6.12.07

sentymentalny

Każde miasto, w którym spędzam więcej czasu, zyskuje moją prywatną topografię. W Barcelonie już po miesiącu, kiedy szłam przez centrum, co druga ulica czy knajpa przypominała mi jakiegoś kochanka, kochankę, jakiś zakup narkotyków albo imprezę. Oczywiście najwięcej tych miejsc jest w Barcelonecie, mojej ulubionej dzielnicy najebek, przypadkowych kochanków i dragowych lotów do rana.

Na przykład na promenadzie wzdłuż plaży pierwszy raz całowałam się z pewnym małoletnim pracownikiem portu, który był tak napalony, że chciał to zrobić gdziekolwiek. Nie zrobiliśmy tego wtedy, za pierwszym razem, i myślałam, że już go nigdy nie spotkam, ale okazało się, że on czatował na mojej codziennej trasie do pracy i w końcu udało mu się mnie spotkać. Oczarował mnie tym uporem i swoim młodzieńczym napaleniem, w końcu wylądowaliśmy w moim hotelowym pokoju. Skończył za szybko (to jest minus tych dwudziestolatków) ale za moment był gotowy do dalszej akcji (to jest ich plus). Po dwóch nocach zaczął się niebezpiecznie zbliżać, rano zadawał pytania w rodzaju „o czym myślisz?”, których nie znoszę, a nawet zaczął planować wspólny wyjazd na weekend. Więc na mojej prywatnej mapie Barcelony jest też włoska knajpka, w której musiałam mu powiedzieć, że to koniec. Miałam nosa, że zrobiłam to w knajpie, bo chłopiec prawie się popłakał, ale jego hiszpański styl macho nie pozwolił mu na łzy w miejscu publicznym.

Potem jest taki obskurny bar, gdzie zaprowadził mnie mój szef, z którym też połączył mnie na chwilę romans. Musiałam się z niego wycofać, kiedy zobaczyłam na przyjęciu firmowym jego żonę w ciąży. Wiem, że to niegodne bukovskiej, zrywać tak przyjemnie zapowiadajacy się romans z takiego powodu, ale po pierwsze miałam pmsa i rozczuliła mnie ta jego pyzata żonka (zawsze przed okresem łatwo się wzruszam), a po drugie nie lubię wpierdalać się w afery, które mogą mieć wpływ na moją, ekhm, karierę. Ale wracając do baru – ten mój szef, 35-latek, jest uzależniony od kokainy. Ta żona o tym nie wie, nikt o tym nie wie, oprócz mnie i jego dilera. Uzależnienie jest na tyle mocne, że czasem, kiedy jego osobisty diler jest poza zasięgiem, biedak musi szwędać się po barach i kupować niesprawdzony towar. I do takiego właśnie szemranego baru z masą murzynów zabrał mnie po którejś z naszych randek (płaconych przez firmę) w bardzo fancy restauracji. Zaciągnął mnie tam, bo bardzo lubił seks po kokainie, a ja też na takie coś nie mówię „nie”. Niektóre dziewczyny czują się zagubione albo osaczone, kiedy takie stadko dilerów ślini się na ich widok. Ale nie ja. Wzięłam telefony do dwóch z nich, którzy wyglądali na więcej niż 25 lat, żeby mieć swoje własne dojście do koksu. I ten bar to też jedno z tych miejsc, które zapadły mi w pamięć, po tym jak kiedyś po zbyt wielu kieliszkach wina na firmowym bankiecie poszłam tam na zakupy. Koleżanka, z która miałam zaraz iść na klabing, czekała w taksówce. Jeden z tych dwóch moich znajomych tam był, nie wiem dokładnie jak to się stało, ale wylądowałam z nim w kiblu. Na szczęście byłam na tyle przytomna, że użyłam gumy, za to potem miałam towar prima sort na każde zawołanie z dostawą do hotelu. I w ogóle ten kiblowy epizod nie był taki zły, lubię tę adrenalinę, kiedy robie to z kimś obcym w zakazanym miejscu.

Parę przecznic dalej jest hotel, w którym spędziłam noc z moim kochankiem z wczesnej młodości, który, jak się okazało przy okazji przypadkowej wymianie maili, był akurat w okolicy i wpadł na jedną noc. 40-letni pisarz, znamy się do piętnastu lat. Pół Kanadyjczyk, pół Francuz – to dobra mieszanka. Inteligenty, zadziorny, dowcipny, złośliwy, poza tym fizycznie to mój ideał: wysoki, dobrze zbudowany, rudy z ciemnymi oczami. To się rzadko zdarza i jakoś bardzo mnie kręci. Widujemy się raz na rok albo na parę lat, na kilka nocy w różnych miastach. Spędzamy czas głównie ćpając i uprawiając seks. Tym razem szukaliśmy hotelu kilka godzin (ja wtedy nocowałam u koleżanki z pracy, nie mogłam go tam zaciągnąć), wszystkie były zajęte. W końcu udało się znaleźć jeden, gdzie łazienka była w pokoju za taką tekturową ścianką, która nawet nie dosięgała sufitu. Ale w końcu nie do kibla tam przyszliśmy. Żadne z nas nie miało dragów, a zawsze jak się spotykamy, to ostro ćpamy. „To jakby pierwszy raz” powiedział. Pierwszy raz bez ćpania, jak zwykle było bosko.

I tak dalej. Knajpy, ulice, hotele, restauracje, placyki i zaułki, w których coś się działo. Po miesiącu Barcelona okazała się nie taka duża, te wszystkie przygody pomogły mi ją oswoić i dziś to jedno z moich ulubionych miast. Mój szef ma już rocznego uroczego bobasa (nie omieszkał mi przysłać zdjęć), a jego żona chyba już całkiem straciła zainteresowanie seksem, bo on ciągle namawia mnie na przyjazd do Barcelony, albo jakiś weekend w Paryżu. Mój diler od seksu w kiblu pewnie już dawno siedzi w więzieniu albo na cmentarzu, to taki typ, co się szybko kończy. Mój małoletni portowy chłopiec pewnie wciąż zdycha do jedynej pamiątki, jaka mu po mnie została: zdjęcia w komórce, na którym pokazuję środkowy palec. A ja za każdym razem jak tam wracam, dopisuję do kolekcji moich własnych miejsc jakieś nowe.

Brak komentarzy: