przełamie dystans fizyczny, on będzie musiał przytulić zapłakaną dziewczynę przyjaciela. Punkt dla ciebie. Ale uwaga, na pierwszym spotkaniu nic więcej, żadnych pocałunków. Na razie zawiązujecie koalicję pod hasłem jak-pomóc-przyjacielowi-bo-dzieje-się-z-nim-coś-złego. Oczywiście musicie pozostać w kontakcie. Na następnym mitingu waszego małego zespołu bądź przygaszona, nieobecna i zagubiona. Aż tak się martwisz sytuacją. Jeśli znowu cię przytuli – zajrzyj mu w oczy. Powinien chcieć cię wtedy pocałować – nie pozwól mu. Jeszcze nie. Na trzecie spotkanie załóż swoją najlepszą bieliznę, bo jeśli jesteś w tym tak dobra jak ja – na bank wylądujecie w łóżku. To będzie dziki seks. Zakazany. Przyjaciel twojego chłopaka powinien być dla ciebie jak brat, a ty dla niego jak siostra. Złamiecie tabu. Nie będziecie się mogli powstrzymać. Jeśli jest dobry w te klocki, nic nie stoi na przeszkodzie, żebyście kontynuowali swoje schadzki. Jeśli nie – możesz go olać. On i tak będzie miał koszmarne poczucie winy. I teraz ostatnia kwestia: czy będzie chciał okłamać swojego przyjaciela, a twojego chłopaka, i nic mu nie powiedzieć, czy też powodowany skruchą przyzna się do tego, że przeleciał mu dziewczynę. Sama się zorientujesz. Prawie na pewno twój facet będzie chciał cię zostawić. A jeśli to jeden z tych zakochanych desperatów, którzy chcą z tobą być „mimo wszystko” - odejść możesz ty, mówiąc, że już nigdy nie będziesz mu mogła spojrzeć w oczy po tym, co się stało.
4. Jeśli jest żonaty, sprawa jest prosta. Powiedz mu, że zadzwonisz do jego żony. Nawet jeśli, o zgrozo, chce się dla ciebie rozwieść, na pewno nie chce, żeby jego życiowa partnerka wiedziała, że ma na boku dupę. Po pierwsze, na sprawie rozwodowej ma wtedy orzeczenie winy jak w banku. Po drugie, oni są zaskakująco lojalni w stosunku do swoich ślubnych, nawet jeśli posuwają inne laski. Jeśli ma dzieci, tym bardziej nie będzie chciał, żeby rodzina wiedziała, że ma kochankę. Dlatego, nawiasem mówiąc, tak lubię spotykać się z żonatymi: bo tak łatwo jest ich później spławić.
5. Spraw, żeby sam cię chciał zostawić. Jeśli łączy was seks – stań się oziębła albo kiepska w łóżku. Jeśli rozmawiacie o ideałach, wartościach, globalizacji i systemie opresji w krajach totalitarnych – zamień się w próżną i cyniczną królewnę. Jeśli łączy was sztuka – przestań czytać książki, chodzić na wystawy, stań się totalną ignorantką, której imię Leonardo kojarzy się tylko z Di Caprio. Żeby nie mógł z tobą zamienić zdania na poziomie. Tylko uważaj, żeby twoja zmiana nie stała się czymś pociągającym. Zdziwiłabyś się, jakimi przymiotami ciała i ducha facet potrafi się zafascynować w kobiecie. Dlatego musisz mieć pewność, że to, jak się zmienisz, wpłynie negatywnie na jakość waszej WIĘZI. Nie będziecie mieli ze sobą nic wspólnego.
Słyszałam kiedyś taką piosenkę „50 ways to leave your lover”. Spodobał mi się tytuł, reszta jest nieważna, bo jej nie zapamiętałam. Tych sposobów jest na pewno więcej niż pięćdziesiąt, wszystko zależy od twojej wyobraźni. Poza tym wiadomo, że każda sytuacja jest inna: czasem on jest młody i jesteś jego pierwszą miłością, czasem dojrzały, i jesteś miłością jego życia, czasem ma żonę i chce się dla ciebie rozwieść, czasem ma z tobą najlepszy na świecie seks, którego nie doświadczył nawet z profesjonalistką, itepe. Te wszystkie uwarunkowania należy uwzględnić przy wyborze metody. Kopirajtów nie zastrzegam, bierzcie i jedzcie z tego wszystkie. Te proste metody możecie ze sobą mieszać i modyfikować. Jak mówi mądrość ludowa: sky is the limit.
1. Wyprowadzka do innego miasta, a najlepiej kraju. Jeśli masz możliwość, jest to sposób najprostszy z możliwych. Znikasz, przepadasz, nie zostawiasz żadnych namiarów. To niemożliwe, jeśli macie wielu wspólnych przyjaciół, ale chyba jesteś już dużą dziewczynką i wiesz, że najlepiej spotykać się z mężczyznami spoza swojego kręgu. Facet zostaje ze wspaniałymi wspomnieniami i nie wie nawet, gdzie cię szukać. Tak zrobiłam z moim polskim kochankiem, czy, jak sam lubił się nazywać, narzeczonym. Byliśmy ze sobą aż rok. To dużo za dużo. Wkręciłam się wtedy w tę całą romantyczną jazdę: kolacje w knajpach, śniadanie do łóżka, oglądanie filmów pod kołdrą. Poza tym stali kochankowie maja tę zaletę, że wiedzą, co lubisz. Ja na przykład lubię szybkie numerki w miejscach publicznych. Ten potrafił wejść mi do przebieralni w sklepie z bielizną, odwrócić mnie do ściany i przelecieć w pięć minut. Bomba. Ale po roku przestało mnie bawić ukrywanie przed nim innych kochanków, budzenie się i zasypianie obok ciągle tego samego (choć całkiem przyjemnie zbudowanego) męskiego ciała. Postanowiłam spierdolić. Nic mu nie mówiąc, zaczęłam w firmie nagrywać zagraniczny kontrakt. Trwało to jakiś miesiąc. Tak się szczęśliwie złożyło, że akurat w ten weekend, kiedy miałam samolot do Danii, on jechał na ślub brata do innego miasta. Miał wrócić w poniedziałek, ja miałam samolot w niedzielę. W piątek, jak tylko wyszedł, zaczęłam się pakować. Nie zostawiłam kartki, listu, numeru telefonu, nic. Wiem, że próbował mnie szukać, ale zabezpieczyłam wcześniej wszystkie ślady, a w firmie zabroniłam udzielać jakichkolwiek informacji o mnie osobom z zewnątrz. I tyle. Simple as fuck.
2. Jeśli nie możesz się wyprowadzić, albo po prostu nie masz na to ochoty, pozostaje zerwanie kontaktu. Tu w sukurs (sic!) przychodzi nam technologia. Współczesne programy komputerowe i gadżety potrafią bardzo ułatwić życie. Po pierwsze, wchodzimy do swojego filtra antyspamowego i ustawiamy jego maila jako nadawcę spamu. Tym sposobem cała korespondencja będzie lądować w koszu, a ty nie będziesz musiała zawracać sobie tym głowy. Poza tym bezpiecznie jest skasować wszystkie maile z przeszłości, jeśli kiedyś po pijaku naszłaby cię chęć odnowienia kontaktu. Nie muszę chyba dodawać, że odgrzewane kotlety są słabe i nigdy nic dobrego z nich nie wynika. Po drugie w komórce, tak jak kiedyś ustawiłaś sobie swoją ulubioną piosenkę na dzwonek połączeń przychodzących od NIEGO, tak teraz wejdź z powrotem w ustawienia i nagraj ciszę. Tak, żeby twój telefon milczał, kiedy będzie dzwonił. Jeśli używasz poczty głosowej, będziesz niestety musiała kasować jego wiadomości ręcznie, bo żaden operator nie wpadł jeszcze na to, żeby wprowadzić usługę nie przyjmowania wiadomości głosowych z określonych numerów.
Program mailowy i komórka – to powinno wystarczyć. Po sprawie.
3. Wyższa szkoła jazdy: poderwij jego najlepszego przyjaciela. Nie tylko rozwalasz swoją relację z nim, ale też ich przyjaźń. Masz za to dodatkowe punkty i będziesz się smażyć w piekle razem ze mną.
Jeśli rzeczywiście są przyjaciółmi, a zwłaszcza takimi od podstawówki albo liceum, może być ciężko. Ale potraktuj to jak wyzwanie. Najprostsza metoda, to zadzwonić do tego przyjaciela z tekstem, że jesteś ostatnio zaniepokojona zachowaniem swojego faceta. Wymyśl coś, że pije więcej niż zwykle, albo strasznie dużo pracuje. Cokolwiek. To i tak tylko pretekst. Oczywiście aby omówić sprawę, musicie się spotkać. Na kawie z zatroskaną miną opowiadasz o tym, jak on źle ostatnio wygląda, jak przygasł, nie chce iść do lekarza, a przecież na pewno – widzisz to – coś jest z nim nie tak. Jeśli okoliczności pozwalają, możesz się nawet popłakać (uwaga tylko na makijaż, nie chcesz wyglądać jak topielec z czarnymi liniami od tuszu na policzkach). To przełamie dystans fizyczny, on będzie musiał przytulić zapłakaną dziewczynę przyjaciela. Punkt dla ciebie. Ale uwaga, na pierwszym spotkaniu nic więcej, żadnych pocałunków. Na razie zawiązujecie koalicję pod hasłem jak-pomóc-przyjacielowi-bo-dzieje-się-z-nim-coś-złego. Oczywiście musicie pozostać w kontakcie. Na następnym mitingu waszego małego zespołu bądź przygaszona, nieobecna i zagubiona. Aż tak się martwisz sytuacją. Jeśli znowu cię przytuli – zajrzyj mu w oczy. Powinien chcieć cię wtedy pocałować – nie pozwól mu. Jeszcze nie. Na trzecie spotkanie załóż swoją najlepszą bieliznę, bo jeśli jesteś w tym tak dobra jak ja – na bank wylądujecie w łóżku. To będzie dziki seks. Zakazany. Przyjaciel twojego chłopaka powinien być dla ciebie jak brat, a ty dla niego jak siostra. Złamiecie tabu. Nie będziecie się mogli powstrzymać. Jeśli jest dobry w te klocki, nic nie stoi na przeszkodzie, żebyście kontynuowali swoje schadzki. Jeśli nie – możesz go olać. On i tak będzie miał koszmarne poczucie winy. I teraz ostatnia kwestia: czy będzie chciał okłamać swojego przyjaciela, a twojego chłopaka, i nic mu nie powiedzieć, czy też powodowany skruchą przyzna się do tego, że przeleciał mu dziewczynę. Sama się zorientujesz. Prawie na pewno twój facet będzie chciał cię zostawić. A jeśli to jeden z tych zakochanych desperatów, którzy chcą z tobą być „mimo wszystko” - odejść możesz ty, mówiąc, że już nigdy nie będziesz mu mogła spojrzeć w oczy po tym, co się stało.
4. Jeśli jest żonaty, sprawa jest prosta. Powiedz mu, że zadzwonisz do jego żony. Nawet jeśli, o zgrozo, chce się dla ciebie rozwieść, na pewno nie chce, żeby jego życiowa partnerka wiedziała, że ma na boku dupę. Po pierwsze, na sprawie rozwodowej ma wtedy orzeczenie winy jak w banku. Po drugie, oni są zaskakująco lojalni w stosunku do swoich ślubnych, nawet jeśli posuwają inne laski. Jeśli ma dzieci, tym bardziej nie będzie chciał, żeby rodzina wiedziała, że ma kochankę. Dlatego, nawiasem mówiąc, tak lubię spotykać się z żonatymi: bo tak łatwo jest ich później spławić.
5. Spraw, żeby sam cię chciał zostawić. Jeśli łączy was seks – stań się oziębła albo kiepska w łóżku. Jeśli rozmawiacie o ideałach, wartościach, globalizacji i systemie opresji w krajach totalitarnych – zamień się w próżną i cyniczną królewnę. Jeśli łączy was sztuka – przestań czytać książki, chodzić na wystawy, stań się totalną ignorantką, której imię Leonardo kojarzy się tylko z Di Caprio. Żeby nie mógł z tobą zamienić zdania na poziomie. Tylko uważaj, żeby twoja zmiana nie stała się czymś pociągającym. Zdziwiłabyś się, jakimi przymiotami ciała i ducha facet potrafi się zafascynować w kobiecie. Dlatego musisz mieć pewność, że to, jak się zmienisz, wpłynie negatywnie na jakość waszej WIĘZI. Nie będziecie mieli ze sobą nic wspólnego.
Słyszałam kiedyś taką piosenkę „50 ways to leave your lover”. Spodobał mi się tytuł, reszta jest nieważna, bo jej nie zapamiętałam. Tych sposobów jest na pewno więcej niż pięćdziesiąt, wszystko zależy od twojej wyobraźni. Poza tym wiadomo, że każda sytuacja jest inna: czasem on jest młody i jesteś jego pierwszą miłością, czasem dojrzały, i jesteś miłością jego życia, czasem ma żonę i chce się dla ciebie rozwieść, czasem ma z tobą najlepszy na świecie seks, którego nie doświadczył nawet z profesjonalistką, itepe. Te wszystkie uwarunkowania należy uwzględnić przy wyborze metody. Kopirajtów nie zastrzegam, bierzcie i jedzcie z tego wszystkie. Te proste metody możecie ze sobą mieszać i modyfikować. Jak mówi mądrość ludowa: sky is the limit.
10.1.08
seven - wtorek
Loreal ma niezłą serię lakierów. Resist&Shine. Jak ja. Klasyczny głęboki czerwony stoi pod numerem 500. Pod znakiem zapytania zaś moja dalsza znajomość z Kochankiem Poprzedniego Miesiąca. Ostatni tydzień to było siedem grzechów głównych, a tego się nie wybacza, bo niby w imię ojca? Gdyby chociaż i syna i ducha świętego.
Wtorek - STRACH
Broń widziałam raz w życiu, a ty nie potrafiłeś stanąć. Na wysokości zadania i sprostać sytuacji.
Central Park jest wielki. Wiadomo. Z różnych filmów. Wolf, HAIR, Przed wschodem słońca, gdyby nocna scena działa się w Wielkim Jabłku. Ale do rzeczy. Sprytnie zsynchronizowaliśmy swoje odloty z Europy, aby moja służbówka, a jego "research" zbiegły się w czasoprzestrzeni. Był to naprawdę wyczyn dwóch mózgów, zważywszy na nasze zgęstniałe jak proszek plus woda po dwudziestu minutach od zmieszania tworzące klej do tapet, kalendarze. Kalendarze miałam na myśli. (Johnny, roll me a cigarette, would ya?) No więc załatwiamy nasze sprawunki. Mi się udaje, jak zwykle, skłonić kontrahenta do moich warunków. Firmama się ucieszy, że dziecko takie zdolne. Zadowolona, ale nie podjarana jakaś, bo nie widziałam innej opcji, jak tam jechałam, dzwonię do KPM, że wychodzę z Hotelu Excelsior i co i jak i kiedy proponuje w tym kontekście. On, że tuż obok. Spotkajmy się w pół drogi w Central Parku. Nie Perku. Przyjaciele to w pudełku dla kwadraciarzy. Swoją drogą jak można się tak pałować tymi szablonami. Ludzie to są naprawdę zasmucające istoty. Nie dziwne, że bóg stworzył i olał. Też bym olała. Też olewam.
W parku zmierzcha, a ja kroczę. Za mną też jakby ktoś krokowi memu dotrzymuje... kroku. Ale to duża metropolia i duże parczysko. Ludzie mają prawo iść tą samą ścieżką tym samym rytmem, zsynchronizowani. A gdyby co, zawsze mam swój Magiczny Spray, IQ i utylitaryzm. Kroczę i wraz ze mną moje krocze (żart). Zza rogu zaś wkrótce wypełza raźnie KPM. Zamiast dłonią mi wjechać w czuprynę, zamiast wjechać nią w moją dłoń, KPM, z tylko sobie znaną klasą i stylem rysuje zygzak od uda, gdzie może sięgnąć najniżej bez pochylania się, do wiadomo gdzie. Uśmiecham się do niego, bo nawet mnie rozbawia tą mutacją amerykańskiej HIGH FIVE, zawijamy o moje 180˚ i stajemy ni stąd ni z owąd z echem mojego kroku. Facet jest czarny, ma bluzę z kapturem, kaptur na łbie, zaciągnięty na gały świecące w ciemności, która już zdążyła zapaść i w kontrze do jego ciemnej smolistej skóry (ładny swoją drogą mi się wydał, młody, ŚWIEŻY). Spodnie sztruksowe workowate. Oldskulowe adiki. Street wear. Mruga. Raz, dwa. Jesteśmy tak blisko.. Wszyscy jakby zdziwieni i tym szokiem jakoś zagięci, jak mówi młodzież. Za chwilę okazuje się jednak, że to klasyczna projekcja. Tylko ja i KPM jesteśmy lekko skonfundowani. Kaptur bowiem wyciąga spluwę odsuwa się o krok w tył, prostuje ramię i lufa jest na moim pudrowanym niedawno nosie! No tu, przyznam, lekko się przestraszam i zaskoczona obserwuję w sobie na dystres reakcję taką, że myśleniówa w tempie zapierdalającym, co jak z czym kiedy wyjechać. Przystosowanie do sytuacji: jak zareagować adekwatnie?! Tymczasem czuję, jak KPM mikrymi ruchy się kurczę kurczy, choć drga mu warga i oko, że niby chce wyglądać ZŁO. Kaptur rzuca jedyne co rzuci tego wieczoru:
- Empty pockets on the pavement and lady gives me the purse.
Hmm. Ładny głos ma. Głęboki baryton. Nie wychwytuje jednak mojego zainteresowanego spojrzenia, nie, nie zaprasza ani na kawę, ani na ciastko. Czeka. Ja też czekam.
Aż KPM wyjmując portfel z kieszeni zaimponuje mi wprawnym ciachnięciem Kaptura ukrytym w podszewce nożem wyjmując go z eleganckiej kabury.
Albo jakiś mały pistolecik jak u starego Jamesa Bonda by Sean Connery, którym to rewolwerkiem rąbnie go w głowę, a zanim się chłopak pozbiera my będziemy już daleko przeniesieni w przestrzeni zmotywowanym adrenaliną sprintem.
Albo przynajmniej stanie przede mną zdejmując z mojej twarzy tę cholerną lufę.
Ale dupa tak zwana. Nic. KPM, jak mi później powie, starał się być rozsądny. Chłopak miał broń, a my co? Mógł do nas strzelić jak będziemy w biegu. Yeah, like fuck yeah. Na pewno by marnował kule na strzelanie do jakiś przypadkowych ludzi, po prostu by nas olał. Nie wyglądaliśmy tego dnia szczególnie bogato. Tak czy owak KPM posłusznie i ostrożnie opróżnia kolejne kieszenie z monet, papierków, jakieś euro się też zaplątało, słuchawki do iPoda, karta do otwierania pokoju hotelowego, komórka, zapałki, chusteczka do nosa, dwa kondomy, kluczyk USB. Ja się ociągam, ale grzebię i nagle widzę, że Kaptur skupił się na KPM. Przez ten mały momencik nie patrzy ani na moją twarz, ani na moje dłonie, ani na to gdzie grzebią i co wyjmują z kieszeni. KPM powoli kończą się kieszenie, więc Kaptur chce go doublecheck i zbliża się do niego, wciąż celując we mnie, ale już nie tak dokładnie. Jest jednak gówniarzem i nie wydaje się specjalnie profesjonalny w swych działaniach. Kaptur zaczyna więc poklepywać KPM starając się wyczuć gadżety, którymi ofiara nie chciała się z nim podzielić. I wtedy mnie zalewa adrenalina, WIEM, że nic nie ryzykuję, jeśli w tym jedynym momencie coś zrobię. Wcześniej było za wcześnie, później będzie za późno. A na pewno nie mam zamiaru oddawać chujkowi swojej komórki, za dużo tam ważnych kontaktów i parę filmików, które wolałabym zachować dla siebie. Sięgam więc do TEJ kieszeni, wymacuję gdzie dół gdzie góra puszki, kciukiem spycham przykrywkę, wskazujący kładę na spuście, robi mi się gorąco, wyciągam spray, celuję na te piękne świecące gałki i naciskam spust. Chłopak w pierwszym odruchu zaczyna się drzeć, a lewą ręką zasłania oczy. Prawa, z bronią, chwieje się i wtedy ja mu kopa w jaja kolanem. KPM się gapi, głowa mu lata, to na mnie wzrok, to na niego, to na okolicę, czy ktoś jest, nie ma, policja więcej Kapturów, ale poza tym ani krztyny instynktu samozachowawczego. Gdy Kaptur zgina się, bo bolą już nie tylko oczęta, chowam gaz łzawiący i prawa ręka zaciska mi się w pięść, nie wiem jak, w życiu nikogo nie uderzyłam (pięścią), prowadzi mną jakieś ciało migdałowate albo inny atawizm. Patrzę na tę pięść jak na obcą, nie wiem co ona zrobi, film jakiś, tylko strasznie od niego robi się gorąco. Pięść sprytnie uderza w nadgarstek Kaptura, dłoń puszcza pistolet, ja go szybko podnoszę z ziemii, bo Kaptur ślepy, ale maca glebę szukając swojej zabawki. Odsuwamy się od niego. Wszystko trwa jakieś nanosekundy, krzyczę:
- Biegniemy.
KPM podnosi z ziemii swoją komórkę, kartę hotelową, słuchawki i goni mnie. Biegniemy długą chwilę zanim w ogóle wydostajemy się z parku, a potem jeszcze moment, na wszelki wypadek.
Adrenalina schodzi powoli z obojga w malutkiej knajpie, gdzie spijamy wódkę za wódką z tonikiem. Przewijam ciągle w głowie te kilka minut w parku. Śmiać mi się chce z mojej reakcji, bo z dzikiego zachodu nie jestem, a tu proszę. Gdy już zjeżdża ze mnie to całe napięcie, zaczynam się przyglądać bliżej KPM. Widzę teraz wyraźnie jaki był wypeniany i jaki wciąż jest. Nawet nie chciał iść do tej knajpy. Wolał wrócić do HOTELU, bo tak będzie BEZPIECZNIEJ. To ja przekonałam go, że lepiej otoczyć się ludźmi, muzyką i napić drinka, niż siedzieć w pustym bezpłciowym pokoju hotelowym i wpadać w paranoję za każdym razem, gdy ktoś przechodzi korytarzem. Czuję jakiś niesmak i rozczarowanie, że on był taki bierny, że nawet nie pysknął gówniarzowi. Że swój strach tłumaczy rozsądkiem i nie potrafi chociaż post factotum prześmiać siebie w roli cipy i mnie tym rozbroić. Nic. Poważny i rozsierdzony jak którykolwiek Kaczyński. Nagle wydaje mi się ohydnie egzaltowany i niezbyt bystry.
W nocy spluwa (bez łusek wypełnionych prochem) wypełniła części ciała, których nie używa się do wciągania prochu, więc fun był, "ale niesmak pozostał".
Wtorek - STRACH
Broń widziałam raz w życiu, a ty nie potrafiłeś stanąć. Na wysokości zadania i sprostać sytuacji.
Central Park jest wielki. Wiadomo. Z różnych filmów. Wolf, HAIR, Przed wschodem słońca, gdyby nocna scena działa się w Wielkim Jabłku. Ale do rzeczy. Sprytnie zsynchronizowaliśmy swoje odloty z Europy, aby moja służbówka, a jego "research" zbiegły się w czasoprzestrzeni. Był to naprawdę wyczyn dwóch mózgów, zważywszy na nasze zgęstniałe jak proszek plus woda po dwudziestu minutach od zmieszania tworzące klej do tapet, kalendarze. Kalendarze miałam na myśli. (Johnny, roll me a cigarette, would ya?) No więc załatwiamy nasze sprawunki. Mi się udaje, jak zwykle, skłonić kontrahenta do moich warunków. Firmama się ucieszy, że dziecko takie zdolne. Zadowolona, ale nie podjarana jakaś, bo nie widziałam innej opcji, jak tam jechałam, dzwonię do KPM, że wychodzę z Hotelu Excelsior i co i jak i kiedy proponuje w tym kontekście. On, że tuż obok. Spotkajmy się w pół drogi w Central Parku. Nie Perku. Przyjaciele to w pudełku dla kwadraciarzy. Swoją drogą jak można się tak pałować tymi szablonami. Ludzie to są naprawdę zasmucające istoty. Nie dziwne, że bóg stworzył i olał. Też bym olała. Też olewam.
W parku zmierzcha, a ja kroczę. Za mną też jakby ktoś krokowi memu dotrzymuje... kroku. Ale to duża metropolia i duże parczysko. Ludzie mają prawo iść tą samą ścieżką tym samym rytmem, zsynchronizowani. A gdyby co, zawsze mam swój Magiczny Spray, IQ i utylitaryzm. Kroczę i wraz ze mną moje krocze (żart). Zza rogu zaś wkrótce wypełza raźnie KPM. Zamiast dłonią mi wjechać w czuprynę, zamiast wjechać nią w moją dłoń, KPM, z tylko sobie znaną klasą i stylem rysuje zygzak od uda, gdzie może sięgnąć najniżej bez pochylania się, do wiadomo gdzie. Uśmiecham się do niego, bo nawet mnie rozbawia tą mutacją amerykańskiej HIGH FIVE, zawijamy o moje 180˚ i stajemy ni stąd ni z owąd z echem mojego kroku. Facet jest czarny, ma bluzę z kapturem, kaptur na łbie, zaciągnięty na gały świecące w ciemności, która już zdążyła zapaść i w kontrze do jego ciemnej smolistej skóry (ładny swoją drogą mi się wydał, młody, ŚWIEŻY). Spodnie sztruksowe workowate. Oldskulowe adiki. Street wear. Mruga. Raz, dwa. Jesteśmy tak blisko.. Wszyscy jakby zdziwieni i tym szokiem jakoś zagięci, jak mówi młodzież. Za chwilę okazuje się jednak, że to klasyczna projekcja. Tylko ja i KPM jesteśmy lekko skonfundowani. Kaptur bowiem wyciąga spluwę odsuwa się o krok w tył, prostuje ramię i lufa jest na moim pudrowanym niedawno nosie! No tu, przyznam, lekko się przestraszam i zaskoczona obserwuję w sobie na dystres reakcję taką, że myśleniówa w tempie zapierdalającym, co jak z czym kiedy wyjechać. Przystosowanie do sytuacji: jak zareagować adekwatnie?! Tymczasem czuję, jak KPM mikrymi ruchy się kurczę kurczy, choć drga mu warga i oko, że niby chce wyglądać ZŁO. Kaptur rzuca jedyne co rzuci tego wieczoru:
- Empty pockets on the pavement and lady gives me the purse.
Hmm. Ładny głos ma. Głęboki baryton. Nie wychwytuje jednak mojego zainteresowanego spojrzenia, nie, nie zaprasza ani na kawę, ani na ciastko. Czeka. Ja też czekam.
Aż KPM wyjmując portfel z kieszeni zaimponuje mi wprawnym ciachnięciem Kaptura ukrytym w podszewce nożem wyjmując go z eleganckiej kabury.
Albo jakiś mały pistolecik jak u starego Jamesa Bonda by Sean Connery, którym to rewolwerkiem rąbnie go w głowę, a zanim się chłopak pozbiera my będziemy już daleko przeniesieni w przestrzeni zmotywowanym adrenaliną sprintem.
Albo przynajmniej stanie przede mną zdejmując z mojej twarzy tę cholerną lufę.
Ale dupa tak zwana. Nic. KPM, jak mi później powie, starał się być rozsądny. Chłopak miał broń, a my co? Mógł do nas strzelić jak będziemy w biegu. Yeah, like fuck yeah. Na pewno by marnował kule na strzelanie do jakiś przypadkowych ludzi, po prostu by nas olał. Nie wyglądaliśmy tego dnia szczególnie bogato. Tak czy owak KPM posłusznie i ostrożnie opróżnia kolejne kieszenie z monet, papierków, jakieś euro się też zaplątało, słuchawki do iPoda, karta do otwierania pokoju hotelowego, komórka, zapałki, chusteczka do nosa, dwa kondomy, kluczyk USB. Ja się ociągam, ale grzebię i nagle widzę, że Kaptur skupił się na KPM. Przez ten mały momencik nie patrzy ani na moją twarz, ani na moje dłonie, ani na to gdzie grzebią i co wyjmują z kieszeni. KPM powoli kończą się kieszenie, więc Kaptur chce go doublecheck i zbliża się do niego, wciąż celując we mnie, ale już nie tak dokładnie. Jest jednak gówniarzem i nie wydaje się specjalnie profesjonalny w swych działaniach. Kaptur zaczyna więc poklepywać KPM starając się wyczuć gadżety, którymi ofiara nie chciała się z nim podzielić. I wtedy mnie zalewa adrenalina, WIEM, że nic nie ryzykuję, jeśli w tym jedynym momencie coś zrobię. Wcześniej było za wcześnie, później będzie za późno. A na pewno nie mam zamiaru oddawać chujkowi swojej komórki, za dużo tam ważnych kontaktów i parę filmików, które wolałabym zachować dla siebie. Sięgam więc do TEJ kieszeni, wymacuję gdzie dół gdzie góra puszki, kciukiem spycham przykrywkę, wskazujący kładę na spuście, robi mi się gorąco, wyciągam spray, celuję na te piękne świecące gałki i naciskam spust. Chłopak w pierwszym odruchu zaczyna się drzeć, a lewą ręką zasłania oczy. Prawa, z bronią, chwieje się i wtedy ja mu kopa w jaja kolanem. KPM się gapi, głowa mu lata, to na mnie wzrok, to na niego, to na okolicę, czy ktoś jest, nie ma, policja więcej Kapturów, ale poza tym ani krztyny instynktu samozachowawczego. Gdy Kaptur zgina się, bo bolą już nie tylko oczęta, chowam gaz łzawiący i prawa ręka zaciska mi się w pięść, nie wiem jak, w życiu nikogo nie uderzyłam (pięścią), prowadzi mną jakieś ciało migdałowate albo inny atawizm. Patrzę na tę pięść jak na obcą, nie wiem co ona zrobi, film jakiś, tylko strasznie od niego robi się gorąco. Pięść sprytnie uderza w nadgarstek Kaptura, dłoń puszcza pistolet, ja go szybko podnoszę z ziemii, bo Kaptur ślepy, ale maca glebę szukając swojej zabawki. Odsuwamy się od niego. Wszystko trwa jakieś nanosekundy, krzyczę:
- Biegniemy.
KPM podnosi z ziemii swoją komórkę, kartę hotelową, słuchawki i goni mnie. Biegniemy długą chwilę zanim w ogóle wydostajemy się z parku, a potem jeszcze moment, na wszelki wypadek.
Adrenalina schodzi powoli z obojga w malutkiej knajpie, gdzie spijamy wódkę za wódką z tonikiem. Przewijam ciągle w głowie te kilka minut w parku. Śmiać mi się chce z mojej reakcji, bo z dzikiego zachodu nie jestem, a tu proszę. Gdy już zjeżdża ze mnie to całe napięcie, zaczynam się przyglądać bliżej KPM. Widzę teraz wyraźnie jaki był wypeniany i jaki wciąż jest. Nawet nie chciał iść do tej knajpy. Wolał wrócić do HOTELU, bo tak będzie BEZPIECZNIEJ. To ja przekonałam go, że lepiej otoczyć się ludźmi, muzyką i napić drinka, niż siedzieć w pustym bezpłciowym pokoju hotelowym i wpadać w paranoję za każdym razem, gdy ktoś przechodzi korytarzem. Czuję jakiś niesmak i rozczarowanie, że on był taki bierny, że nawet nie pysknął gówniarzowi. Że swój strach tłumaczy rozsądkiem i nie potrafi chociaż post factotum prześmiać siebie w roli cipy i mnie tym rozbroić. Nic. Poważny i rozsierdzony jak którykolwiek Kaczyński. Nagle wydaje mi się ohydnie egzaltowany i niezbyt bystry.
W nocy spluwa (bez łusek wypełnionych prochem) wypełniła części ciała, których nie używa się do wciągania prochu, więc fun był, "ale niesmak pozostał".
6.1.08
dizklaimer
Jestem dziewczyną, przed którą ostrzegała cię mama. Trzy rzeczy, które najbardziej mnie kręcą, to kutas, narkotyki i praca. O tej ostatniej pisuje gdzie indziej, więc skupię się na dwóch pozostałych. Przez kutasa rozumiem szeroko pojęty seks, a nie część ciała. A do dragów wliczam również te legalne, czyli alkohol. Seks i dragi to wymagające hobby, nie raz pakowałam się przez nie w kłopoty. Zwłaszcza, że najbardziej lubię je mieszać. Np jak poznaję kogoś w klubie, po kilku drinkach kupujemy dwie torby koksu i idziemy do mnie, do niego, albo do hotelu. Raczej nie wpisuję tego w rubryce „zainteresowania” w CV, ale prawda jest taka, że nic nie jara mnie bardziej.
Punkt pierwszy: kutas. Czyli seks i faceci. Mężczyźni obsesyjnie zwracają uwagę na rozmiar. Owszem, liczy się, ale bez przesady. Najważniejsza jest technika. I chemia. Bez chemii nie ma funu, a o to przecież chodzi, prawda? Co do techniki, to wiadomo, gra wstępna to podstawa. Możnaby pomyśleć, że 40 lat po rewolucji seksualnej nie trzeba już tego nikomu przypominać, ale wciąż zdarzają się takie aroganckie dupki, które myślą, że sam fakt seksu z nimi powinien cię tak zagrzać, że jesteś gotowa od pierwszej minuty. A nawet fajni mężczyźni nie wiedzą, że seks nie zaczyna się i nie kończy w sypialni. Jak stwierdził Jackie Treehorn: mózg jest największym organem seksualnym. Dlatego, jeśli facet chce, żebym była mokra na samą myśl o nim, musi mi słać pikantne smsy, wulgarne maile, lubię, jak jedziemy windą na przyjęcie na tarasie w centrum i każe mi, żebym mu obciągnęła, albo sam klęka i robi mi dobrze. You get the idea. Ale do tego potrzeba wyobraźni (bo, jak śpiewały fasolki, fantazja jest od tego, żeby bawić się na całego), a to z kolei wymaga inteligencji. Dlatego, jeśli koleś ma IQ poniżej 130, to mi nie staje. Ale bez paniki, panowie, takich lasek, jak ja, jest bardzo mało. Większość zadowala się banalnym patrzeniem w oczy na kolacji przy świecach i bielizną w prezencie. Inteligencja oznacza najczęściej, że jest też złośliwy, dowcipny, cyniczny i zepsuty. Czyli, że nie będę się nudzić. Wtedy możemy się ze sobą przespać więcej, niż raz. Pieprzyć się. Kochać. Całować. Dokuczać. Uwodzić. Tylko w rozsądnych granicach, bo jak facet chce Związku, to szybko spierdalam. W programie antyspamowym dodaje jego maila do niepożądanych. W komórce zmieniam ustawienia, żeby jak będzie telefon z jego numeru, nie było żadnego dźwięku. I po sprawie.
Jestem typem myśliwego. Lubię zdobywać, potem trochę się pobawić ofiarą, zjeść ją i po jakimś czasie dalej ruszać na łowy. Nawet najseksowniejszy facet traci siłę, jeśli jest na każde wyciągnięcie mojej wymanikiurowanej dłoni. A kiedy już coś się dzieje, lubię komplementy na poziomie. Nie znoszę podlizywania się. Jeśli koleś w pierwszym smsie leci, że jestem piękna, to ok. Ale jeśli to wszystko, na co go stać, to po nim. Wyznanie miłości też skreśla. Wyznanie nienawiści – odwrotnie. Pobudza. Sprawia, że chcę go zaciągnąć do łóżka. Wolę takie relacje, gdzie nie ma przysięgania, wielkich słów i deklaracji. Wolę fun. Wolę brak rutyny. Powtarzalności. Przewidywalności. Klisz. Nie lubię kłamać, a najczęściej spotykam się z kilkoma facetami na raz. Dlatego lubię mieć raczej kochanków niż chłopaka, narzeczonego, czy, nie daj boże, męża. Z moim ostatnim kochankiem rozmawialiśmy niedawno o związkach, monogamii, całym tym poprawnym scenariuszu.
- Nie wierzę w monogamię – stwierdziłam.
- Ja też, ale gdybyś przespała się z kimś innym, musiałbym cię zabić.
- Dlatego nie mówię ci wszystkiego – odpowiedziałam. On się uśmiechnął, bo myślał, że żartuję.
Punkt drugi: narkotyki. Za każdym razem wiem, że następnego dnia będę się czuła jak szmata, ale wieczorem nigdy nie myślę o poranku. To mnie kiedyś zgubi. Niedziele wyglądają tak, jak w mojej ulubionej piosence: „sunday morning i'm waking up, can't even focus on the coffee cup. Don't even know whose bed im in, where do i strart, where do i begin?”. No właśnie. Czyje to łóżko, co to za miejsce, miasto, kraj, w jakim języku się tu mówi i jaki jest numer do taksówki, która najszybciej zabierze mnie do domu? Po takich nocach czuję się sponiewierana, zepsuta, pozbawiona hamulców i rozpustna i wydaje mi się, że wszyscy na ulicy to widzą. Ale to wszystko jest potem. Wcześniej, jak każdy hedonista, nie myślę o konsekwencjach.
Lubię prawie wszystkie dragi. Alkohol rozluźnia, koks pobudza, dropsy rozpuszczają. Na dobrym dropsie czuję się jak lód w upalny dzień, rozpływam się w ustach, dłoni, i kilku innych częściach ciała. Seks na koksie, to pierdolenie. Seks na dropsie, to kochanie. Jeśli ktoś wstawia mi gadki o tym, że są nielegalne, niebezpieczne, że uzależniają i że mogą zabić, odwracam się i spadam. Nie mam czasu na głupoty. Uwielbiam więc te noce, kiedy się upadlam, resetuję, tracę wątek i instynkt samozachowawczy. Prowadzi mnie drink, ścieżka koksu i jakiś przyjemny facet, który też lubi takie jazdy bez trzymanki. Zdziwilibyście się, jak wielu porządnych płatników VAT-u, w dzień poukładanych i spokojnych obywateli z profesjonalnymi uśmiechami na ustach, w nocy zamienia się w hedonistycznych świrów, którzy za dobrą torbę potrafią oddać swój szwajcarski zegarek o wartości średniej krajowej brutto.
Staram się nie przesadzać z alkoholem. Ale nie oszukuję się, że nie mam z nim problemu. Zresztą wszyscy mają. Moja siostra codziennie, kiedy już opędzi korpopracę, męża, syna, taniec z gwiazdami i wojewódzkiego, resetuje się butelką Pino Grigio. Moi kochankowie spędzają wieczory w knajpie, sącząc Jacka Danielsa, albo Jasia Wędrowniczka na lodzie. Moje przyjaciółki popijają drinki przygotowując wieczorami prezentacje w power poincie. Ja stosuję wszystkie te metody. Jeśli czasem nachodzi mnie ochota na przerwę w piciu – mam problemy ze snem. Tabletek nasennych nie używam. Wtedy spędzam noce przed komputerem nadrabiając zaległości w pracy. Takie zrywy pod hasłem od-dziś-dobrze-się-prowadzę nie trwają jednak nigdy dłużej niż tydzień.
Tak, proszę państwa, wygląda mój czas wolny, moje weekendy, moje wakacje, dni powszednie i święte. Seks i narkotyki. Rock and roll sobie daruję. And remember, don't try this at home, kids.
Punkt pierwszy: kutas. Czyli seks i faceci. Mężczyźni obsesyjnie zwracają uwagę na rozmiar. Owszem, liczy się, ale bez przesady. Najważniejsza jest technika. I chemia. Bez chemii nie ma funu, a o to przecież chodzi, prawda? Co do techniki, to wiadomo, gra wstępna to podstawa. Możnaby pomyśleć, że 40 lat po rewolucji seksualnej nie trzeba już tego nikomu przypominać, ale wciąż zdarzają się takie aroganckie dupki, które myślą, że sam fakt seksu z nimi powinien cię tak zagrzać, że jesteś gotowa od pierwszej minuty. A nawet fajni mężczyźni nie wiedzą, że seks nie zaczyna się i nie kończy w sypialni. Jak stwierdził Jackie Treehorn: mózg jest największym organem seksualnym. Dlatego, jeśli facet chce, żebym była mokra na samą myśl o nim, musi mi słać pikantne smsy, wulgarne maile, lubię, jak jedziemy windą na przyjęcie na tarasie w centrum i każe mi, żebym mu obciągnęła, albo sam klęka i robi mi dobrze. You get the idea. Ale do tego potrzeba wyobraźni (bo, jak śpiewały fasolki, fantazja jest od tego, żeby bawić się na całego), a to z kolei wymaga inteligencji. Dlatego, jeśli koleś ma IQ poniżej 130, to mi nie staje. Ale bez paniki, panowie, takich lasek, jak ja, jest bardzo mało. Większość zadowala się banalnym patrzeniem w oczy na kolacji przy świecach i bielizną w prezencie. Inteligencja oznacza najczęściej, że jest też złośliwy, dowcipny, cyniczny i zepsuty. Czyli, że nie będę się nudzić. Wtedy możemy się ze sobą przespać więcej, niż raz. Pieprzyć się. Kochać. Całować. Dokuczać. Uwodzić. Tylko w rozsądnych granicach, bo jak facet chce Związku, to szybko spierdalam. W programie antyspamowym dodaje jego maila do niepożądanych. W komórce zmieniam ustawienia, żeby jak będzie telefon z jego numeru, nie było żadnego dźwięku. I po sprawie.
Jestem typem myśliwego. Lubię zdobywać, potem trochę się pobawić ofiarą, zjeść ją i po jakimś czasie dalej ruszać na łowy. Nawet najseksowniejszy facet traci siłę, jeśli jest na każde wyciągnięcie mojej wymanikiurowanej dłoni. A kiedy już coś się dzieje, lubię komplementy na poziomie. Nie znoszę podlizywania się. Jeśli koleś w pierwszym smsie leci, że jestem piękna, to ok. Ale jeśli to wszystko, na co go stać, to po nim. Wyznanie miłości też skreśla. Wyznanie nienawiści – odwrotnie. Pobudza. Sprawia, że chcę go zaciągnąć do łóżka. Wolę takie relacje, gdzie nie ma przysięgania, wielkich słów i deklaracji. Wolę fun. Wolę brak rutyny. Powtarzalności. Przewidywalności. Klisz. Nie lubię kłamać, a najczęściej spotykam się z kilkoma facetami na raz. Dlatego lubię mieć raczej kochanków niż chłopaka, narzeczonego, czy, nie daj boże, męża. Z moim ostatnim kochankiem rozmawialiśmy niedawno o związkach, monogamii, całym tym poprawnym scenariuszu.
- Nie wierzę w monogamię – stwierdziłam.
- Ja też, ale gdybyś przespała się z kimś innym, musiałbym cię zabić.
- Dlatego nie mówię ci wszystkiego – odpowiedziałam. On się uśmiechnął, bo myślał, że żartuję.
Punkt drugi: narkotyki. Za każdym razem wiem, że następnego dnia będę się czuła jak szmata, ale wieczorem nigdy nie myślę o poranku. To mnie kiedyś zgubi. Niedziele wyglądają tak, jak w mojej ulubionej piosence: „sunday morning i'm waking up, can't even focus on the coffee cup. Don't even know whose bed im in, where do i strart, where do i begin?”. No właśnie. Czyje to łóżko, co to za miejsce, miasto, kraj, w jakim języku się tu mówi i jaki jest numer do taksówki, która najszybciej zabierze mnie do domu? Po takich nocach czuję się sponiewierana, zepsuta, pozbawiona hamulców i rozpustna i wydaje mi się, że wszyscy na ulicy to widzą. Ale to wszystko jest potem. Wcześniej, jak każdy hedonista, nie myślę o konsekwencjach.
Lubię prawie wszystkie dragi. Alkohol rozluźnia, koks pobudza, dropsy rozpuszczają. Na dobrym dropsie czuję się jak lód w upalny dzień, rozpływam się w ustach, dłoni, i kilku innych częściach ciała. Seks na koksie, to pierdolenie. Seks na dropsie, to kochanie. Jeśli ktoś wstawia mi gadki o tym, że są nielegalne, niebezpieczne, że uzależniają i że mogą zabić, odwracam się i spadam. Nie mam czasu na głupoty. Uwielbiam więc te noce, kiedy się upadlam, resetuję, tracę wątek i instynkt samozachowawczy. Prowadzi mnie drink, ścieżka koksu i jakiś przyjemny facet, który też lubi takie jazdy bez trzymanki. Zdziwilibyście się, jak wielu porządnych płatników VAT-u, w dzień poukładanych i spokojnych obywateli z profesjonalnymi uśmiechami na ustach, w nocy zamienia się w hedonistycznych świrów, którzy za dobrą torbę potrafią oddać swój szwajcarski zegarek o wartości średniej krajowej brutto.
Staram się nie przesadzać z alkoholem. Ale nie oszukuję się, że nie mam z nim problemu. Zresztą wszyscy mają. Moja siostra codziennie, kiedy już opędzi korpopracę, męża, syna, taniec z gwiazdami i wojewódzkiego, resetuje się butelką Pino Grigio. Moi kochankowie spędzają wieczory w knajpie, sącząc Jacka Danielsa, albo Jasia Wędrowniczka na lodzie. Moje przyjaciółki popijają drinki przygotowując wieczorami prezentacje w power poincie. Ja stosuję wszystkie te metody. Jeśli czasem nachodzi mnie ochota na przerwę w piciu – mam problemy ze snem. Tabletek nasennych nie używam. Wtedy spędzam noce przed komputerem nadrabiając zaległości w pracy. Takie zrywy pod hasłem od-dziś-dobrze-się-prowadzę nie trwają jednak nigdy dłużej niż tydzień.
Tak, proszę państwa, wygląda mój czas wolny, moje weekendy, moje wakacje, dni powszednie i święte. Seks i narkotyki. Rock and roll sobie daruję. And remember, don't try this at home, kids.
Subskrybuj:
Posty (Atom)