15.12.07

amsterdamski

Oprócz tych wszystkich gogusiowatych prawników, dziennikarzy i marketingowców, mam też na koncie kilku popaprańców, jak nazywała ich Bridget, czy też pojebów, jak nazywa ich bukovska. Klimat mezaliansu, ja – panienka z dobrego domu, piękna i bogata, i on, ze złej dzielnicy, szemrane towarzystwo, bez wykształcenia, z jakąś słabą pracą i małymi dochodami. To oczywiście zawsze grozi tym, że taki gość się przyssie i nie będzie chciał puścić, dlatego bawię się w takie historię tylko na niedługich zagranicznych kontraktach.

Ostatni taki przypadek, to Jake, z którym się zadałam, kiedy mieszkałam przez chwilę w Amsterdamie. Poznałam go przez przypadek na ulicy. On obejrzał się za mną, ja za nim, wiecie jak to idzie. Na kawie dowiedziałam się, że to Amerykanin. Dobrze ubrany. Przystojny. Dowcipny i inteligentny. Zna się na muzyce, a za to zawsze faceci mają u mnie plusa. Okazało się też, że mamy wspólnego znajomego, Roberta, który jest informatykiem z mojej firmie. Jake spodobał mi się, więc następnego dnia poszłam na lancz z Robertem, żeby dowiedzieć się, co to za jeden. Usłyszałam o nim, że jest pijakiem, byłym narkomanem, typem depresyjnym, wrażliwym, neurotycznym, niespełnionym artystą i takie tam. W sam raz dla mnie. Po kilku dniach spotkałam go w klubie – ja byłam z francuską koleżanką, on ze swoim przyjacielem Irlandczykiem. My miałyśmy postanowienie nie upić się tego wieczora, specjalnie nie wzięłyśmy portfeli, bo jak jest kasa albo plastik, to wiadomo jak się kończy. I tak się tak skończyło. Wszyscy stawiali nam drinki, tańczyliśmy we czwórkę w każdej możliwej konfiguracji, w końcu wylądowaliśmy u mnie w domu. Koleżanka poszła grzecznie spać. Ja zostałam z chłopakami, rozmawialiśmy, piliśmy, paliliśmy, flirtowaliśmy. Jego przyjaciel w końcu walnął się na sofie, a ja skończyłam wieczór w łóżku z Jake'em. Cukrował mi, jak bardzo mu się podobam, jaka jestem wyjątkowa, inna od reszty dziewczyn, itepe. Tell me something I don't know, człowieku. Jak już skończył te przemowy, seks okazał się bardzo przyjemny, było dużo śmiechów i orgazmów, czyli tak, jak lubię. Tak to się zaczęło.

Potem przez kilka tygodni intensywnie uprawialiśmy klabink. Ja z francuską przyjaciółką, on z irlandzkim kumplem, szlajaliśmy się po klubach i barach. Naszą ulubioną zabawą były zakłady o podrywanie.
- Założę się, że nie poderwiesz tej laski w krótkiej spódnicy – podpuszczałam go.
- Oczywiście, że ją poderwę. Za pięć minut wyjdę stąd razem z nią.
- Go for it. Masz u mnie grama koksu jeśli ci się uda - i zazwyczaj mu się udawało.
On tak samo podpuszczał mnie, w związku z czym poznałam kilku prawników, muzyków, artystów, a raz nawet udało mi się wyjść z klubu z nauczycielem gejem. Potem spławialiśmy tych przypadkowych ludzi i wracaliśmy do klubu zadowoleni z siebie, że umiemy tak świetnie podrywać. Czasem zapraszaliśmy te niewinne ofiary do naszego stolika. Po kilku razach, kiedy on przyprowadził do nas jakąś tępą wyfiokowaną lalę, zobaczyłam, że jest bezczelny i umie gasić głupie laski jednym celnym tekstem. Lubię facetów, którzy to potrafią, bo umówmy się – większość ma tak niskie poczucie własnej wartości, że nie jest w stanie niegrzecznie odezwać się do dziewczyny, która na nich leci. Jeśli tylko mają najmniejszą szansę dobrać się do jej majtek, nawet ci superbystrzy będą uprzejmi dla laski o inteligencji taboretu. Nawet nie musi być ładna. Ja mam inaczej. Jeśli koleś ma IQ niższe niż 130 to nawet mi nie staje.

Spędziliśmy na takich zabawach kilka tygodni. Było wesoło, ale niestety Jake zaczął się coraz bardziej wkręcać. Wiedziałam, że jest w separacji ze swoją duńską żoną. Widziałam ją raz, podobna do mnie, petite blondynka. Swoją drogą to zabawne jak faceci się zawsze nabierają na taki typ aniołka. Po miesiącu okazało się, że musi zmienić mieszkanie. Ja akurat jechałam na tydzień do Londynu i zostawiłam mu klucze (fatalny błąd). Umowa była taka, że przeniesie się do mnie dopóki czegoś nie znajdzie. Jak wróciłam, wciąż u mnie był. Nie lubię mieszkać z kochankami, to za duży ciężar gatunkowy, nie mówiąc o tym, że nie mogę wtedy przyprowadzać do domu innych facetów. Ale dobra, nie jestem potworem (nie?) i zgodziłam się na tymczasowe jego u mnie spanie, dopóki nie znajdzie czegoś innego. Zwłaszcza, że potrzebowałam mężczyzny w domu: trzeba było naprawić kran, zagipsować dziury w ścianach i wynieść na śmietnik górę starych gratów. Moje koleżanki – hardcorowe, łyse, wytatuowane feministki – zrobiłyby to same, ja też bym mogła, ale ucierpiałby na tym mój nienaganny manikiur. Postanowiłam więc, że pozwolę popisać się silnej płci, hyhy.

Nie zrozumcie mnie źle, czasem naprawdę lubię mieszkać z facetem. Nie za długo, ale ten klimat związku ma w sobie jakiś urok. Że sypiamy ze sobą codziennie i domyślnie nie miewamy innych kochanków. To, czy ich faktycznie nie mamy, to inna sprawa, prawda, ale zwykle kiedy się z kimś mieszka, udaje się, że jest jedyny. Ma to swoje plusy, na które się nabieram. Np jak się budzę ze złego snu i mówię mu o tym. „Boję się zasnąć, nie chcę znowu mieć tego koszmaru” szepczę tonem aniołka, którym przecież jestem, ne c'est pas? „Nie będziesz go miała, bo ja jestem obok" odpowiada. I OK, gramy w tę grę, że ja jestem słaba, a on silny i że mnie ochroni. Nikt z nas w to nie wierzy, ale możemy przez chwile poudawać. I tym podobne słodkie momenty, których nie miewa się, jeśli nie mieszka się razem.

Osobiście jestem zdania, że to może być zabawne, i tak było z Jake'em przez jakieś trzy tygodnie. Potem zaczęła mnie jego obecność uwierać. Ale jako delikatna dama naprawdę nie miałam pojęcia jak go skutecznie wypierdolić. W takich momentach zawsze myślę, że przydałby mi się taki attorney jak dr. Gonzo, który załatwiałby za mnie te wszystkie nieprzyjemne sprawy, od których brudzą mi się moje alabastrowe dłonie.

Po miesiącu jego mieszkania u mnie miałam szczerze dosyć, a on czuł się coraz bardziej u siebie. Zrozumiałam, że jeśli za moment nie wywalę go z mojego mieszkania, to zostanie tu na wieki, czyli do mojego wyjazdu z Amsterdamu za dwa miesiące. To było wykluczone. Owszem, był zabawny, inteligentny i świetny w łóżku, ale to jeszcze nie powód, żeby decydować się na monogamiczne życie, zwłaszcza, że wtedy już miałam na horyzoncie kilka ciekawych obiektów, którymi chciałam się zająć przez te dwa miesiące, które mi zostały. Anglicy mówią, że the grass is greener on the other side. Polacy zaś nucą taką starą piosenkę, że nie o to chodzi, żeby złapać króliczka, ale by gonić go. Czyli (tu wyjaśnienie dla mniej rozgarniętego czytelnika) że jak już mam tego króliczka, w tym wypadku zabójczo inteligentnego amerykańskiego artystę alkoholika, to wcale nie jest takie fajne, bo fajna jest sama pogoń, a nie to, co później: wspólne mieszkanie, śniadania, oglądanie filmów i przytulanki przed snem.

Piątkowy wieczór. On poszedł na imprezę, ja musiałam zostać w domu i pracować. Wrócił w nocy, chciał seksu i rozmowy, przez sen odpowiedziałam, że porozmawiamy jutro. W sobotę o wściekłej 7.30 obudził nas budzik. „Nie muszę dziś iść do pracy" mówi Jake. Ja też nie musiałam, więc zaczęliśmy poranną sesję. Oboje zaspani, nieprzytomni, na wpół śpiący. Kochaliśmy się bez słów i zasypialiśmy znowu. Obudziły nas samochody pod oknem. Przekręciłam się na drugi bok, plecami do niego, a on w tym czasie dobierał się do mnie.
- Jesteś wciąż pijany? - spytałam. Potwierdził. Powiedział, że pił całą noc i że od dziś przestaje. Użalał się nad sobą, że boli go wątroba i jak ciężko mu zasnąć kiedy nie pije. Jeśli myśli, że jestem siostrą miłosierdzia i będę go wspierać w walce z nałogiem, to źle trafił. Pocałowałam go, żeby się wreszcie zamknął. Idziemy do kuchni na kawę i śniadanie, potem on zmywa (stara się) i wracamy do łóżka. Seksu ciąg dalszy. Najbanalniejsza i najprzyjemniejsza opcja poranka: seks i sen na zmianę. Chce popatrzeć, jak sama się dotykam. Zaczynam, on we mnie wchodzi, bardzo szybko mam orgazm. Nie ma to jak dobry orgazm o poranku. „Fajne to było” mówię. Robię mu dobrze ustami. „Dobra w tym jesteś” mówi odgarniając mi włosy z twarzy, po chwili kończy. „To też było fajne” mówi. Leżymy przytuleni, sen kochanków. Tylko, że mi się wcale nie chce spać. Pamiętam, o czym myślałam poprzedniego wieczora, że nie chcę go tu dłużej mieć. Zdejmuję z siebie jego ramiona.
- Dokąd? - pyta. Nic nie odpowiadam i wychodzę z łóżka do łazienki spakować jego rzeczy. On jeszcze nie wie, że to była jego ostatnia tu noc. Nie jestem suką tylko aniołkiem, więc dam mu trochę pospać, a jak wstanie, będzie się musiał wyprowadzić, gówno mnie obchodzi dokąd.

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

jezus!! co za gniot!