1.12.07

internet

Boże, w Internecie się tyle dzieje. Wczoraj mój obecny kochanek (wciąż na pozycji Kochanka Miesiąca) miał chwilkę, żeby ze mną pomejlować, wysłałam mu kilka stymulujących rozwój i poznanie zdjęć siebie, a potem komunikacja zeszła na platformę językową. Pytał w co jestem ubrana. Pojechałam w lata 30te: blond loki, czerwone usta, paznokcie, koniecznie krótkie, pończochy i ta moja czarna funky sukienka. Zaproponowałam mu taką wersję siebie jak wróci. Potrafię być dość elastyczna wobec źródła dobrego ruchania (wiem, jak o to ciężko). Napisałam, że zaraz kończę pracę i idę spać, a że naprawili grzanie, to mogę znów spać nago. Że skóra mi blednie coraz bardziej, że SZLACHETNIEJE.

Ta sytuacja przypomniała mi o poprzednim kochanku, bo od Internetu wszystko się tam zaczęło. Poznałam go w pracy. Kolejne projekty uzmysławiały nam, że jesteśmy świetnym team'em, a mi, że bardzo bym go chciała w sobie poczuć, przynajmniej raz, bo nie jestem aż taka ciekawska. Bystry. Zabawny. Postawny. Głos niski, ciepły, seksowny. Dobry gust. Słuchał takiej jak ja muzyki, oglądał te same filmy, czytał tych samych autorów. Ciekawe poglądy. Aktywista. Żonaty. Od 14 lat.

Wiadomo było, że łatwo nie będzie. Facet był jednym z tych nielicznych wiernych przypadków. Przez całe ich czternastoletnie małżeństwo! Ale ja potrafię też być bardzo uparta i cierpliwa, gdy czegoś chcę. Zaczęłam więc od konsultowania się z nim na czacie ad. różne nasze pracowe historie. Po kilku tygodniach trzymania się pracy, nasze wątki zaczęły schodzić na pobocze (konsekwentnie prowadząc do kompletnego zboczenia..). Długie wieczory przed kompem spowodowane napierdalającą w człowieka korporacją miały jednak swoje plusy. Byliśmy w ciągłym kontakcie.

Przez net nie da się jednak wszystkiego.. W biurze każdy miał swoje akcje, więc zaczęły się spotkania na mieście. Także w weekendy. Służbowe kawki. Co?

Facet uświadamiał sobie powoli, że zaczyna mieć ze mną więź (tfu), ale też że jestem atrakcyjna. Bo jestem. Myślicie, że brzydkiej głupiej i źle ubranej lasce udałoby się wyrwać tylu zajebistych kolesi? A-a. Mam szczęście: jestem zgrabna, mam wyjątkowe rysy twarzy, ładne włosy, dłonie, detale. Nawet kobiety oglądają się za mną na ulicy. Zdarzają się czasem takie przypadki jak ja. Jeśli więc ty nie jesteś taka zajebista, to przynajmniej może twoja córka będzie. Jeśli jesteś płodna.

Więc jest już ciepło, ale nie gorąco i potrzeba jakiegoś punktu zapalnego. I wtedy z odsieczą przychodzi Wernisaż. Ach, jaka ja jestem wdzięczna za istnienie tegoż konstruktu. Nie ze względu na sztukę rzecz jasna, choć czasem zdarzy się jakiś wypadek przy pracy, ale możliwości socjalne, które Wernisaż przynosi są nieocenione.
Oboje zaproszeni (bez żon), idziemy, oglądamy, jest mocno imprezowe towarzystwo, cysterny wina plus dodatki, z których i ja i mój obiekt korzystamy. Około trzeciej nad ranem, gdy Wernisaż przeistoczył się w Najebkę w Prywatnym Mieszkaniu, po godzinach ciężkiej, ale subtelnej pracy nad moim kolegą, wpadamy wszyscy w cieplarniane pijackie klimaty typu 'och, kocham cię i ja ciebie też i wszyscy jesteśmy jedną wielką rodziną'. Wszyscy przytulają się do siebie, granica intymności przesuwa się na wsteczny. Ja też jestem najebana, ale mój cel prowadzi mną, nawet najebaną (lubię dobry rym). Przytulamy się z Perrym, chichy śmichy, niewiniątka, aż przy jednym z takich okazji zaczynam całować go w szyję, policzek, usta. Trochę zaskoczony w pierwszym odruchu odsuwa się, ja też, niby równie zaskoczona swoim zachowaniem. Robię minę małej dziewczynki, łopoczę rzęsami i przepraszam go, co magicznym zaklęciem uspokaja go i..natychmiast zaczynamy się znów przytulać, a potem do końca pobytu w Prywatnym Mieszkaniu trzymamy się dyskretnie za ręce, żeby nikt nie widział jednak. Po imprezie jest już taki nakręcony, że mogłabym spokojnie zabrać go do domu, ale wiem, że z nim tak nie wolno. Rano czułby się fatalnie, a ja chcę, żeby nie czuł się zagrożony jakąś larwą, tylko, że ja niby jestem taką zatoką, w której jest bezpiecznie. Rozstajemy się więc przy taksówce, gdzie on nagle mnie zaskakuje i zaczyna się ze mną całować. 1:0 dla mnie.

Rano budzę się sama w swoim łóżku i zastanawiam się w swej przebiegłości, czy powinnam coś napisać pierwsza do niego w sensie esemesik, czy też czekać na txt od niego. Ciężką myśleniówę przerywa jednakowoż piknięcie mojej komóreczki, w której Perry pyta się, czy jestem przy kompie. Och, nie jestem kochanie, ale dla ciebie zaraz będę.

Siadamy do czatu, koleś mi dziękuje za "słodki" wieczór i jeszcze tego samego wieczora idziemy na lampkę wina do małej przytulnej knajpki w bezpiecznej dzielnicy z dala od potencjalnego natknięcia się na jego żonkę. Drwimy z bohatera wczorajszego wernisażu, śmiejemy się z najebki i całowania. Jest 2:0 dla mnie. Facet ma luz, "wie", że na niego nie poluję. Jesteśmy po prostu "przyjaciółmi", "dobrze się rozumiemy".. Na do widzenia przytulamy się chwilkę, buziak w policzek, pa pa.

Perry wyjeżdża wysłany z firmy na 10 dni. Przez cały czas czatujemy i esemesujemy. Zaskakuje mnie trochę tym wylewem kontaktowności i zastanawiam się, czy z żoną też tak pisuje, ale nie zastanawiam się za długo, bo nie lubię tracić czasu na pierdoły. Wiem, że po powrocie będzie mój. Bez namawiania, sam będzie mnie chciał, bo bardzo polubił tę osobę, którą wydaje mu się, że jestem.

Jego samolot ląduje późnym wieczorem, więc nie sugeruję już żadnej RANDKI tego dnia. Około 23ciej dostaję esemesa: "Jadę do domu, w którym Cię nie będzie. Oczekiwanie rozczarowania." Hmm. Ze względu na wrodzoną złośliwość i intelekt, który podpowiada, iż im dłużej go przetrzymam, tym bardziej będzie chciał i będzie się bardziej starał w łóżku, nie zapraszam go do siebie. Następnego dnia spotkamy się w pracy.

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

Podoba mi się