26.11.07

gdański

Ostatnio musiałam spędzić miesiąc w Polsce. Wysłali mnie z pracy najpierw do Pragi, bo myśleli, że wyszkolę Czechów lepiej niż Holender czy Belg – dla nich Czechy i Polska to jedna Rosja. Na miejscu okazało się jednak, że nic z tego. Musiałam z nimi rozmawiać po angielsku (jak mówili do mnie po czesku to zwijałam się ze śmiechu, a to poważna firma), poza tym oni nie mają we krwi tej polskiej martyrologii kościelno-narodowej, którą u nas widać na zbolałej twarzy każdego obywatela po czterdziestce. Miałam się więc przenieść do Polski, żeby szkolić menedżerów wyższego szczebla z mojej ojczyzny. Już w drodze z lotniska do hotelu, jak patrzyłam z okna taksówki na tych smutnych kierowców co nie mają pojęcia o prowadzeniu, i tych chłopców w dresach, co mają pojęcie głównie o napierdalaniu alkoholu, spida i siebie nawzajem, już wtedy zrozumiałam, że to będzie ciężki miesiąc.

Rodzinie o swoim przyjeździe nic nie mówiłam. Koleżanki z Polski dawno już mają mężów, dzieci (niektóre nawet trójkę), stabilizację, jakieś ople czy toyoty, lepsze albo gorsze prace i zero czasu dla siebie. Nie bardzo mamy o czym rozmawiać, co widać nawet w tych rzadkich mailach, które wymieniamy przy okazji świąt albo urodzin. Te czasy, kiedy razem ćpałyśmy, podrywałyśmy chłopaków w klubach i chodziłyśmy z nimi do łóżka (tak, mam na koncie kilka czworokątów) dawno już minęły. Teraz panuje tu poprawność i tych czasów nie należy na głos wspominać. Spotykać się na kawę nie ma więc sensu.

Pierwszego dnia rano miałam konferencję z pracownikami i partnerami firmy, na której zanim mnie przedstawiono, wszyscy myśleli, że jestem z Holandii. Na przerwie na kawę podchodzili do mnie goście to z poznańskiego, to z krakowskiego oddziału, parami, jakby zbliżenie się do mnie w pojedynkę groziło śmiercią lub kalectwem, wszyscy podobni do siebie: grzeczne garnitury, banalne krawaty, zaniedbane fryzury, niby dobre marki, ale jednak przeciętne to wszystko i nie ma na czym oka zawiesić. I zaczynali łamaną angielszczyzną te swoje gadki o Holandii, o tym ile razy tam byli i gdzie i czy mi się w Polsce podoba. W życiu nie wyrwiecie żadnej Holenderki z takimi tekstami, chłopaki. Jak odpowiadałam po polsku, bo nie mogłam już słuchać tych ich wysiłków żeby coś po angielsku złożyć do kupy, to znikało całe napięcie i już swojsko zaczynali o Kaczyńskich, Tusku, układach, podchodach, o systemie i o tym jak jest ciężko. O tym, kto wygra taniec z gwiazdami. O tym, jak to wymienili sobie bagażnik u nieautoryzowanego dilera na czym zaoszczędzili całe trzysta złotych. Hilarious. Wspominali też, jak to na studiach w akademiku z kumplami palili trawkę, bo z tym im się Holandia kojarzy, a ja im się kojarzę z Holandią. Tylko skąd przyszło im do głowy, ze może mnie to interesować? Patrzyłam na nich (wianuszek takich stał dookoła) i myślałam, że jednak muzułmanie i żydzi mają rację, że nie jedzą świń. Od wieprzowiny się jakoś tak nieładnie tyje na twarzy, i ci wszyscy panowie, a także panie w garsonkach, 40-letnie kierowniczki, co jeszcze powinny przyzwoicie wyglądać, ale już zrezygnowały z dbania o siebie, już tlenione włosy, żylaki, różowe cienie do powiek (na konferencji, nie na bankiecie wieczorem), już zmęczenie życiem, choć jeszcze wciąż amerykański profesjonalny uśmiech i hej do przodu, więc wszyscy oni na twarzach szerocy, a dalej pomięci i nijacy, jak manekiny na wystawie Mody Polskiej. Rozglądam się bacznie, w końcu mam tu spędzić miesiąc i zależy mi na znajomościach, które go umilą, patrzę więc i oczom nie wierzę. Jak to możliwe, że już 30-latkowie mają brzuszki i łysiny? O jednym młodym z działu prawnego dowiaduję się, że jest zatrudniony, bo jest bardzo zdolny, a dopiero co skończył studia. Ma więc jakieś 25 lat, wygląda na 35. Gdyby nie pryszcze (panowie, czy nikt wam nie powiedział, że rewolucja seksualna była 40 lat temu i dziś wy też spokojnie możecie chodzić do kosmetyczki i nie będziecie posądzeni o homoseksualizm? Zresztą laski lecą na gejów, ale rozumiem, że to dla was wyższa szkoła jazdy. W każdym razie wiedzcie, że dbanie o siebie i heteroseksualizm nie wykluczają się.) więc gdyby nie te ropne wykwity na policzkach, wyglądałby jak mój 45-letni wuj: garnitur z lat osiemdziesiątych, ale nie że vintage i przymrużone oko, raczej pełna powaga, chłopaka po prostu nie stać na nic normalnego więc zaopatruje się w second handach. To ironia losu, bo właśnie tam można znaleźć najbardziej stylowe ciuchy, jeśli tylko wie się, co to styl. Do tego przetłuszczone i przydługie włosy, znowu nie tak, że świadomie jak chłopcy z britpopowych zespołów z lat dziewięćdziesiątych, co może mieć swój urok, nie, ten tu po prostu nie chodzi do fryzjera częściej niż raz na pół roku. Uważam, że gdzie jak gdzie, ale na prawie powinni robić jakieś wykłady z aparycji, stylu, pierwszego wrażenia. Gdybym była sędzią, ten koleś przegrałby u mnie każdą sprawę. Nie jestem, ale jak tylko podchodzi zagaić o sytuacji politycznej, od razu ma minusa za wygląd. Czyli przegrywa, bo u mnie już za jednego minusa dostaje się jedynkę.

No więc aż do przerwy na lancz wypatruję kogoś bardziej kolorowego, kogoś, kto by miał chociaż odrobinę stylu, kto trochę fajniej wygląda, z kim można by porozmawiać nie o telewizji, polityce i systemie gospodarczym, i z rozpaczą stwierdzam, że nikogo takiego nie ma. Po lanczu idę na przeciwko na kawę serwowaną przez przyjemnego młodego blondynka. Biorę filiżankę i siadam przy stoliku. Gapi się. Też się gapię. Kończę, wyjmuję z torebki karteczkę, na której piszę swój numer komórki, podchodzę do baru, podaję mu moją filiżankę i mój numer i wychodzę. Wiem, że zadzwoni.

Dzwoni pół godziny później, nie mogę odebrać, bo prowadzę akurat prezentację o tym, jaką zajebistą firmą jesteśmy i jak korzystna jest współpraca z nami. Nie nagrywa się, wysyła smsa. Czytam po godzinie: „Mam nadzieję, że kawa smakowała. Kolacja dziś? O 9 we włoskiej knajpie na przeciwko mojej kawiarni.” Dobry jest, pewny siebie. Nie odpisuję, ale postanawiam pójść do tej knajpy o dziewiątej, zwłaszcza, że jest jakieś trzy minuty od mojego hotelu. Cała reszta konferencji mija nudno: muszę odpierać ataki tych smutnych, brzydkich, otyłych gości z polskich oddziałów.

Wieczorem szybki prysznic, mała kreska na rozruch, fryzura, perfumy, strój wieczorowy, ale bez przesady – nie chcę wypłoszyć tego blondynka. Spóźniam się standardowe 20 minut. On siedzi przy niezłym stoliku w kącie, z daleka od kuchni i drzwi wejściowych. Pije wino. Jak tylko wchodzę, macha mi. Kelner za moment przynosi mi wino i menu. Dopiero jak jedzenie jest zamówione, przedstawiamy się sobie. Sebastian, lat 27, po sinologii, pisze książkę o swojej dwuletniej wyprawie do Chin (wrócił trzy miesiące temu) i dorabia w kawiarni. Cynik. Na szczęście nie zanudza mnie opowieściami z podróży, tylko pyta co ja robię i złośliwie komentuje. Oczywiście nie pozostaję dłużna, połowa moich znajomych ze studiów pisała „książki o podróżowaniu”, temat jest zgrany do spodu. Ale w sumie niegłupi jest ten chłopak i zadbany. Po jedzeniu mówię mu, że idę przypudrować nos. Uśmiecha się. Kuma.

Deseru nie chcemy, po kawie wychodzimy, i wtedy on wypala od razu z pytaniem, jaki mam towar. Mówię mu, że przywiozłam koks jeszcze z Holandii, dobry, nawet bardzo, pierwszy raz w życiu miałam z nim tak, że nie skończyłam swojej kreski, tylko zostawiłam sobie na później. (A kochankowie mi mówią, że jestem narkomanką! Hola, czy tak robią narkomani?) Chłopak się napala, bardzo chce spróbować, decydujemy więc, że idziemy do niego, 10 minut stąd.

Małe jednoosobowe mieszkanko, przyjemne, proste i przytulne, w salonie sofa i szklany stół. Podaję mu plastikową torebkę, on wyjmuje z portfela kartę i banknot (50 zł), sypie dwie tłuste kreski i natychmiast wciąga jedną z nich. Podaje mi pieniądz, ja wciągam drugą. Kręci w nosie, ale to zajebisty towar. Sebastian idzie do kuchni otworzyć wino, ja przeglądam jego płyty. Puszczam Peaches. On wraca z dwoma kieliszkami wina. Stawia je na stole, staje za mną i zaczyna wąchać i całować moją szyję. Alk i koks zrobiły swoje, zresztą chłopak mi się podoba, pozwalam mu zdjąć z siebie bluzkę. Kładzie mi dłonie na ramiona i prowadzi na sofę. Kładę się, on rozbiera najpierw mnie, potem siebie. Ładne ciało. Pasuje do mojego. Zaczyna mnie całować. Jak już jestem całkiem mokra, przestaje. Otwieram oczy, on siedzi nade mną uśmiechnięty. „Kreska?” pyta. „Jasne”. Mój człowiek. Podchodzimy do stołu, on sypie następne dwie kreski. Wciągamy. Bierze mnie za rękę (w drugiej ma dwa kieliszki wina, które stawia na stoliku przy sofie), kładzie mnie i wchodzi do środka. Nie można tego nazwać kochaniem się, raczej ostre rżnięcie, pieprzy mnie jak przykładny samczyk samiczkę w rui. Spadamy z sofy na podłogę, rozlewamy wino, ale to nam nie przeszkadza. Miotamy się po zalanym winem dywanie. Potem wchodzimy z powrotem na sofę, ja przodem do ściany na kolanach, on za mną. Rżnąc mnie od tyłu charczy mi do ucha "podoba ci się?". Widzi, że to uwielbiam. Nie muszę odpowiadać, wie, że tak, czuje mój orgazm. Odwraca mnie z powrotem na plecy i po chwili spuszcza mi się na brzuch. Pada na mnie, całuje moją twarz i szyję. Daję mu chwilę na te czułości, po czym wstaję, ubieram się, pakuje swoje zabawki i wychodzę.

Wracając do hotelu odszczekuję w myślach wszystko, co myślałam o Polakach wcześniej. To tylko jakaś polityka naszych HR-ów, żeby zatrudniać samych podstarzałych trzydziestolatków. Gdzie indziej zdarzają się fajne egzemplarze i wygląda na to, że ten miesiąc nie będzie jednak taki zły.

22.11.07

list

Ostatnio szczególnie rozbawił mnie list od mojego ojca. Tatuś zawsze miał nieadekwatne loty, ale tym razem wykazał się złotym strzałem.

Wpadł mu w rękę kolejny amerykański bestseller o uzależnieniach, wyprodukowany przez jakiegoś poprawnego pedała. Pisze tak przystępnie, że nawet mój papa skumał wreszcie podstawowe aspekty upadlania się wódką, kreską, kółkiem i krzyżykiem. Olśniony postanowił napisać do swoich pociech List.

Jest nas troje. Ja najmłodsza, nade mną starsza siostra, nad siostrą brat. Siostra mieszka pod miastem i uprawia rolę korpożony, matki i kochanki, a bro wyjebał z kraju jakieś pięć lat temu, po skończeniu liceum, i szlaja się po plantacjach truskawek ETCETERA. Wybrali sobie te role doskonale, bo rodzice uważają, że chłopak może, a dziewczyna nie. Moje picie jest jak szlagier, znane i wyeksploatowane, ale reszta mojego brotherhood bawi się dokładnie w te same klocki.

Siostra jak to kobieta ambitna i Polka, nigdy niczego nie zawala. W swojej korpo pierwszy awans dostała w wieku lat 27 po przepracowaniu dwóch lat. Jedzie po całości, zgarnia wszystkie premie na planszy, kości zawsze wypadają na sześć i sześć. W ramach koszenia pionków, wyhaczyła także dobrze ustawionego kolesia, z którym się pobudowała i pomnożyła jak partia przykazała. Jej dzień nie dzieli się jednak na ranek w domu, dzień w biurze, popołudnie w korku i na zakupach, wieczór z rodziną na swej roli, ale na
a. antycypację odpuszczenia
b. odpuszczenie.
Punkt a zawiera realizację wszystkich oczekiwań, którym obarcza ją bóg honor ojczyzna. W punkcie drugim zaś siora odpuszcza sobie wszystkie winy winem chryste panie pobłogosław ją nam amen. Wiadomo, w pracy kontrola, potem stary, młody, dom. Stary już nie taki zainteresowany seksem, bo stary, choć jeszcze przed kryzysem wieku średniego, a i nie taki interesujący, bo zrobił ją matką, a to dla kobiety priorytet ponad podziałami seksualnymi. Młody zasypia ok. 20tej, więc w gruncie rzeczy po opędzeniu z mężem jakiegoś filmiku na DVD, siora mogła opuSZCZAĆ na rodzinę i schodzić do podziemia. Nie, nie, to nie przenośnia. Mają w piwnicy taką jakby biblioteczkę połączoną z winiarnią. Siora uczyła się tam, gdy robiła podyplomowe, żeby wzmocnić swoją pozycję na rynku pracy. Małe biureczko, sofa, półki z winami. Przebrana w dżinsy i bluzę spada jednak CODZIENNIE o niebo niżej niż do piwnicy. Najpierw było jej trzeba pół butelki wina, żeby spokojnie zasnąć, po pół roku - całej, a teraz doprawia butelkę małym drinkiem, a do wypicia butelki wystarcza jej jakaś godzina bezmyślnego klikania w swój korpolaptopik. Po pozbyciu się resztek świadomości zwleka się, pełznie do sypialni i natychmiast zasypia.
Wiem, bo mieszkałam u niej ponad miesiąc po tym jak wyszłam z pierwszego odwyku. W życiu się nie nasłuchałam tylu banałów. Jej się wydaje, że jak korzysta tylko z legalnego dragu to jest ode mnie lepsza. Pierdolona hipokrytka.

Brat trochę przedawkował Chomskiego i postanowił zanegować swoją obecność w SYSTEMIE. Stwierdził, że zamiast studiować książki, będzie studiował ŻYCIE I KOBIETY. A co za tym, czy też przed tym, idzie - wino. Wszystkie dorywcze prace, których się łypał, były niezbyt wymagające intelektualnie, mógł więc codziennie resetować się naprawdę hardkorowo. Nasza matka nie dała mu w okresie dorastania wytycznych na jakikolwiek temat (zimna, zblokowana), więc chłopak miotał się także na polu miłosno-seksualnym. Znaczy miota się, cały czas. No i tu wino: śpiew, pięknie nagle i niezagrażająco i wszystko będzie dobrze, istniejemy tylko tu i teraz, funkcjonujemy w równoległej rzeczywistości, nie boimy się rwać dup. Fajnie. Nie powiem, bo sama się tam bujam, tylko, że jemu się podobno wątroba nadpsuła. Boli. Nie wiem tu za dużo, bo brat zlewa nas (też bym nas zlewała) (też nas zlewam) i się nie zwierza mamuni, tatku i siostrzyczkom jakie tam nowe kuku z wiekiem przyszło mu nosić. Natomiast jako wyjątkowo bystra szpryca, wykumałam jego najlepszego przyjaciela, który kursuje pomiędzy nim a nami i mam wywiad. Wciąż trawi braciszka relatywizm i niewiara. Nie może przeboleć trwogi egzystencjalnej, a do tego jeszcze pałuje się perfekcjonizmem i chorymi ambicjami, co w kontraście z absolutnym brakiem dokonań musi być faktycznie bolesne. No i jego przyjaciel opowiada mi jak imprezują, jak ładują laski, jak jest pikantnie i libertyńsko i jak się robi chujowo, gdy przestaje. Że nie może spać, że robi się nieśmiały, spanikowany, sparaliżowany. Wcale nie jest mi go szkoda, mimo że niby kiedy to wszystko piszę? W nocy, jest czwarta rano, nie mogę spać, bo na antybiotykach jestem i nie wypiłam ani minilitra alkoholu dzisiaj. Pierdolony koszmar, z którym nie chce nam się walczyć. Och.

No i w tym kontekście uroczy był list od starego, w którym przybliża nam wnioski autora książki, a na końcu proponuje, żebyśmy starali się nie pić W KAŻDY WEEKEND, a jeśli możemy to robili sobie raz na jakiś czas MIESIĄC przerwy, choć najlepiej CZTERY. CZTERY MIESIĄCE. To jakieś 120 dni. Mój rekord wynosi jakieś cztery. Zawsze mogę powiedzieć, że pomyliłam legendę.

13.11.07

ojciec i syn i duch święty

Od miesiąca sypiam z Michelem, mimo że od początku wiedziałam, że ma kogoś w Paryżu. Bezczelny gnój, jest bowiem młodszy ode mnie, wziął mnie sobie, podebrawszy poprzednikowi i dzięki bogu. Gdybym miała spędzić dwu i pół miesięczną palcówkę w łóżku z Philippem, to byłoby to naprawdę smutne zesłanie.

Michel jest świetnym kochankiem. Bardzo umiejętnie łączy czułość ze zwierzęcością. Lubi to robić. Twierdzi, że najlepszą kochanką dla niego byłaby nimfomanka, bo on mógłby to robić cały czas. Poza tym przystojny z najwyższej półki. Lalka. Szlachetne rysy twarzy, kształt ciała, kolor skóry. Doskonale się porusza, zgrabnie. Silny. Cały jest seksualny.

No więc myślałam, że raz pójdziemy do łóżka i tyle. Ja nie szukam źródła utrzymania, on - drzewa syna domu. Idealnie dobrani nie tylko pod względem partnerstwa w urodzie. Jednakże po tym jednym razie on dzwonił codziennie i tak trwa to pieprzenie very high quality standard ponad cały miesiąc - sauna, prysznic od jacuzzi, biuro, basen, wysokie napięcie chłodni restauracji na promie do Kopenhagi, łóżka, podłogi, glazura, terakota, dywany. Tak się zrobiło nieomal związkowo, gdyby nie fakt, że mój kochanek ma już jedną narzeczoną.

W któryś piątek ja, Michel, jego najlepszy przyjaciel Nico oraz ojciec Michela - Jean, poszliśmy do sushi klubu w centrum miasta. Jean umówił się tam z całkiem bystrą, ale zupełnie nieciekawą babką, lat ok. 40. Z kopyta zaczęliśmy od wódki z tonikiem. Sącząc i szybko nawalając się, rozmowa schodzi na seks. Pytam Michela o rożne rzeczy, bo, mimo iż młodszy, jest bardzo doświadczony. Bełkoczemy już trochę, gdy zagaduję o trójkąt. Okazuje się, że mistrz nigdy nie spał z dwiema osobami na raz. Wykrzywiam się w zdziwieniu. Pyta, czemu pytam, ja że nie, nic, tak tylko, ciekawość. Patrzy na mnie, potem na Nico, potem znów na mnie i pyta co myślę o Nico. Ja, że bardzo go lubię, jest mi bliski.

40tka idzie do domu. Jean i tak by jej do siebie nie wziął. Powiedział mi później, że jej zapach kompletnie go odrzucił. Śmierdziała dla niego. Wracamy do ich wspólnej ogromnej willi. Michel idzie dokonać toalety, potem ja. Wychodzę z łazienki, idę do jego sypialni i nie znajduję go. Zaglądam do Nico, a Michel właśnie się rozpędza i rzuca jak nastolatek na jego łóżko. Ja za nim trącona nagłym instynktem grupowym. Chichramy się jak dzieci, leżymy, ja w środku, scalając najlepszych przyjaciół. Zaczynamy się z Michelem całować i tak jakoś wychodzi, że ocieram się tyłkiem o Nico. Nico mówi:
- Nie no, Eve, podniecasz mnie, dajcie spokój.
Mruczy. Zaczyna mnie głaskać. Rozbiera z resztek. Całuje w plecy, na których mnie za chwilę kładzie i zaczyna lizać mi cipkę. W międzyczasie Michel klęka nade mną i zaczynam robić mu laskę. Nico zaskakuje mnie wprawnością swojego języka, trzy dwa jeden i mam pierwszy tej nocy orgazm. Nico podnosi się, a następnie moje biodra i zaczyna wsadzać się we mnie. Ja wciąż ssę Michela. Potem się zmieniamy. Robię laskę Nico, a Michel wchodzi we mnie. I tak się bawimy do szóstej rano w różnych konfiguracjach, aż Michel zajebiście nakręcony tą sytuacją, zanosi mnie do swojego pokoju. Nico chce się wkręcić i kontynuować nasz układ, ale Michel odsyła go do siebie, mówiąc, że teraz jestem tylko jego. Kładzie mnie na podłodze na brzuchu i znów we mnie wchodzi i jest namiętny jak diabli. Jak zawsze. Podoba mi się. Zostajemy na tej podłodze, całujemy się i bujamy we wszystkie strony do siódmej, żeby potem przysnąć na dwadzieścia minut, zwlec się do samochodów, spóźnić do naszych prac i umierać cały dzień kompletnie nieprzytomni.

Przy okazji następnego spotkania Michel subtelnie sugeruje, że moglibyśmy to zrobić jeszcze raz. Najwyraźniej wszystkim się podobało. Nico szczególnie sobie docenił robienie mu przeze mnie laski, co mi się wydało bardzo sympatyczne. Tymczasem sypiamy znów we dwójkę. Po bożemu.

Parę dni później zostajemy wszyscy zaproszeni na domówkę znajomych taty Michela. Przybywamy, szampan. Ogród. Michel mówi, że nie pije, coś mi więc zaczyna natychmiast śmierdzieć. A potem mówi, że musimy po imprezie porozmawiać. Pytam, czy wszystko ok. On, że tak tak. Jakoś tak dziwny mi się wydaje, więc pytam, czy to chodzi o sprawy intymne, bo to w sumie jedyne co nas łączy. On zaciąga mnie w kąt i mówi, że tak, ale nie chciał mi psuć imprezy. Teraz jest już za późno. Musi gadać. Mówi, że ma rzeżączkę i że sypiał tylko ze mną - ahaś - więc to muszę być ja, ale żebym się nie martwiła, on wie, że u kobiet często jest bezobjawowa i że on wie, że jakbym ja wiedziała, to bym mu powiedziała natychmiast i byśmy wtedy używali gumek. Michel mówi, że kupił i bierze już antybiotyki, dlatego nie może pić. Kupił też opakowanie dla Nico i dla mnie. No i najgorsze, że jak pojutrze pojedzie do domu na dwa tygodnie to nie będzie mógł się kochać ze swoją dziewczyną, bo zakaz seksu na dziesięć dni. I wyjdzie, że nie był wierny. Och jej. Odczuwam niespecjalnie zawstydzające zadowolenie i wydaje mi się, że jednak stało się to za moim zaczarowanym dotknięciem jego różdżki..

Cała trójka łyka więc antybiotyki. Czwórka. Jean też, po tym jak spał bez gumki z jakąś chińską nieletnią prostytutką.

Michel wyjeżdża. Mój kontakt z Ekipą urywa się do czasu telefonu Jeana, że jakbym chciała zjeść z nim obiad lub kiedykolwiek zostać na noc u nich w domu, to nie ma problemu. Wystarczy jeden telefon.

Uznaję to za bardzo miłe i za parę dni umawiamy się na obiad. A potem za kilka dni na kolejny. Gotujemy razem, jest bardzo miło, oglądamy jakiś film na DVD, pijemy gin i whisky. Nawalamy się, wchodzimy w fazę tańców w jednym z dużych pokojów. Przypominam sobie, że przed przyjściem tu byłam na zakupach. Proponuję więc Jeanowi, że może chce zobaczyć co kupiłam. Na mnie. Robię mu więc prywatny pokaz do muzyki. Najbardziej podoba mu się biała półprzezroczysta koszula, którą zakładam na gołe ciało do szortów Esprit. Sięgam po butelkę, aby top up our drinks. Grzebiemy w barku z alkoholem. Jean przechyla się w moją stronę i zaczynamy się całować. Całuje zupełnie inaczej niż jego syn.

Proponuje kąpiel w jego łazience. Idziemy do niego do pokoju. Rozbiera mnie powoli, z salonu na dole dochodzą dźwięki Buena Vista. Gdy jestem już zupełnie naga odsuwa się na krok i patrzy na mnie. Patrzy. Potem odwraca mnie i prowadzi do wanny, gdzie nalewa się odkręcona przez Jeana gorąca woda. Wchodzę do niej. On każe mi usiąść, oprzeć się i zamknąć oczy. Zaczyna mnie myć. Stopy. Uda. Wysoko. Dokładnie.
Biodra. Brzuch. Dłonie. Piersi. Szyja. Głowa. Gdy nakazuje mi wstać, wciąż mam mieć zamknięte oczy. Nie wyciera mnie. Wracamy do sypialni. Kapie ze mnie. Kładę się mokra na brzuchu na jego łóżku. On osusza mnie trochę prześcieradłem. Bierze cynamonowy olejek eteryczny. Wmasowuje w dłonie. Ślizga się po moich plecach. Ramionach. Dłoniach. Głowie. Tyłku. Nogach. Stopach. Znów zagląda do mojej wciąż mokrej cipki. Wkłada palce. Wyjmuje. Wkłada. Wyjmuje. Drażni się, drań. Kładzie się na mnie i zaczyna mnie pukać. Ma o wiele mniejszego niż Michel. Z drugiej strony Michel ma bardzo dużego, więc bóg raczy wiedzieć, czy szklanka jest do połowy pusta, czy pełna.

Rano budzimy się i podwodzi mnie do pracy. Jak dobry opiekuńczy ojciec.

Za parę dni idziemy znów do tego modnego klubu. Znów pijemy wódkę. Jean nawala się i proponuje, żebym została dłużej niż na te dwa miesiące, że on mnie będzie sponsorował, a ja mam robić co chcę. Zrobię co zechcę - ba. Potem wstawia mi tekst, że jestem "piękna fizycznie, piękna mentalnie, i że tylko muszę być bardziej twarda" (?!). Dziękuję. Wuju. Przedstawia mi tego wieczoru jeszcze kilka lukratywnych scenariuszy przyszłości. Wracamy do domu Jeana razem z Nico, który jest z nami w klubie. Nico odłącza się od nas i jedzie po swoją afrykańską kochankę, z którą spędzi tę noc. Ja i Jean idziemy do łóżka, znów obsypuje mnie komplementami, mówi jaka to jestem przepiękna i chyba tak faktycznie myśli, bo potem dochodzi we mnie dwa razy.



Michel zabawia się być może teraz właśnie ze swoją pierwszą laską, a ja analizuję ostatnie wydarzenia pod kątem rachunku prawdopodobieństwa i ryzyka zarażenia wirusem HIV. Michel ze swoją dziewczyną sypia bez gumek, poza tym twierdzi, że tu spał bez gumki tylko ze mną. OK. Nico. Ma żonę w domu, kochankę z Afryki na miejscu, sypia z prostytutkami (z gumką, bez?) i innymi okazjami. Jean. Od ostatniego testu na HIV, tylko z prostytutkami, bez gumki. Ja. Od ostatniego testu tylko trzech kochanków. Z pierwszym z gumką, z drugim bez, ale bardzo niskie ryzyko, porządny chłopak, z trzecim też bez, ale też raczej porządny. Wesoła gromadka.

A zapomniałabym. Jeśli jestem w ciąży z Jeanem to urodzę brata lub siostrę mojemu kochankowi. Przynajmniej wszystko w rodzinie, wszystko w rodzinie.

10.11.07

londyński

Piątkową noc spędziłam z Markiem. To 33-letni prawnik z Walii, którego poznałam tydzień wcześniej na offowym koncercie. Bywam na takich, traktuję je jak kontrapunkt dla firmowych imprez z szampanem, ostrygami i najebanymi menedżerami wyższego szczebla. Mark to jeden z tych ambitnych typów, co to przed trzydziestką mają wrzody żołądka, przed czterdziestką pierwszy zawał, a przed pięćdziesiątką stają się udziałowcami w swojej prawniczej firmie. Poza tym mają ukończony Harvard albo Yale, uprawiają sporty ekstremalne typu skoki na spadochronach albo podrywanie takich lasek jak ja, jeżdżą zajebistymi samochodami, mają tatuaże, których nie widać spod garnituru, świetną kondycję wypracowaną na siłowni opłacanej przez firmę, a w weekendy ubierają się w białe obcisłe bluzki od Kalvina, bo w Playboyu przeczytali, że to klasyk co nigdy nie wychodzi z mody. Tak ubrani chodzą do klubów, gdzie piją wódkę z red bullem i wciągają koks w przytulnych klubowych łazienkach, dzięki bogu za półeczki w toaletach. Zostawiają tam tysiące euro miesięcznie, przez co szybko zaliczają się do kategorii stałych klientów, wtedy zapraszani są do VIProomu, gdzie dzielą kreski swoimi złotymi Visami na lustrzanym stole, a właściciele klubów są w stanie przymknąć oko na ślady białego proszku walające się po dywanie. You get the idea. Ten typ lubi dużo i mocno. Ja też tak lubię, więc dobrze z Markiem trafiliśmy. Tydzień temu po półgodzinnej gadce o ambitnych artystach sceny elektronicznej poprosił mnie o numer telefonu, w środę spotkaliśmy się w knajpie w Docklands na lancz, a wczoraj w nocy byliśmy ustawieni na klubowo narkotykową noc. On miał załatwić koks, ja miałam po prostu świetnie wyglądać, żeby mógł się popisać mną przed znajomymi. Czyli nie musiałam robić nic, bo zawsze wyglądam świetnie. Po takiej właśnie nocy z alkoholem, kokainą, seksem na stojąco w ciemnym kącie sceny zatłoczonego klubu a potem powtórką u niego w domu wstajemy w południe. Śniadanie, seks pod prysznicem. Chcę dziś coś porobić, gdzieś pojechać, ustalamy, że jedziemy do Brighton na obiad. Pyta mnie, czy chcę, żebyśmy byli sami (dobre sobie, czy my jesteśmy zakochaną parą, żeby chcieć spędzać czas we dwójkę?), czy może zaprosić swojego kumpla i jego laskę. O Chrisie wiem, że puszcza się ze wszystkimi, o niej, że lubi też dziewczyny. „Pewnie, pojedźmy we czwórkę” mówię.

Godzinę później spotykamy się z Chrisem i Jude. Chris to praktykant z firmy Marka. Jest przystojny, podobny do Keanu Reeves'a, wygląda na jakieś 35 lat, w rzeczywistości ma 25 i jak tylko otworzy usta okazuje się, że jest zupełnym dzieckiem. Co weekend wypija dużo alkoholu, ćpa dużo narkotyków i pieprzy dużo dziewczyn. Jego obecna laska (Mark zdziwiony informuje mnie, że ta trzyma się już dwa tygodnie i że to jest rekord) to 22-letnia Angielka, ładna ładnością przeciętną, zgrabna i niezbyt rozgarnięta. Studiuje jakąś socjologię czy równie bezsensowny kierunek, aktywistka, krzewicielka doktryny Naomi Klein, ogląda te wszystkie dokumentalne teorie spisku o 11 września ściągane z netu i się nimi emocjonuje, oczywiście ma dredy i kolczyk w wardze, pracuje w jakiejś fundacji, nie je mięsa, cliché. Nie wiem jak tych dwoje ze sobą rozmawia, on wyznawca Microsoftu, Hewlett Packarda, Ipoda i zwiększania produktu krajowego brutto, ona antyglobalistka bojkotująca wielkie korporacje. Ciekawe, czy używają durexa czy jakiegoś lokalnego niszowego producenta prezerwatyw z trzeciego świata.

Ale OK, jedziemy we czwórkę na lancz, może być wesoło. Pytam Marka, czy da mi poprowadzić swoją alfę. Przyjemne autko. Na szczęście nie jest jednym z tych samolubnych maniaków, którzy traktują samochód jak swoją kobietę i nie dają innym go dotknąć. Prowadzę całą drogę do Brighton, słuchamy jakichś smutnych grajków z gitarą, palimy skręty skręcane przez Chrisa na tylnym siedzeniu. Mark co jakiś czas mówi mi, żebym zwolniła, mi się świetnie jedzie, trunk road jest wygodna, można się pobawić.

Na miejscu idziemy na lancz. Przy sąsiednim stoliku siedzi rodzina Włochów, są strasznie głośni. Kłócą się coraz bardziej, wygląda, jakby się mieli zaraz pozabijać. „Oni po prostu ustalają, co będą jedli na kolację” mówi Chris i opowiada o włoskim temperamencie, który poznał, kiedy mieszkał przez pół roku w Rzymie. Siedzi na przeciwko mnie i uśmiecha się do mnie. Patrzę na niego zza moich ciemnych okularów, też się uśmiecham. Nie interesuje mnie jako facet, ale w końcu mały flirt jeszcze nikomu nie zaszkodził. Jego dziewczyna siedzi na przeciwko mojego kochanka i też próbuje go uwodzić. Prosi go o numer telefonu i mówi, że powinien wpaść obejrzeć jej płyty. Co za tani tekst. „If you're lucky” odpowiada Mark i łapie mnie pod stołem za kolano. Jest wesoło. Wszyscy jesteśmy zepsuci, wszyscy myślimy o jednym, młodzi, piękni i nieodpowiedzialni.

Jedzenie jest tu pyszne, wypiliśmy też dwie butelki białego wina. Po lanczu idziemy na kawę, Mark mnie obejmuje, chociaż wcześniej mówił, że nie lubi publicznego okazywania uczuć. Ja też nie, odsuwam jego dłoń z mojej talii. To, że się ze sobą przespaliśmy, nie znaczy, że może mnie obściskiwać na ulicy. Zapalam jointa, puszczam go w obieg, podchodzę do Chrisa, żeby mu go podać. Zamieniamy się – mój kochanek idzie z Jude, która bierze go pod rękę, a ja obok Chrisa. Zakręcamy w boczną uliczkę i znowu zmiana par: tym razem Judy bierze mnie pod rękę a chłopaki idą razem przed nami. Wino i marihuana ośmieliły mnie i znając odpowiedź pytam ją, czy to ona całowała się z moją koleżanką na imprezie tydzień wcześniej. Potwierdza, nie patrzy na mnie, jest skrępowana. „Słyszałam o tej akcji” mówię jej, a ona robi się czerwona. Mam fun w zawstydzaniu tej laski. Wchodzimy do kawiarni, nad kawą latają żarty o seksie. Nikt nie chce deseru, a przynajmniej nie takiego, jaki tu mają, więc wracamy do samochodu. Nie mogę prowadzić z powrotem bo piłam wino. Siadam obok kierowcy. Mark siedzi za kierownicą i kładzie mi dłoń na udzie. Głaszcze. Jest bardziej nieśmiały niż zwykle, bo trzeźwy. Kiedy docieramy do Londynu jest już całkiem ciemno.

Oni idą do knajpy, ja wracam do domu. Zostawiłam ich we trójkę, ciekawe, co z tego wyniknie. Za dwie godziny dzwoni pijany Mark, że jego diler jest niedostępny i czy mogę załatwić coś od swojego. Włącza mi się tryb siostra miłosierdzia i mówię „OK”. Dzwonię w dwa miejsca, jeden gość może mi dowieźć koks za pół godziny. To znaczy, że będę musiała podjechać do nich żeby go dostarczyć. Matka miłosierdzia mode on, zorganizowana i uczynna. Zakładam mój klubowy outfit, perfumy, makijaż. Diler jest punktualny, garnitur, wymanikiurowane paznokcie, kulturka, zaprasza mnie jutro na kawę. Odmawiam. Wsiadam do taksówki i za chwilę jestem w klubie. Moja wesoła gromadka siedzi w VIProomie, cała pijana trójka głośno cieszy się na mój widok, ekstatyczne okrzyki stają się jeszcze głośniejsze kiedy wyjmuję z torebki mniejszą torebkę. Jedziemy. Piję dżin z tonikiem. Oni są parę długości przede mną, Chris zaczyna bełkotać, wypytuje się mnie o moje relacje z Markiem, który z kolei wyciąga Jude na parkiet. Znikają za kotarą, Chris zaczyna się do mnie dobierać. „Myślałam, że jesteście z Markiem przyjaciółmi” mówię zdejmując jego dłoń z mojego kolana. Zaczyna mnie gorączkowo przepraszać. OK, zażyjmy kreskę pokoju. Jemu sypię podwójną, najwyraźniej tego potrzebuje. Za chwilę wraca Mark z Jude, przytuleni, roześmiani, chcą wracać do domu. Dołącza do nich Chris i wszyscy zgodnym chórem namawiają mnie na orgietkę u Marka. Nie mam na to ochoty, oni są zbyt pijani, poza tym ani Chris ani jego zdredowana laska kompletnie mnie nie kręcą. Oddaję im połowę towaru, całuję się z języczkiem na pożegnanie z każdym po kolei, mówię „have a nice fuck, everybody” i znikam. Nie tak łatwo mnie przelecieć, panowie i panie, trzeba się dużo bardziej postarać. Rano mam 22 nieodebrane połączenia od Marka. Wydzwaniał całą noc, no tak, beze mnie to nie to samo. Ale nie jestem aż taką siostrą miłosierdzia, żeby bzykać się z każdym, kto tego chce. Zwłaszcza, że chcą tego wszyscy.

7.11.07

ocean

Paul poszedł do Ocean wcześniej. Ja jeszcze przebrałam się kilka razy i posłuchałam na full muzyki elektronicznej, której nikt z moich obecnych współlokatorów nie docenia. Wyjątkowo zrobiłam sobie makijaż. Gdy przyszłam, siedział w piździe otoczony wianuszkiem nieznanych mi dzieci płci żeńskiej aspirujących do pozycji Kobieta. Luke i Steve stali natomiast przy barze wraz z tym wiecznie zdołowanym oraz z jakimś nieznanym mi postawnym kolesiem. Postanowiłam nie uderzać do Paula, żeby go nie przyduszać swoją obecnością, a tak naprawdę wykorzystać tę sytuację na przyjrzenie się z bliska Postawnemu. Mysz grasuje.

Ów, przysięgłabym, Michael Madsen, okazał się Irlandczykiem o imieniu Duncan. Gdy tylko dowiedział się, że jestem Polką, zapytał, ścinając mnie całą rozmazanym wzrokiem, czy nie znam jakiś dobrych hydraulików. Doceniłam ten performens. Poprzyglądał się jeszcze trochę, posłuchał i doszedłszy do wniosku, jaka to ja jestem zajebista laska, zapytał:
- To co jest na rzeczy między tobą a tym Francuzikiem? To twój chłopak?
Zdziwiła mnie jego dogłębna znajomość mojej sytuacji osobistej, więc pytająco spojrzałam na Luka, który się trochę zgasił speszony. Poczuł się chyba w obowiązku odpowiedzieć za mnie na to pytanie:
- Annie jest na to zbyt kosmopolityczna.
Skutecznie się podlizał. Pociągnęłam więc wątek bełkotem o wolności i tym jak koncepcja związku zakłada posiadanie się nawzajem dwójki ludzi, co z definicji nie jest możliwe, bo nikt nikogo posiadać nie może, więc nie, nie mam chłopaka.

Paul zobaczył mnie, pomachał, a potem idąc do kibla zagadnął.
- Pomalowałaś oczy.
- No tak, mówiłam ci, że miałam ochotę.
- Więc tak wyglądają twoje rzęsy.
Buc.

Gadamy z Duncanem o operacjach plastycznych, opowiadam mu o ohydnych przypadkach, z którymi spotkałam się na swojej ścieżce zawodowej, inteligentnie sprowadzając rozmowę na tematy cielesno-seksualne. On natychmiast to łyka i na przykład gapiąc się na moje cycki, mówi, że moje by nie potrzebowały żadnych poprawek. Doceniam jego subtelność, skromnie potwierdzam i macham widocznymi rzęsami.
Do baru przeciska się łysy wysoki Amerykanin w białej koszuli i okularach, taki trochę zmodyfikowany Kraftwerk. Duncan zagaduje go, za chwilę pojawia się jego hiszpańska laska, która za godzinę, totalnie najebana, będzie rzucać się na szyję zniesmaczonemu Lukowi, podczas gdy Kraftwerk stać będzie dwa metry obok niej z doskonałym na nią widokiem. Ale to nas nie interesuje za bardzo.

Krąg Paula i mój łączy się w zatłoczonym Ocean. Luke mówi martwiącemu się o swój powrót do domu Duncanowi, że nie ma mowy, żeby dziś wracał i to jeszcze samochodem, będzie spał u nas i już. OK, OK, to mi się podoba, nie muszę z niczym wychodzić, żeby z nim wyjść.

Zaczynam się trochę słaniać. Duncan rośnie mi w oczach, jest zajebiście prosty, ale za to wysoki, umięśniony, męski. Mam ochotę go zabrać i się za niego, mimo że Buc jest teraz na tapecie i nie chcemy przecież żadnych nieprzyjemności. Bezmyślnie wypijam kolejny po ostatnim kieliszek wina białego, oświadczam, że idę, on że ze mną, ja że OK i wychodzimy z Ocean.

Duncan bierze prysznic, bo po pracy jeszcze nie był w domu. Potem daję mu jeść, na wszelki wypadek, gdybym jednak zdecydowała się z nim przespać. To taki typ, co przez żołądek do żołędzi. Zaczyna się dopytywać o co tu w ogóle chodzi, gdzie kto śpi.
- No więc tam jest mój pokój, ale ostatnio śpi w nim Luke. Tam śpi Steve, a tu jest pokój nieobecnego teraz znajomego, który zajmuje Luke, ale w tej chwili ja tam sypiam z Paulem, bo tu można swobodnie uprawiać seks. A tu jest sofa, na której ty będziesz spał.
Nie wiem czy coś z tego zrozumiał, ale sugeruje, żebyśmy się bzyknęli zanim wróci Francuzik. Nawet mam ochotę, ale wizja bycia przyłapaną, ku zaskoczeniu publiczności, schładza mnie i proponuję rundkę łapek.

Po umyciu zębów całuję go w usta na dobranoc i na złość, a potem idę do siebie.

Dwie godziny później wracają napierdoleni Paul i Steve. Paul uwala się koło mnie i natychmiast odpada. Kolejne dwie godziny później budzi mnie stereo chrapanie dochodzące z sofy oraz zza moich pleców. Szturcham i gadam do Paula, ale ten jest zawieszony gdzieś w kosmosie. Zero kontaktu. Przeklinam całą jebaną płeć męską i siebie i modlę się o jakieś wydarzenie, które przerwie ten pierdolony koszmar.

Świta. Kontempluję swoją bezsenność wywołaną przez tych sadystów, gdy zaczynają docierać do mnie jakieś niezidentyfikowane dźwięki. Postanawiam podążyć za nimi, zlokalizować i zlikwidować. Nos prowadzi mnie do mojego własnego pokoju, w którym napierdala radio i w którym nie ma Luka, a byłam święcie przekonana, że jest i nie ma ucieczki przed chrapiącymi dziadami, chyba że uwalę się w wannie. Wyciągam z kontaktu wtyczkę radia i budzika jednocześnie, zakopuję się pod kołdrą w cudownej ciszy i przekonaniu, że tam na górze Jan Paweł odwala dla Polaków dobrą robotę.

Budzi mnie Duncan, który próbując kilku kluczy w celu wydostania się z mieszkania, złamał jeden w zamku i nie może wyjść. Rozwiązuję jego problem pokazując mu wyjście ewakuacyjne. Przez okno w kuchni. Wychodzące na studnię kamienicy. Trzeba tylko duży krok nad dwoma piętrami ciemnej przestrzeni i jest się na klatce. Facet jest zwinny, motywuje go samochód pozostawiony w dniu wczorajszym na płatnym parkingu, dziękuje za wczorajszy obiad i znika.

Wracam do łóżka. Zasypiam. Budzi mnie (kurwa mać) Paul i Steve, żeby mnie poinformować, że drzwi się nie otwierają. Really? Mówię:
- No tak, Irlandczyk musiał wyjść przez okno.
- Jaki Irlandczyk? - pyta Paul.
- No kolega Luka.
- Przez okno? Które tu jest piętro?
- Nie przez TO okno. Okno w kuchni nad studnią.

Paul przeprasza za chrapanie i zbiera mu się na żarty.
- A co ty jakiś kolesi sprowadzasz do domu?
- Przecież to kolega Luka. Wyświadczyłam mu tylko przysługę.
- Chyba zapominasz, że jesteś moją własnością i nie wolno ci.
Ha ha.

Steve dzwoni do Francis, która zaraz zjawia się pod TAMTYM oknem, gdzie zrzucamy jej klucze. Wchodzi do klatki od drugiej strony i ratuje nas przed zgniciem w zapomnieniu. Chłopaki się zluzowują, bo już się martwili, że nie zdążą na mecz do pubu. Wychodzą we trójkę, a ja mam wreszcie czas wysprzątać burdel, którego narobili. I koniecznie prysznic, bo nie wiem czy to swędzenie to od brudu, czy od jakiegoś zakażenia.

Luke dzwoni o szesnastej, że znów aresztowała go policja za prowadzenie samochodu po pijaku. Swoją drogą odebrał samochód dwa dni wcześniej. Pyta czy Duncan był grzeczny. Mówię, że tak, choć próbował nie być. Luke kręci głową okazując znastwo tematu i mówi:
- No tak.. on jest bardzo przewrażliwony na punkcie zdradzania swojej dziewczyny, wiesz, irlandzki Katol, a z drugiej strony palant sypia z prostytutkami bez prezerwatyw. Chcesz herbaty?
Och och chcesz i święć się imię twoje Wojtyło Karolu, jako i chronisz nas Polki przed syfami gorszych katolików, bądź wola twoja, amen.

4.11.07

berliński

To była nasza ostatnia wspólna noc. Potem - wiedzieliśmy oboje - miałam się rozpłynąć w bramce na lotnisku, odwrócić się na moment, żeby spojrzeć na niego ostatni raz, i ruszyć w swoją stronę. On miał zostać w Berlinie. Zupełnie jak w romantycznej komedii z Hugh Grantem i Meg Ryan w rolach głównych.

Poznaliśmy się na wernisażu awangardowej lesbijskiej fotografki. Banda sfreakowanych artystów, zniewieściałych dziennikarzy od Sztuki, lesb udających macho i pseudocelebrities, co chciałyby być znane, ale same nie wiedzą z czego. Targ ciał. Między nimi on – zagubiony, nieśmiały, zwyczajny. Ładny. Potem okazało się, że jest kuzynem artystki. Zdaje się, że to ja go poderwałam, chociaż po tylu kieliszkach wina, ile wypiłam, nie mogę być niczego pewna. Pamiętam jak rozmawiamy o fotografii, wymądrzam się na temat kontrastu u Mapplethorpa, a potem jak obłapiamy się w taksówce. How romantic. Potem w moim domu on siada do komputera żeby puścić jakąś muzykę, a ja wyjmuję spod łóżka moją magiczną szkatułkę z syntetycznym szczęściem, sypię na szklanym stole w salonie po kresce i idę po niego. Nie pamiętałam jak ma na imię, więc subtelnie zagaiłam „hey, you” i wskazałam na nasze małe racje żywnościowe. Nie przyszło mi do głowy, że chłopiec nigdy nie miał do czynienia z nielegalnymi substancjami w proszku. Trochę się przestraszył, ale chciał spróbować. „That's the spirit!” ucieszyłam się i ściągnęłam swoją działę. On swoją głównie rozdmuchał po stole, bo nie wiedział jak to się robi. Następne już szły mu lepiej. Zabawialiśmy się do świtu, miałam akurat dużo koksu, który pomagał nam utrzymywać formę mimo dwóch butelek wina na łeb. On nieśmiały, spokojny, zachwycony. Musiałam chłopaka nauczyć miłości francuskiej. Szybko załapał, do tego stopnia, że doszłam dwa razy pod rząd. Kiedy zaczęło świtać byłam akurat na górze. Kiedy odezwały się pierwsze ptaki z parku obok, sięgnęłam ręką do tyłu między jego nogi żeby podotykać jego jąder, kiedy jest we mnie w środku. Uśmiechnął się i pokręcił głową. „No?” spytałam. „Yes” powiedział i widać było, że zaraz dojdzie. W tym stanie nie pamiętałam o gumie. Przynajmniej nie muszę się bać o jakiegoś syfa, takie niewiniątko na pewno jest czyste jak zła. Czeka mnie więc tylko paranoja ciąży, kupowanie testu w aptece i nerwowe oczekiwanie na okres. Ale o tym przecież w tej chwili nie myślę.

Tak się zaczął mój krótki romans, w którym byłam stroną bardziej doświadczoną i bardziej zepsutą. Na początku rozbrajał mnie kwiatami, pralinkami, nazywał mnie swoim sweetheart a raz kupił mi bransoletkę z turkusów. Bawił mnie cały ten romantyczny anturaż. Nie jestem jednak aż tak zdeprawowana jak de Valmont z Niebezpiecznych związków (ani nie mam takiego zeza jak Malkovich), więc kiedy Rafael zaczął patrzeć na mnie maślanymi oczami, musiałam jakoś delikatnie zainterweniować. Nie chciałam, żeby się chłopak zakochał, zaraz miałam wyjeżdżać, poza tym nie szukam niczego na stałe. Last but not least: te pełne powagi spojrzenia peszyły mnie – powaga jest dla mnie najmniej seksowną rzeczą ever. Jak jest poważnie, czuję się, jak na scenie, że trzeba się przedstawić i dygnąć i się ukłonić przy oklaskach. Od poważnych deklaracji, zobowiązań, wielkich słów i obietnic wole wino (freudowska literówka – napisało mi się, że wolę winę), skręta, dobry koks i dobry seks. Któregoś ranka po przyjemnej całonocnej sesji zapytałam więc, czy spał już kiedyś ze starszą kobietą. Spał. Ale nie była taka nice jak ja. To się rozumie samo przez się.

Po tej rozmowie o byłych kochankach, o najdziwniejszych miejscach, w których to robiliśmy (ja na balkonie w Operze Garnier, on w przebieralni w H&M), o fantazjach (ze skromności pominę szczegóły), o pierwszym razie (ja w wieku 17, on 20 lat) bystry Raf przestał mi kupować czekoladki. „I'm just your toy” mówił czasem, a ja przytakiwałam. Zaczęłam go nazywać toyboy, a on natychmiast skumał konwencję. Wyraźnie przestał liczyć na jakiś ciąg dalszy. Bawiliśmy się tak, jak wcześniej, w moim służbowym mieszkaniu. Seks, dobra berlińska kokaina kupowana przeze mnie od znajomego prawnika, wino sponsorowane przez firmę (nie wiem jak się wytłumaczę księgowości z tylu butelek), skręty załatwiane przez niego. Czasem u mnie sypiał, częściej jednak wyganiałam go do domu, w którym mieszkał z czterema innymi studentami geografii. Zdecydowanie lepiej śpi mi się samej.

Po dwóch tygodniach, kiedy wyjeżdżałam, chłopak był gotowy na to, żeby samemu deprawować małoletnie stypendystki Unii Europejskiej z dobrych domów. Polubił koks, zasmakował w dobrym winie, a w seksie był tak sprawny, że doprowadzał mnie do orgazmu w ciągu pierwszych piętnastu minut. Do pierwszego, ma się rozumieć, po którym przychodziły następne.

Ostatnią noc spędziliśmy więc najpierw na opłaconej moją firmową kartą kredytową kolacji w libańskiej knajpie. Potem poszliśmy na drinka do jeszcze do niedawna modnego klubu housowego, dziś już świecącego pustkami. Nieopatrznie zaostrzyli politykę antynarkotykową, przestali wpuszczać dilerów, co niewątpliwie przysporzyło im sympatii wśród policjantów i porządnych obywateli, ale bywalcy już w pierwszy weekend przenieśli się gdzieś indziej. Nie pomogły ani występy drug queens ani tanie drinki dla dziewczyn. W końcu wylądowaliśmy u mnie, dwie przecznice dalej. Na tę noc kupiłam dla nas 4 gramy koksu. Swoja drogą bardzo żałuję, że tych wydatków nie opłaca mi firma, kosztują mnie fortunę. Kochaliśmy się do dziewiątej rano (pieprzeniem tego nie można nazwać, było za delikatnie) we wszystkich możliwych pozycjach. Po moim piątym a jego trzecim orgazmie (nie ma to jak młodzi chłopcy nie popsuci chemią – dają radę o wiele lepiej niż ci doświadczeni kochankowie, którzy już po trzecim drinku maja problemy z erekcją) wykąpaliśmy się i mokrzy położyliśmy do łóżka. Chciałam się przespać dwie godziny przed podróżą.

Po obudzeniu wydawał mi się bardziej czuły niż zwykle. Dotykał mnie, patrzył, całował. Chciał iść na spacer do parku. Nie poszliśmy, bo za godzinę musiałam wychodzić żeby się nie spóźnić na samolot, a miałam się jeszcze spakować. Zaproponowałam mu quick fuck. Nie trzeba go było namawiać. Wyjątkowo skończył szybko, pośmialiśmy się z jego tempa, wypiliśmy ostatnie pół butelki i zeszliśmy do taksówki. Na tylnym siedzeniu położył mi głowę na kolanach i patrzył w oczy. Jechaliśmy półtorej godziny, w czasie których padło bardzo mało słów a dużo gestów. Och, jak słodko. Na lotnisku pomógł mi z bagażami, rozstaliśmy się przed bramką mówiąc sobie „do zobaczenia”, lecz nie precyzując kiedy. Nawiasem mówiąc nie sądzę, żebyśmy się jeszcze zobaczyli, zwłaszcza, że zostawiłam mu swój nieprawdziwy adres mailowy.

2.11.07

upust puszczania się

John wraca jakoś we wtorek, bo szkolenie okazało się chujowe i zrobi je w Hiszpanii za miesiąc, a tymczasem ja i James wyrwaliśmy przyjemną i Amerykankę, kto by pomyślał, i tańce, i miziania, i całowania w trybie three sum, smaczna była i ładnie nam się wszystko kleiło. Potem niestety laska się pochorowała obrzygując z siedem schodów prowadzących do kibla i uciekła. Ja i James poszliśmy do mojego domu, obmyślając po drodze plan zwabienia jej w dniu dzisiejszym, choć oboje zgadzamy się co do tego, że laska jest lesbijką, a nie bi. James może więc mieć problem.

Ja i John zostaliśmy ewidentnie uznani za parę, ponieważ w odpowiedzi na moje Jamesa zaczepki seksualne usłyszałam obawę:
- Ta, a potem pewien Anglik obije mi mordę we wtorek.
Potraktowałam to jako przesłyszenie.

Przyszliśmy do domu, James i Nico spalili blanta. James strasznie narzekał, że Amerykanka nam się wykruszyła, bo strasznie chciał się z nami obiema przespać, ale pocieszał się, że miała beznadziejne cycki. Myślałam, że James zostanie, ale ewidentnie ma respekt do mojego niby-chłopaka. Odprowadziłam go do wyjścia, gdzie zaczęłam się z nim całować. Bardzo przyjemnie. Potem nazwał mnie "fuckin bitch" i poszedł do siebie.

Wróciłam do mojego pokoju, obudziłam Nico, zagadałam o kompletnie nieistotną kwestię, po czym usłyszałam, to co chciałam usłyszeć, znaczy, że mogę się u niego crash w łóżku, so i did.
Mizialiśmy się do czwartej rano, kilka całusów (fajny ten przekuty język) i poszłam do swojego pokoju, gdzie pod kołdrą zrobiłam sobie dobrze.
Zasnęłam z poczuciem, że spędziłam udany wieczór.