Ostatnio szczególnie rozbawił mnie list od mojego ojca. Tatuś zawsze miał nieadekwatne loty, ale tym razem wykazał się złotym strzałem.
Wpadł mu w rękę kolejny amerykański bestseller o uzależnieniach, wyprodukowany przez jakiegoś poprawnego pedała. Pisze tak przystępnie, że nawet mój papa skumał wreszcie podstawowe aspekty upadlania się wódką, kreską, kółkiem i krzyżykiem. Olśniony postanowił napisać do swoich pociech List.
Jest nas troje. Ja najmłodsza, nade mną starsza siostra, nad siostrą brat. Siostra mieszka pod miastem i uprawia rolę korpożony, matki i kochanki, a bro wyjebał z kraju jakieś pięć lat temu, po skończeniu liceum, i szlaja się po plantacjach truskawek ETCETERA. Wybrali sobie te role doskonale, bo rodzice uważają, że chłopak może, a dziewczyna nie. Moje picie jest jak szlagier, znane i wyeksploatowane, ale reszta mojego brotherhood bawi się dokładnie w te same klocki.
Siostra jak to kobieta ambitna i Polka, nigdy niczego nie zawala. W swojej korpo pierwszy awans dostała w wieku lat 27 po przepracowaniu dwóch lat. Jedzie po całości, zgarnia wszystkie premie na planszy, kości zawsze wypadają na sześć i sześć. W ramach koszenia pionków, wyhaczyła także dobrze ustawionego kolesia, z którym się pobudowała i pomnożyła jak partia przykazała. Jej dzień nie dzieli się jednak na ranek w domu, dzień w biurze, popołudnie w korku i na zakupach, wieczór z rodziną na swej roli, ale na
a. antycypację odpuszczenia
b. odpuszczenie.
Punkt a zawiera realizację wszystkich oczekiwań, którym obarcza ją bóg honor ojczyzna. W punkcie drugim zaś siora odpuszcza sobie wszystkie winy winem chryste panie pobłogosław ją nam amen. Wiadomo, w pracy kontrola, potem stary, młody, dom. Stary już nie taki zainteresowany seksem, bo stary, choć jeszcze przed kryzysem wieku średniego, a i nie taki interesujący, bo zrobił ją matką, a to dla kobiety priorytet ponad podziałami seksualnymi. Młody zasypia ok. 20tej, więc w gruncie rzeczy po opędzeniu z mężem jakiegoś filmiku na DVD, siora mogła opuSZCZAĆ na rodzinę i schodzić do podziemia. Nie, nie, to nie przenośnia. Mają w piwnicy taką jakby biblioteczkę połączoną z winiarnią. Siora uczyła się tam, gdy robiła podyplomowe, żeby wzmocnić swoją pozycję na rynku pracy. Małe biureczko, sofa, półki z winami. Przebrana w dżinsy i bluzę spada jednak CODZIENNIE o niebo niżej niż do piwnicy. Najpierw było jej trzeba pół butelki wina, żeby spokojnie zasnąć, po pół roku - całej, a teraz doprawia butelkę małym drinkiem, a do wypicia butelki wystarcza jej jakaś godzina bezmyślnego klikania w swój korpolaptopik. Po pozbyciu się resztek świadomości zwleka się, pełznie do sypialni i natychmiast zasypia.
Wiem, bo mieszkałam u niej ponad miesiąc po tym jak wyszłam z pierwszego odwyku. W życiu się nie nasłuchałam tylu banałów. Jej się wydaje, że jak korzysta tylko z legalnego dragu to jest ode mnie lepsza. Pierdolona hipokrytka.
Brat trochę przedawkował Chomskiego i postanowił zanegować swoją obecność w SYSTEMIE. Stwierdził, że zamiast studiować książki, będzie studiował ŻYCIE I KOBIETY. A co za tym, czy też przed tym, idzie - wino. Wszystkie dorywcze prace, których się łypał, były niezbyt wymagające intelektualnie, mógł więc codziennie resetować się naprawdę hardkorowo. Nasza matka nie dała mu w okresie dorastania wytycznych na jakikolwiek temat (zimna, zblokowana), więc chłopak miotał się także na polu miłosno-seksualnym. Znaczy miota się, cały czas. No i tu wino: śpiew, pięknie nagle i niezagrażająco i wszystko będzie dobrze, istniejemy tylko tu i teraz, funkcjonujemy w równoległej rzeczywistości, nie boimy się rwać dup. Fajnie. Nie powiem, bo sama się tam bujam, tylko, że jemu się podobno wątroba nadpsuła. Boli. Nie wiem tu za dużo, bo brat zlewa nas (też bym nas zlewała) (też nas zlewam) i się nie zwierza mamuni, tatku i siostrzyczkom jakie tam nowe kuku z wiekiem przyszło mu nosić. Natomiast jako wyjątkowo bystra szpryca, wykumałam jego najlepszego przyjaciela, który kursuje pomiędzy nim a nami i mam wywiad. Wciąż trawi braciszka relatywizm i niewiara. Nie może przeboleć trwogi egzystencjalnej, a do tego jeszcze pałuje się perfekcjonizmem i chorymi ambicjami, co w kontraście z absolutnym brakiem dokonań musi być faktycznie bolesne. No i jego przyjaciel opowiada mi jak imprezują, jak ładują laski, jak jest pikantnie i libertyńsko i jak się robi chujowo, gdy przestaje. Że nie może spać, że robi się nieśmiały, spanikowany, sparaliżowany. Wcale nie jest mi go szkoda, mimo że niby kiedy to wszystko piszę? W nocy, jest czwarta rano, nie mogę spać, bo na antybiotykach jestem i nie wypiłam ani minilitra alkoholu dzisiaj. Pierdolony koszmar, z którym nie chce nam się walczyć. Och.
No i w tym kontekście uroczy był list od starego, w którym przybliża nam wnioski autora książki, a na końcu proponuje, żebyśmy starali się nie pić W KAŻDY WEEKEND, a jeśli możemy to robili sobie raz na jakiś czas MIESIĄC przerwy, choć najlepiej CZTERY. CZTERY MIESIĄCE. To jakieś 120 dni. Mój rekord wynosi jakieś cztery. Zawsze mogę powiedzieć, że pomyliłam legendę.
22.11.07
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
1 komentarz:
te podpuchniete oczy rano po butelce wina albo dwoch psuja troche image zajebistej dupy, co?
Prześlij komentarz