26.11.07

gdański

Ostatnio musiałam spędzić miesiąc w Polsce. Wysłali mnie z pracy najpierw do Pragi, bo myśleli, że wyszkolę Czechów lepiej niż Holender czy Belg – dla nich Czechy i Polska to jedna Rosja. Na miejscu okazało się jednak, że nic z tego. Musiałam z nimi rozmawiać po angielsku (jak mówili do mnie po czesku to zwijałam się ze śmiechu, a to poważna firma), poza tym oni nie mają we krwi tej polskiej martyrologii kościelno-narodowej, którą u nas widać na zbolałej twarzy każdego obywatela po czterdziestce. Miałam się więc przenieść do Polski, żeby szkolić menedżerów wyższego szczebla z mojej ojczyzny. Już w drodze z lotniska do hotelu, jak patrzyłam z okna taksówki na tych smutnych kierowców co nie mają pojęcia o prowadzeniu, i tych chłopców w dresach, co mają pojęcie głównie o napierdalaniu alkoholu, spida i siebie nawzajem, już wtedy zrozumiałam, że to będzie ciężki miesiąc.

Rodzinie o swoim przyjeździe nic nie mówiłam. Koleżanki z Polski dawno już mają mężów, dzieci (niektóre nawet trójkę), stabilizację, jakieś ople czy toyoty, lepsze albo gorsze prace i zero czasu dla siebie. Nie bardzo mamy o czym rozmawiać, co widać nawet w tych rzadkich mailach, które wymieniamy przy okazji świąt albo urodzin. Te czasy, kiedy razem ćpałyśmy, podrywałyśmy chłopaków w klubach i chodziłyśmy z nimi do łóżka (tak, mam na koncie kilka czworokątów) dawno już minęły. Teraz panuje tu poprawność i tych czasów nie należy na głos wspominać. Spotykać się na kawę nie ma więc sensu.

Pierwszego dnia rano miałam konferencję z pracownikami i partnerami firmy, na której zanim mnie przedstawiono, wszyscy myśleli, że jestem z Holandii. Na przerwie na kawę podchodzili do mnie goście to z poznańskiego, to z krakowskiego oddziału, parami, jakby zbliżenie się do mnie w pojedynkę groziło śmiercią lub kalectwem, wszyscy podobni do siebie: grzeczne garnitury, banalne krawaty, zaniedbane fryzury, niby dobre marki, ale jednak przeciętne to wszystko i nie ma na czym oka zawiesić. I zaczynali łamaną angielszczyzną te swoje gadki o Holandii, o tym ile razy tam byli i gdzie i czy mi się w Polsce podoba. W życiu nie wyrwiecie żadnej Holenderki z takimi tekstami, chłopaki. Jak odpowiadałam po polsku, bo nie mogłam już słuchać tych ich wysiłków żeby coś po angielsku złożyć do kupy, to znikało całe napięcie i już swojsko zaczynali o Kaczyńskich, Tusku, układach, podchodach, o systemie i o tym jak jest ciężko. O tym, kto wygra taniec z gwiazdami. O tym, jak to wymienili sobie bagażnik u nieautoryzowanego dilera na czym zaoszczędzili całe trzysta złotych. Hilarious. Wspominali też, jak to na studiach w akademiku z kumplami palili trawkę, bo z tym im się Holandia kojarzy, a ja im się kojarzę z Holandią. Tylko skąd przyszło im do głowy, ze może mnie to interesować? Patrzyłam na nich (wianuszek takich stał dookoła) i myślałam, że jednak muzułmanie i żydzi mają rację, że nie jedzą świń. Od wieprzowiny się jakoś tak nieładnie tyje na twarzy, i ci wszyscy panowie, a także panie w garsonkach, 40-letnie kierowniczki, co jeszcze powinny przyzwoicie wyglądać, ale już zrezygnowały z dbania o siebie, już tlenione włosy, żylaki, różowe cienie do powiek (na konferencji, nie na bankiecie wieczorem), już zmęczenie życiem, choć jeszcze wciąż amerykański profesjonalny uśmiech i hej do przodu, więc wszyscy oni na twarzach szerocy, a dalej pomięci i nijacy, jak manekiny na wystawie Mody Polskiej. Rozglądam się bacznie, w końcu mam tu spędzić miesiąc i zależy mi na znajomościach, które go umilą, patrzę więc i oczom nie wierzę. Jak to możliwe, że już 30-latkowie mają brzuszki i łysiny? O jednym młodym z działu prawnego dowiaduję się, że jest zatrudniony, bo jest bardzo zdolny, a dopiero co skończył studia. Ma więc jakieś 25 lat, wygląda na 35. Gdyby nie pryszcze (panowie, czy nikt wam nie powiedział, że rewolucja seksualna była 40 lat temu i dziś wy też spokojnie możecie chodzić do kosmetyczki i nie będziecie posądzeni o homoseksualizm? Zresztą laski lecą na gejów, ale rozumiem, że to dla was wyższa szkoła jazdy. W każdym razie wiedzcie, że dbanie o siebie i heteroseksualizm nie wykluczają się.) więc gdyby nie te ropne wykwity na policzkach, wyglądałby jak mój 45-letni wuj: garnitur z lat osiemdziesiątych, ale nie że vintage i przymrużone oko, raczej pełna powaga, chłopaka po prostu nie stać na nic normalnego więc zaopatruje się w second handach. To ironia losu, bo właśnie tam można znaleźć najbardziej stylowe ciuchy, jeśli tylko wie się, co to styl. Do tego przetłuszczone i przydługie włosy, znowu nie tak, że świadomie jak chłopcy z britpopowych zespołów z lat dziewięćdziesiątych, co może mieć swój urok, nie, ten tu po prostu nie chodzi do fryzjera częściej niż raz na pół roku. Uważam, że gdzie jak gdzie, ale na prawie powinni robić jakieś wykłady z aparycji, stylu, pierwszego wrażenia. Gdybym była sędzią, ten koleś przegrałby u mnie każdą sprawę. Nie jestem, ale jak tylko podchodzi zagaić o sytuacji politycznej, od razu ma minusa za wygląd. Czyli przegrywa, bo u mnie już za jednego minusa dostaje się jedynkę.

No więc aż do przerwy na lancz wypatruję kogoś bardziej kolorowego, kogoś, kto by miał chociaż odrobinę stylu, kto trochę fajniej wygląda, z kim można by porozmawiać nie o telewizji, polityce i systemie gospodarczym, i z rozpaczą stwierdzam, że nikogo takiego nie ma. Po lanczu idę na przeciwko na kawę serwowaną przez przyjemnego młodego blondynka. Biorę filiżankę i siadam przy stoliku. Gapi się. Też się gapię. Kończę, wyjmuję z torebki karteczkę, na której piszę swój numer komórki, podchodzę do baru, podaję mu moją filiżankę i mój numer i wychodzę. Wiem, że zadzwoni.

Dzwoni pół godziny później, nie mogę odebrać, bo prowadzę akurat prezentację o tym, jaką zajebistą firmą jesteśmy i jak korzystna jest współpraca z nami. Nie nagrywa się, wysyła smsa. Czytam po godzinie: „Mam nadzieję, że kawa smakowała. Kolacja dziś? O 9 we włoskiej knajpie na przeciwko mojej kawiarni.” Dobry jest, pewny siebie. Nie odpisuję, ale postanawiam pójść do tej knajpy o dziewiątej, zwłaszcza, że jest jakieś trzy minuty od mojego hotelu. Cała reszta konferencji mija nudno: muszę odpierać ataki tych smutnych, brzydkich, otyłych gości z polskich oddziałów.

Wieczorem szybki prysznic, mała kreska na rozruch, fryzura, perfumy, strój wieczorowy, ale bez przesady – nie chcę wypłoszyć tego blondynka. Spóźniam się standardowe 20 minut. On siedzi przy niezłym stoliku w kącie, z daleka od kuchni i drzwi wejściowych. Pije wino. Jak tylko wchodzę, macha mi. Kelner za moment przynosi mi wino i menu. Dopiero jak jedzenie jest zamówione, przedstawiamy się sobie. Sebastian, lat 27, po sinologii, pisze książkę o swojej dwuletniej wyprawie do Chin (wrócił trzy miesiące temu) i dorabia w kawiarni. Cynik. Na szczęście nie zanudza mnie opowieściami z podróży, tylko pyta co ja robię i złośliwie komentuje. Oczywiście nie pozostaję dłużna, połowa moich znajomych ze studiów pisała „książki o podróżowaniu”, temat jest zgrany do spodu. Ale w sumie niegłupi jest ten chłopak i zadbany. Po jedzeniu mówię mu, że idę przypudrować nos. Uśmiecha się. Kuma.

Deseru nie chcemy, po kawie wychodzimy, i wtedy on wypala od razu z pytaniem, jaki mam towar. Mówię mu, że przywiozłam koks jeszcze z Holandii, dobry, nawet bardzo, pierwszy raz w życiu miałam z nim tak, że nie skończyłam swojej kreski, tylko zostawiłam sobie na później. (A kochankowie mi mówią, że jestem narkomanką! Hola, czy tak robią narkomani?) Chłopak się napala, bardzo chce spróbować, decydujemy więc, że idziemy do niego, 10 minut stąd.

Małe jednoosobowe mieszkanko, przyjemne, proste i przytulne, w salonie sofa i szklany stół. Podaję mu plastikową torebkę, on wyjmuje z portfela kartę i banknot (50 zł), sypie dwie tłuste kreski i natychmiast wciąga jedną z nich. Podaje mi pieniądz, ja wciągam drugą. Kręci w nosie, ale to zajebisty towar. Sebastian idzie do kuchni otworzyć wino, ja przeglądam jego płyty. Puszczam Peaches. On wraca z dwoma kieliszkami wina. Stawia je na stole, staje za mną i zaczyna wąchać i całować moją szyję. Alk i koks zrobiły swoje, zresztą chłopak mi się podoba, pozwalam mu zdjąć z siebie bluzkę. Kładzie mi dłonie na ramiona i prowadzi na sofę. Kładę się, on rozbiera najpierw mnie, potem siebie. Ładne ciało. Pasuje do mojego. Zaczyna mnie całować. Jak już jestem całkiem mokra, przestaje. Otwieram oczy, on siedzi nade mną uśmiechnięty. „Kreska?” pyta. „Jasne”. Mój człowiek. Podchodzimy do stołu, on sypie następne dwie kreski. Wciągamy. Bierze mnie za rękę (w drugiej ma dwa kieliszki wina, które stawia na stoliku przy sofie), kładzie mnie i wchodzi do środka. Nie można tego nazwać kochaniem się, raczej ostre rżnięcie, pieprzy mnie jak przykładny samczyk samiczkę w rui. Spadamy z sofy na podłogę, rozlewamy wino, ale to nam nie przeszkadza. Miotamy się po zalanym winem dywanie. Potem wchodzimy z powrotem na sofę, ja przodem do ściany na kolanach, on za mną. Rżnąc mnie od tyłu charczy mi do ucha "podoba ci się?". Widzi, że to uwielbiam. Nie muszę odpowiadać, wie, że tak, czuje mój orgazm. Odwraca mnie z powrotem na plecy i po chwili spuszcza mi się na brzuch. Pada na mnie, całuje moją twarz i szyję. Daję mu chwilę na te czułości, po czym wstaję, ubieram się, pakuje swoje zabawki i wychodzę.

Wracając do hotelu odszczekuję w myślach wszystko, co myślałam o Polakach wcześniej. To tylko jakaś polityka naszych HR-ów, żeby zatrudniać samych podstarzałych trzydziestolatków. Gdzie indziej zdarzają się fajne egzemplarze i wygląda na to, że ten miesiąc nie będzie jednak taki zły.

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

Pod wrażeniem zdolności doboru słów i z zazdrością