To była nasza ostatnia wspólna noc. Potem - wiedzieliśmy oboje - miałam się rozpłynąć w bramce na lotnisku, odwrócić się na moment, żeby spojrzeć na niego ostatni raz, i ruszyć w swoją stronę. On miał zostać w Berlinie. Zupełnie jak w romantycznej komedii z Hugh Grantem i Meg Ryan w rolach głównych.
Poznaliśmy się na wernisażu awangardowej lesbijskiej fotografki. Banda sfreakowanych artystów, zniewieściałych dziennikarzy od Sztuki, lesb udających macho i pseudocelebrities, co chciałyby być znane, ale same nie wiedzą z czego. Targ ciał. Między nimi on – zagubiony, nieśmiały, zwyczajny. Ładny. Potem okazało się, że jest kuzynem artystki. Zdaje się, że to ja go poderwałam, chociaż po tylu kieliszkach wina, ile wypiłam, nie mogę być niczego pewna. Pamiętam jak rozmawiamy o fotografii, wymądrzam się na temat kontrastu u Mapplethorpa, a potem jak obłapiamy się w taksówce. How romantic. Potem w moim domu on siada do komputera żeby puścić jakąś muzykę, a ja wyjmuję spod łóżka moją magiczną szkatułkę z syntetycznym szczęściem, sypię na szklanym stole w salonie po kresce i idę po niego. Nie pamiętałam jak ma na imię, więc subtelnie zagaiłam „hey, you” i wskazałam na nasze małe racje żywnościowe. Nie przyszło mi do głowy, że chłopiec nigdy nie miał do czynienia z nielegalnymi substancjami w proszku. Trochę się przestraszył, ale chciał spróbować. „That's the spirit!” ucieszyłam się i ściągnęłam swoją działę. On swoją głównie rozdmuchał po stole, bo nie wiedział jak to się robi. Następne już szły mu lepiej. Zabawialiśmy się do świtu, miałam akurat dużo koksu, który pomagał nam utrzymywać formę mimo dwóch butelek wina na łeb. On nieśmiały, spokojny, zachwycony. Musiałam chłopaka nauczyć miłości francuskiej. Szybko załapał, do tego stopnia, że doszłam dwa razy pod rząd. Kiedy zaczęło świtać byłam akurat na górze. Kiedy odezwały się pierwsze ptaki z parku obok, sięgnęłam ręką do tyłu między jego nogi żeby podotykać jego jąder, kiedy jest we mnie w środku. Uśmiechnął się i pokręcił głową. „No?” spytałam. „Yes” powiedział i widać było, że zaraz dojdzie. W tym stanie nie pamiętałam o gumie. Przynajmniej nie muszę się bać o jakiegoś syfa, takie niewiniątko na pewno jest czyste jak zła. Czeka mnie więc tylko paranoja ciąży, kupowanie testu w aptece i nerwowe oczekiwanie na okres. Ale o tym przecież w tej chwili nie myślę.
Tak się zaczął mój krótki romans, w którym byłam stroną bardziej doświadczoną i bardziej zepsutą. Na początku rozbrajał mnie kwiatami, pralinkami, nazywał mnie swoim sweetheart a raz kupił mi bransoletkę z turkusów. Bawił mnie cały ten romantyczny anturaż. Nie jestem jednak aż tak zdeprawowana jak de Valmont z Niebezpiecznych związków (ani nie mam takiego zeza jak Malkovich), więc kiedy Rafael zaczął patrzeć na mnie maślanymi oczami, musiałam jakoś delikatnie zainterweniować. Nie chciałam, żeby się chłopak zakochał, zaraz miałam wyjeżdżać, poza tym nie szukam niczego na stałe. Last but not least: te pełne powagi spojrzenia peszyły mnie – powaga jest dla mnie najmniej seksowną rzeczą ever. Jak jest poważnie, czuję się, jak na scenie, że trzeba się przedstawić i dygnąć i się ukłonić przy oklaskach. Od poważnych deklaracji, zobowiązań, wielkich słów i obietnic wole wino (freudowska literówka – napisało mi się, że wolę winę), skręta, dobry koks i dobry seks. Któregoś ranka po przyjemnej całonocnej sesji zapytałam więc, czy spał już kiedyś ze starszą kobietą. Spał. Ale nie była taka nice jak ja. To się rozumie samo przez się.
Po tej rozmowie o byłych kochankach, o najdziwniejszych miejscach, w których to robiliśmy (ja na balkonie w Operze Garnier, on w przebieralni w H&M), o fantazjach (ze skromności pominę szczegóły), o pierwszym razie (ja w wieku 17, on 20 lat) bystry Raf przestał mi kupować czekoladki. „I'm just your toy” mówił czasem, a ja przytakiwałam. Zaczęłam go nazywać toyboy, a on natychmiast skumał konwencję. Wyraźnie przestał liczyć na jakiś ciąg dalszy. Bawiliśmy się tak, jak wcześniej, w moim służbowym mieszkaniu. Seks, dobra berlińska kokaina kupowana przeze mnie od znajomego prawnika, wino sponsorowane przez firmę (nie wiem jak się wytłumaczę księgowości z tylu butelek), skręty załatwiane przez niego. Czasem u mnie sypiał, częściej jednak wyganiałam go do domu, w którym mieszkał z czterema innymi studentami geografii. Zdecydowanie lepiej śpi mi się samej.
Po dwóch tygodniach, kiedy wyjeżdżałam, chłopak był gotowy na to, żeby samemu deprawować małoletnie stypendystki Unii Europejskiej z dobrych domów. Polubił koks, zasmakował w dobrym winie, a w seksie był tak sprawny, że doprowadzał mnie do orgazmu w ciągu pierwszych piętnastu minut. Do pierwszego, ma się rozumieć, po którym przychodziły następne.
Ostatnią noc spędziliśmy więc najpierw na opłaconej moją firmową kartą kredytową kolacji w libańskiej knajpie. Potem poszliśmy na drinka do jeszcze do niedawna modnego klubu housowego, dziś już świecącego pustkami. Nieopatrznie zaostrzyli politykę antynarkotykową, przestali wpuszczać dilerów, co niewątpliwie przysporzyło im sympatii wśród policjantów i porządnych obywateli, ale bywalcy już w pierwszy weekend przenieśli się gdzieś indziej. Nie pomogły ani występy drug queens ani tanie drinki dla dziewczyn. W końcu wylądowaliśmy u mnie, dwie przecznice dalej. Na tę noc kupiłam dla nas 4 gramy koksu. Swoja drogą bardzo żałuję, że tych wydatków nie opłaca mi firma, kosztują mnie fortunę. Kochaliśmy się do dziewiątej rano (pieprzeniem tego nie można nazwać, było za delikatnie) we wszystkich możliwych pozycjach. Po moim piątym a jego trzecim orgazmie (nie ma to jak młodzi chłopcy nie popsuci chemią – dają radę o wiele lepiej niż ci doświadczeni kochankowie, którzy już po trzecim drinku maja problemy z erekcją) wykąpaliśmy się i mokrzy położyliśmy do łóżka. Chciałam się przespać dwie godziny przed podróżą.
Po obudzeniu wydawał mi się bardziej czuły niż zwykle. Dotykał mnie, patrzył, całował. Chciał iść na spacer do parku. Nie poszliśmy, bo za godzinę musiałam wychodzić żeby się nie spóźnić na samolot, a miałam się jeszcze spakować. Zaproponowałam mu quick fuck. Nie trzeba go było namawiać. Wyjątkowo skończył szybko, pośmialiśmy się z jego tempa, wypiliśmy ostatnie pół butelki i zeszliśmy do taksówki. Na tylnym siedzeniu położył mi głowę na kolanach i patrzył w oczy. Jechaliśmy półtorej godziny, w czasie których padło bardzo mało słów a dużo gestów. Och, jak słodko. Na lotnisku pomógł mi z bagażami, rozstaliśmy się przed bramką mówiąc sobie „do zobaczenia”, lecz nie precyzując kiedy. Nawiasem mówiąc nie sądzę, żebyśmy się jeszcze zobaczyli, zwłaszcza, że zostawiłam mu swój nieprawdziwy adres mailowy.
4.11.07
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz