2.11.07

upust puszczania się

John wraca jakoś we wtorek, bo szkolenie okazało się chujowe i zrobi je w Hiszpanii za miesiąc, a tymczasem ja i James wyrwaliśmy przyjemną i Amerykankę, kto by pomyślał, i tańce, i miziania, i całowania w trybie three sum, smaczna była i ładnie nam się wszystko kleiło. Potem niestety laska się pochorowała obrzygując z siedem schodów prowadzących do kibla i uciekła. Ja i James poszliśmy do mojego domu, obmyślając po drodze plan zwabienia jej w dniu dzisiejszym, choć oboje zgadzamy się co do tego, że laska jest lesbijką, a nie bi. James może więc mieć problem.

Ja i John zostaliśmy ewidentnie uznani za parę, ponieważ w odpowiedzi na moje Jamesa zaczepki seksualne usłyszałam obawę:
- Ta, a potem pewien Anglik obije mi mordę we wtorek.
Potraktowałam to jako przesłyszenie.

Przyszliśmy do domu, James i Nico spalili blanta. James strasznie narzekał, że Amerykanka nam się wykruszyła, bo strasznie chciał się z nami obiema przespać, ale pocieszał się, że miała beznadziejne cycki. Myślałam, że James zostanie, ale ewidentnie ma respekt do mojego niby-chłopaka. Odprowadziłam go do wyjścia, gdzie zaczęłam się z nim całować. Bardzo przyjemnie. Potem nazwał mnie "fuckin bitch" i poszedł do siebie.

Wróciłam do mojego pokoju, obudziłam Nico, zagadałam o kompletnie nieistotną kwestię, po czym usłyszałam, to co chciałam usłyszeć, znaczy, że mogę się u niego crash w łóżku, so i did.
Mizialiśmy się do czwartej rano, kilka całusów (fajny ten przekuty język) i poszłam do swojego pokoju, gdzie pod kołdrą zrobiłam sobie dobrze.
Zasnęłam z poczuciem, że spędziłam udany wieczór.

Brak komentarzy: