1.5.13

Bombaj

Bombaj jest trudny. Nie chodzi o tłumy na ulicach, czy hałas, a o unoszący się w powietrzu pył. Kurz wdziera się w nozdrza, chrzęści w zębach i gasi każdy kolor, może za wyjątkiem lakieru do paznokci. Jestem przejazdem. Nie mam zamiaru dołączyć do 10.000 ludzi, którzy rocznie umierają tu na choroby układu oddechowego. Wolę już zawał serca, czy powikłania poalkoholowe – pozostając wierna półkuli północnej, na którą w każdej chwili mogę wrócić, ponieważ jestem biała.

Po tygodniu wszystkie sukienki i szale wydają się o ton ciemniejsze, nawet jeśli nie były używane – kurzą się w szafie. Spacer po ulicy Shuklai nastraja jednak sentymentalnie. Wspomnienie zapachu opium ociepla wizerunek miasta i przez chwilę gromadzący się w zatokach pył nie stanowi aż takiego problemu.

No, ale prędzej czy później sentymenty na bok. Chodzę po mieście, w którym nie mam nic do załatwienia. Wokół kobiety w sari, okutane różem, czerwienią, pomarańczą, turkusem, które na nich nie wydają się zgaszone. Świecą jak curry na straganach czy kopczyki pigmentów w sklepie z farbami. Przemieszane z czarnymi burkami, które skutecznie prowokują wzrok mężczyzn. I kobiet. Doświadczam tej samej uwagi, gdy noszę przeciwpyłową maskę na twarz.

David zna tu kogo trzeba, aby móc dalej nic nie robić: złotnika, krawcową, kucharza w japońskiej restauracji, który wyjaśni jak parzyć zieloną herbatę z prażonym ryżem. Wystarczy przeciągnąć nieco moment powrotu po służbowych perturbacjach i można snuć się po tanich masażystach w Radissonie i zażywać spa w Hyatcie, podbijając efekt ulicy przeglądaniem indyjskiego wydania VOGUE – powiedzmy, że pełne zanurzenie.

Indra lubi takie klientki jak ja. Jestem biała – owszem. Jestem turystką. Mimo to nie noszę dżinsów, bojówek, t-shirtów, nie kupuję sukienek dla żeńskich trawelersów i płóciennych spodni z krokiem w kostkach w hipisowsko-rave’owe wzory. Indra to docenia i widzę w jej oczach aprobatę. Sama przyglądam się jej z uwagą. Nosi swoje sari jak prawdziwa dama, wyprostowana, nie robi żadnych gwałtownych ruchów. Pracuje dla niej cała armia krawców i krawcowych. Sama już nie szyje – przyjmuje zamówienia, rysuje projekty, zdejmuje miarę i pilnuje rozliczeń.

David poleca Linen Club Store – tu zazwyczaj kupuje materiały na koszule, marynarki, które potem szyje u Indry. Bele z materiałami zaczynają się już na ulicy. W środku półki, lada oraz niski stół do prezentowania tkanin. Ciemne drewno i zapach kadzidełek sprawiają, że po wejściu ze słońca obraz traci kontury. Na początek sprzedawca pokazuje najdroższe wyroby. Rzuca bele, materiał rozwija się w powietrzu i ląduje z impetem na stole.

– Bez sztucznych domieszek. Proszę zobaczyć. – sprzedawca wyciąga zapałki i podpala wystrzępioną krawędź. Gasi palcami i daje powąchać. – Pachnie jak spalone włosy, ponieważ jest całkowicie naturalny.

Nigdy za wiele zakupów z odpowiednią domieszką dramaturgii. Pierwsze pokazywane materiały nie są oczywiście tymi, których szukam. Dotykam kolejnych bel. Sprzedawca zdejmuje z półek te, nad którymi chwilę dłużej się zastanawiam. Na stole kłębi się już spora ilość fałd, z których wciąż nic nie wynika. Pytam znów o wściekłą czerwień. Sprzedawca uznaje być może, że już czas i zaprasza mnie na piętro. Idziemy wąskimi, stromymi schodami do pomieszczenia na pierwszym piętrze, gdzie zgromadzona jest kolejna pula tkanin i dwóch mężczyzn pijących herbatę z mlekiem i przyprawami. Szybko – czego nie należy mylić z nerwowością – opuszczają pokój. Wreszcie spod warstw niezbyt ciekawych propozycji sprzedawca wyciąga belę z czerwonym surowym jedwabiem w drobną jodełkę. Wiem, że jestem w domu, ale nie chcę zdradzić zachwytu – targowaniu się to nie pomaga. Proszę o odłożenie jedwabiu na bok, gdy poszukam jeszcze grafitowej cienkiej wełny. Ta znajduje się już stosunkowo szybko i czas przejść do ustalania ceny. Dziwię się, że zważywszy na czas spędzony w sklepie i poważne zakupy, sprzedawca nie oferuje mi herbaty, ale może to kwestia mojej płci, mimo że biała. A może jednak kupuję za mało. Po kilka metrów bieżących na sukienkę, spódnicę, tunikę. Niepoważne. Odgrywamy obowiązkowe targowanie się o cenę, aż obie strony osiągają konsensus i zadowoleni możemy się rozstać.

Indra przyjmuje tkaniny, przerysowuje je po swojemu mój projekt i każe wrócić za cztery dni. Mam tydzień.

Wpadam na jogę dla żon ambasadorów i biznesmenów. Prowadzi ją na zmianę z innymi siwiejąca Angielka. Spięta i nieśmiała, szczególnie wobec chwilowych uczennic, które będą tu tylko parę tygodni, a następnie znikną nie pozwalając jej na wytworzenie pozorów bezpieczeństwa.

Od kiedy nie piję joga, akupunktura i kilka innych spa treatments pomagają zachować urodę mimo czterdziestu lat egzystencji, w tym dwudziestu trzech picia i brania narkotyków. Trzeba się w odpowiednim momencie zreflektować i można dalej uprawiać cynizm, tym razem na trzeźwo, uwodząc wrażliwych dziennikarzy, a następnie wyjeżdżając.

Rupert, kolega Davida, pracuje dla Guardiana. Gdy tylko dzieje się w Bombaju coś ciekawego z perspektywy brytyjskiej jest zobowiązany dostarczyć na ten temat 5.000 znaków, a jeśli redakcja uzna za stosowne pociągnąć wątek, wtedy przeprowadza jakiś wywiad lub pisze dłuższy tekst podzielony na tysiąc jednozdaniowych akapitów strawnych dla czytelnika. Rupert, bystry, nigdy nie przestaje żartować – fasada. Wywołuje jednak wrażenie kogoś, kto szybko się zbliża. Nerwowość przetłumaczona na język gagów i zabaw słowami. Może właśnie dlatego, że jest w gruncie rzeczy nieśmiały, tak łatwo da się wykorzystać. To będzie krótki, ale miły stosunek. Rupert jest wysportowany – w wolnych chwilach uprawia rowerowe maratony – spoczniemy w jego mieszkaniu na poduszce podłogowej. Nawet nie zdejmiemy mi bluzki, podwiniemy jedynie spódnicę, będzie krótko, ale zmysłowo – niepraktykujący i wrażliwy z niego koleżka, dlatego.

W VOGUE India co druga reklama zachwala zalety biżuterii w stylu baśni tysiąca i jednej nocy. Reszta reklam to ślubne sari i kosmetyki. Jest kilka drapieżnych artykułów, na przykład krytyka restauracji Michelin – ignorują Indie, dlatego. Sesje modowe na poziomie kraju rozwijającego się. Nie zdążę zrozumieć dlaczego tak się dzieje. Nie zdążę się tym zainteresować.

Angielka jest jedną z tych osób, która brzydzi się ciałem, dlatego poświęca życie na ujarzmienie go. Gdy przychodzi dawać lekcje jogi, dotyka uczniów tylko w ostateczności, gdy werbalne komunikaty powtórzone na kilka sposobów zupełnie nie poskutkują. Koniuszkami palców dotknie wtedy czyjejś stopy, jakby podnosiła z podłogi brudną szmatę.

Niemka, młoda, przeciwnie. Dotyka bez oporów, przebiegnie koniuszkami palców po kręgosłupie przy jednym asanie, przy innym nogą naprostuje plecy i jeśli czuje niechęć dotykając spróchniałych stóp – świetnie to ukrywa. Puszcza muzykę przewidywalną, ale przenośny głośnik jest tak tani, że plumkanie pozostaje w tyle. Bawi się możliwościami, jakie daje głos. Lula grupę i jednocześnie bezlitośnie wyciska z żon wszystko co jeszcze da się z nich wycisnąć. No i ma perfekcyjne ciało. No może tylko nogi. W zasadzie tyłek, który ostro odcina się nagle od ud, jędrny, umięśniony. Wystający i okrągły jak u Afrykanek lub ciemnych Brazylijek. Zwarte ciało nie pozwala na zbyt duży biust, ale inne atrybuty pomagają wybaczyć.

Pierwszy termin u Indry to jeszcze przymiarki. Wchodzę za kotarę i zakładam sukienkę. Pierwsze wrażenie jest dość narcystyczne, ale i krawcowa podziela mój zachwyt. Przyglądamy się obie. Rękawy są za długie i za szerokie. Indra podwija zbędny materiał i sięga po kredę zaznaczyć ostateczne wymiary. Tunika i spódnica za długie, do skrócenia. Jestem umówiona na masaż, więc nie czekam na poprawki i prasowanie. Odbieram wszystko następnego dnia i żałuję, że nie zamówiłam u Indry czegoś więcej. Na Północy jej praca byłaby warta majątek, którego na Południu nie ma prawa sobie policzyć.

Angielka często powtarza, że dany asan jest energetyzujący, gdy ma się „dołek” lub że inny pomaga na dolegliwości menopauzalne. Na pewno dobrze o tym wie z własnego doświadczenia. Patrzenie na nią męczy. Gdy którąś z uczennic coś zaboli w barkach, w kręgosłupie coś strzeli, joginka spina się i cedzi:

– Dlatego właśnie proszę was o informowanie o wszelkich dolegliwościach zanim zaczniemy, a nie w trakcie ćwiczeń.

Te stałe mówią, ale te będące przelotem często nie dają jej szansy. Ja mówię, bo na starość mi życie miłe. Skoro nie piję, to równie dobrze mogę nie dać się połamać jakiejś przypadkowej trenerce jogi. Nie mówię jej o wypadku, bo to zbędna informacja, tylko o wrażliwych obszarach.

Wszystko kosztuje krocie, ale często jest i tyle warte. W Asia Hotel ceny są średnio wysokie, więc spodziewam się nie najgorszej obsługi. Wosk kładą mi na nogi dwie kosmetyczki na raz, co ma o tyle sens, że nogi mam dwie i długie, a przyjemność staje się krótsza. Manicure i pedicure idzie sprawnie. Szczególnie gdy przychodzi moment krótkiego masażu stóp i łydek, dłoni i przedramion. Odpływam i wybaczam kosmetyczkom, że w trakcie pracy oglądają bollywodzką telenowelę na telewizorze podwieszonym w rogu salonu. Następuje nakładanie lakieru i czar pryska. Nie dość że jedna warstwa, to lakier wychodzi poza paznokieć na skórki. No i niechybnie nadeszła właśnie przerwa na herbatę, którą obie panie mają w tym samym czasie. Ledwie starcza czasu na wyschnięcie lakieru, gdy zostaję w mało zawoalowany sposób wyproszona. Nad to wszystko marka lakieru: Revlon.

W takich właśnie momentach, gdy płacę i oczekuję perfekcji i profesjonalizmu, a to rzadko się spełnia, napiłabym się Bombay Sapphire. Gdzie jak nie tu.

W gazecie zupełnie inny rozkład informacji. W sekcji międzynarodowej dominują Chiny, Bliski Wschód, stosunkowo dużo wiadomości o Ameryce Południowej. Dodatek „Matrimonial Ads” nie daje mi zbyt wielu szans na ożenek. Mało które ogłoszenie nie precyzuje wymagań dotyczących kasty. Lekarze mają swoją kategorię, Muzułmanie, rozwodnicy i niepełnosprawni także. Ogłoszenia premium wyróżnione na pierwszej stronie dodatku to zaproszenia do składania ofert rodzin, które szukają pary dla syna bądź córki – „seeking alliance”. Większość natomiast szuka bladego partnera, bądź partnerki. O ile wybielające kosmetyki reklamowane w telewizji – The Healthy White Balm – działają, nikt nie powinien mieć problemu z odnalezieniem drugiej połówki, a rodzina – z wypełnieniem ubytku.

Sprawdza się Hyatt. Kadra wymusztrowana w nijakim międzynarodowym drylu komunikacji z klientem. Architektura? Brytyjski kij, hinduski barok. Najpierw zostaję zaprowadzona do spa dla kobiet, czyli łaźni. Obowiązkowo podajnik z wodą, plastykowe kubeczki, gazety, sauna, jacuzzi, ręczniki. Rozbieram się, zostawiam ubrania w szafce numer „15” i idę pod prysznic. Przy okazji, jak zawsze w takich przypadkach, przyglądam się innym kobietom. Ich kształtom, fakturze i kolorze skóry, włosom. Tu przekrój jest szczególnie bogaty. Młode i stare Japonki, Hinduski, i kilka białych, które przegrywają w przedbiegach ten konkurs piękności.

Kafelki pod prysznicem już obrastają kamieniem, a drzwi – drewniane – lakierowane lata temu, wilgoć wyjadła cały kolor. Blade deski zdają się kłamać, że hotel jest jednym z wiekowych pałacy, a łaźnia gościła niegdyś księżniczki i handlarzy herbatą. Po prysznicu siadam w jacuzzi. Nie jest to rezerwuar w obłym kształcie wanny. Woda pojawia się wśród ciemnozielonej glazury w podłodze. Stopy nikną na ukrytych w wodzie schodkach. Siadam na krawędzi basenu.

Mija kwadrans i zostaję poproszona do przebieralni. Młoda kobieta otwiera inną szafkę i prosi o przebranie się w jednorazowe majtki, szlafrok, kapcie, czepek na włosy. Następnie wychodzimy z łaźni i wchodzę do jednego z czterech osobnych pokoi z przygaszonym światłem i hinduskim ambientem. Zostaję przejęta przez kolejną kobietę, w zasadzie młodą dziewczynę.

Na podgrzewanym łóżku wmasowuje mi w skórę na całym ciele ciepłą i mokrą masę z gruboziarnistą solą przy okazji robiąc masaż. Potem pokazuje dłonią prysznic i prosi o zmycie soli. W tym czasie zmienia lniane ręczniki na nowe i kładzie na nich plastykową folię. Potem dziewczyna wciera we mnie bardzo tłustą maź. Przypomina balsam na bazie kokosa, ciężki i intensywny zapach jak Cocoa Butter z The Body Shop. Gruba biała warstwa zostaje zakryta folią, przykryta dwiema warstwami ręczników, temperatura łóżka podkręcona. Dziewczyna nie zapomina o stopach. Owija szczelnie, za co dostanie, jak na Południe, sowity napiwek. Przygasza światło jeszcze bardziej, a na oczach kładzie mi mały ręcznik. Wychodzi.

Czuję jak powoli tłusta maź rozpuszcza się na skórze i łączy z potem. Jest coraz goręcej. Czepek na włosy jest bardzo ścisły i zaczyna ćmić mnie głowa. Gdy dziewczyna wraca, proszę ją o zdjęcie czepka – ja jestem unieruchomiona. W bonusie dostaję masaż całej głowy ze szczególnym uwzględnieniem odciśniętych miejsc. Gdy wręczam jej napiwek przez chwilę zastanawiam się ile ma pensji. Ale tylko przez chwilę.

Śniadania w hotelu, który ma aspiracje. Dziś muzyka poważna towarzyszy omletom z pieczarkami i serem – dla tych, którzy nie są na diecie, oraz sałatkom owocowym, owsiance i świeżo wyciskanym sokom – dla większości. Jestem już zmęczona półtonami i trąbieniem i nagle znajduję Schuberta kojącego jak nigdy. Romantyczna symfonia? Smyki, jak dobry masaż, wołają: o Europo!

18.6.11

dostęp

Wydawało mi się, że mnie nie boli, że po prostu czuję. To dotyka, więc jest reakcja. W okolicy rozchodziły się promienie jak orbity na wodzie. Ale potem narastała we mnie złość i poczucie wtargnięcia i zagarnięcia przestrzeni, do których wstęp jest wzbroniony. Ponoszenia kosztu za czyjąś przyjemność. Gdyby to chociaż był ktoś bliski. Mógłby być bliski. Nigdy nie nabyłby pewnych praw.

Dziś znów się to stało. On przyszedł, doszedł i zabolało. Nic nie powiedziałam. Zasnął. Ja też na chwilę. Obudziłam się gwałtownie w poczuciu pulsującego, rozlewającego się na całą nogę, bólu. Ćmiło. Nie przestawało. A on spał. Poszłam do barku zrobić sobie wódki z tonikiem i z lodem. Pierwszym łykiem popiłam garść tabletek. Ból zaraz ustanie. Następnie zamknęłam drzwi do sypialni i poszłam zrobić sobie kąpiel. Czułam się brudna i klejąca. Potargana, poodciskana, niewygodna. Trzeba było umyć to ubranie, wyszorować. Odkręciłam kurki. W piecyku gazowym wybuchły migające niebieskie szeregi. Zatkałam odpływ. Odgłos strumienia zmieniał się stopniowo wraz z wypełnianiem się wanny. Matowiał i hamował rozmach. Rozebrałam się, bo od piecyka w małej łazience zrobiło się bardzo ciepło. Podeszłam do lustra, zbliżyłam twarz. Na czole byłam zmarszczona. „To od bólu“ – pomyślałam. Zaczęłam rozciągać napiętą skórę palcami. Wyglądałam na zmęczoną. Wyglądałam staro. Tak się czułam. I usta miałam zwarte, jakby w skupieniu. Wodą napełniłam pół wanny, pomyślałam, że pomoże i na twarz. Włożyłam jedną stopę, przerzuciłam na nią ciężar ciała, włożyłam następną. Gorąca.

Położyłam się w ukropie i podniosłam poziom wody do brzegów wanny. Na kilka minut temperatura otaczającej cieczy stała się jedynym odczuwalnym stymulantem. Poczułam jak mięśnie twarzy rozluźniają się. Jakby omdlewały; czoło, policzki oraz usta. Wkrótce przyzwyczaiłam się do gorąca. Woda zaczęła wytrącać kolejne półstopnie na skali C. Ból stopniowo powracał. Odruchowo położyłam dłoń na wewnętrznej stronie uda. Dlaczego to pomaga? To wcale nie pomaga. To nie pomaga.

Trzeba poleżeć. On się nie budzi. Nie słyszy wodospadów, fal, bo nie ruszam się. Wcale nie mógłby być bliski. Ale nabył pewne prawa, gdy został dopuszczony do świata wątpliwości. On nic nie wie. Nigdy bym mu nie powiedziała, że mnie bolało. Gdyby się dowiedział miałby wyrzuty sumienia. A tak nie wie, nie dowie się, mam nad nim przewagę. Satysfakcję, władzę. Woda już nie jest taka gorąca. Lewe ucho przewodzi dźwięki z dolnego piętra. Ktoś spuszcza tam wodę. Tu nad powierzchnią wody słychać tylko powoli sukcesywnie pękające bąbelki piany. Pyk, pyk. Pyk. Zamykam szczelnie oczy i zanurzam całą głowę. Otwieram szeroko usta i robię głęboki wdech.

14.4.11

seven - znajomości

Wszyscy życzyli mi, żebym się wreszcie ustatkowała. Żeby mi wyszło z Paulem, Martinem, Tomem, czy Danielem. Ja życzyłam sobie namalowania tego jednego obrazu, który raz na zawsze określiłby moją artystyczną tożsamość. O to posądził mnie Philippe. Gdy zauważył, że nie jest, jak mu się na początku wydawało, w centrum mojego zainteresowania. Oskarżył mnie o narcyzm i skupienie na pielęgnacji własnego ego poprzez ekspozycję prac w mediach i na wystawach, zamiast skupianiu się na nim i inwestowaniu w naszą relację. Podczas jednego z naszych ostatnich spotkań dokleił mi etykietę „faceta”.

Faktycznie bardziej zależy mi na mojej pracy i karierze niż na „mojej dziewczynie”. Nie będę zaprzeczać. Spotkania towarzyskie, które mają na celu tylko i wyłącznie „przyjemność” socjalizacji to dla mnie irytująca strata czasu. Chyba, że będzie marszand, dziennikarka z działu kulturalnego, członek komisji przyznającej granty, albo inny zawód, który może coś w przyszłości załatwić, ułatwić, wylizać.

Wtedy mogę przyjść i udawać, że bawią mnie gry planszowe, upiekę naprawdę dobre ciasto – normalnie nie piekę, szkoda czasu – pomogę załatwić coś córce marszanda, czy chłopakowi dziennikarki.

(Tylko z tego powodu od lat znoszę humory pewnej muzyczki. Od czasu do czasu jest mi potrzebna, więc śmieję się z jej żartów. Nigdy nie wybuchłam, gdy między wierszami mnie krytykuje, a gdy ów przekaz wyciągnie się na światło dzienne, natychmiast mu zaprzecza. W innych okolicznościach wyśmiałabym ją zaraz po tym jak się poznałyśmy. Stroiła się wtedy na wielką alternatywną artystkę, ale że zanim ją poznałam wiedziałam kim jest i co może, to ma „przyjaciółkę”.)

Na wprowadzenie się Phillippe zgodziłam się dlatego, że życie w pojedynkę jest niepraktyczne. Ktoś musi podwieźć kabel, którego w ostatniej chwili zabrakło przed projekcją. Benzyna jest tańsza dzielona na pół. Phillippe poza tym miał wgrany przez ojca skrypt mężczyzny opiekuna, więc chętnie brał na siebie obie połowy rachunków. Nie tylko za benzynę. Mogłam się realizować. Ja jestem bardziej zajęta, mniej bywam w domu, więc to na niego spadały naturalnie różne obowiązki typu zakupy jedzenia, gotowanie, wynoszenie śmieci.

Rok zanim Philippe się wyprowadził jestem na drinkach u aktywistów opijających najnowszą publikację ich młodego domu wydawniczego. Książka zbierze porządne recenzje i ugruntuje pozycję wydawnictwa na rynku. Jeszcze tego nie wiadomo, ale już teraz wszyscy antycypują poczucie wpływu. Ja jestem i piję darmowe wino. Czerwone, bardzo wytrawne, rozgrzewające. To dobrze, bo jest zima. Stoję z trójką właśnie zapoznanych ludzi. Rozmawiamy o dwóch ostatnich premierach filmów, o przekąskach, którymi częstują. Jeżeli ktokolwiek tu ze mną flirtuje to Sylwia. Piękna, seksowna czterdziestka wypełniona tłuszczem i charyzmą. Producentka, matka trojga. Oprócz Sylwii stoi z nami grafik, który projektował okładkę opijanego wydawnictwa. Oraz jakiś jej kolega. Drobny, ma ładne rysy twarzy. Niepospolite. Zauważam dłonie, paznokcie. Można powiedzieć, że jest androgyniczny. Nie jestem zbyt aktywną uczestniczką tej interakcji i przeskakującej z tematu na temat rozmowy, ale chłopak wydaje się zainteresowany. Głównie treściami jakie wypowiadam. Trudno dostrzec, by zauważał inne moje, bardziej ewidentne walory.

Mój wobec niego dystans niwelują kolejne godziny wieczoru, nocy, kolejne lampki wina sprawiają, że poglądy, które wypowiada, nie wydają mi się aż tak kontrowersyjne, jak faktycznie mi się wydają. („Człowiek musi czasem nic nie robić.”) Długo rozmawiamy. Okazuje się, że jest o wiele starszy niż wygląda. Jestem zmęczona i smykałka powli wyślizguje mi się z rąk. On mnie w pewnym sensie osacza. Ani gospodarz, dla którego tu przyszłam, ani jego grafik nie śmieją nawet podejść do mnie. Nie wiadomo kiedy gospodarz wieczoru gości już tylko nas i Sylwię. Ta nie piła i oferuje odwiezienie. W samochodzie słuchamy nocnej audycji, która nastraja milcząco. Zanim jednak wysiądę pod swoją kamienicą on proponuje, otwarcie, przy naszym seksownym kierowcy, abyśmy jeszcze się spotkali. Zgadzam się. Nie chcę mi się uzasadniać, dlaczego się nie zgadzam. Wymieniamy się telefonami. On bierze mój, mówię „Karolina”. Wydzwania moją komórkę i mówi „Phillippe”.

Kiedy dzwoni, naprawdę mam wolny wieczór. Chcę go spędzić poza domem. Mam ochotę na dobrą kolację, więc pozwalam mu się na nią zabrać. Phillippe okazuje się bystrym rozmówcą. Jest piekielnie oczytany, ma ciekawe skojarzenia i refleksje. Słucha i potrafi ripostować. Jest dla mnie partnerem w rozmowie. Flirtuje z umiarem. W zasadzie nie można tego nazwać flirtem. To dla mnie ciekawa odmiana i abstrakcja, więc wchodzę w to jakbym zwiedzała obce miasto. Ale w Europie. I wybrał dobrą restaurację i niezłe wino. Lądujemy u mnie i uprawiamy seks pół nocy. Ma energię, a jednocześnie wsłuchuje się, jest otwarty na wskazówki. Seks był drugą, po wolnym wieczorze, motywacją do kontynuacji tej znajomości.

Wychodziło nam naprawdę profesjonalnie. Oboje regularnie dochodziliśmy. Stosunkowo często symultanicznie. Bawiliśmy się w wannie, z lustrami, w jogę, outdoor, stymulację online, jedzenie, po omacku, po bożemu.

Po kilku miesiącach znajomości zorientowałam się, że Philippe jest użyteczny nie tylko w łóżku. Potrafi skutecznie załatwiać różne przyziemne sprawy, których nie lubię dotykać. Jest sprawny także w papierach, pieniądzach, organizowaniu codziennej rzeczywistości. A może dziennej. W domenie nocnej chętnie uczestniczył, ale to ja nadawałam ton. Miałam wrażenie, że, jako umysł ścisły (otwarty przewód doktorski – badał strukturę kryształu), z pietyzmem traktował szczególnie moje twórcze zachowania. Gdy malowałam nie przeszkadzał mi. Na początku.
Więc wprowadził się.

Zaspokajaliśmy swoje potrzeby podstawowe i faktycznie łączyły nas momenty swoistych koalicji. W taki wieczór, który na przykład okazał się wypełniony hordą rozsierdzonych młodych matek, których, niezbyt duże i tak, mózgi zalane zostały falą doszczętnie ogłupiających hormonów. Gdzie fiksacja na rozwarciach, robieniu kup podczas porodów, łożyskach i mówieniu tej jednej obecnej, co jest w ciąży, jak to będzie, zdominowała wszelkie szczeliny spotkania. Gdzie oboje próbujemy zatamować ten ich animalizm i ponosimy kolejne porażki. Wszystkie próby. Staramy się rzucić przynęty do innych tematów, ale one cudownie zawsze okazują się mieć ścisły związek z łożyskami. Robimy faux-pas obfukując wszystkie rozmnożone samice i ostentacyjnie wkładamy płaszcze. Wychodząc w pół ich zdania wedle nich celnie ripostującego, bo „daliśmy się zagadać, zamiast coś sami zaproponować”. Śmieliśmy się jak dzieci, ja wtedy czułam, że jestem w jego wieku, bo jednak był młodszy, że nikt tego nie rozumie oprócz nas. Przy nim nie krępowałam się stosować deklaratywnych stwierdzeń, radykalnie skreślać całe społeczeństwo. Nie miałam poczucia, że się w ten sposób ośmieszam, że to naiwne.

Z czasem miałam jednak coraz mniejszą ochotę na seks. Phillippe zaczął być zazdrosny. Mówił, że się martwi, że nie żyję higienicznie kładąc się o czwartej, a wstając o dwunastej. Za mało i nieregularnie jem. Za dużo piję, palę, nie płacę rachunków na czas, co po prostu nie ma sensu, bo po co płacić więcej. Opowiadał jak za dziesięć lat przeprowadzi się na wieś pod miasto, wybuduje dom w sąsiedztwie swoich dziadków. Będzie miał czas na badania. Ta struktura. Duszności. Stale próbował trzymać mnie za rękę, gdy szliśmy. Za wiele razy mu na to pozwoliłam. Potem musiałam się tłumaczyć „dlaczego nie”. Tak wolno chodził. Zaczęło mnie to tak drażnić, że nie byłam w stanie pójść z nim „na spacer”. Na spacer! „Na boga”! Po co chodzić na spacer?? Do jedzenia chciał siadać do stołu, nie rozumiał jak można jeść na stojąco. Ciągle czytał. Mało pił, nie palił. Chciał, żebym zwolniła, bo robię sobie krzywdę.

Tak naprawdę był zazdrosny o pracę. Tymczasem ja wolałam wkładać id w malowanie niż rozmawiać z nim o tym jego zen. Nie chciałam poznać jego braci, ani przyjaciół. Wymawiałam się zbliżającym się wernisażem mojej wystawy, zmęczeniem, okresem.

Phillippe co miał mi dać to mi dał i więcej nie mógł, bo nie miał: pozycji społecznej, wpływów, pozycji medialnej. Były naturalne wyrwy.

Któregoś dnia po dziesięciu miesiącach Phillippe zaprosił wreszcie do nas Laszlo. To on był wydawcą u którego się poznaliśmy. Laszlo był starszy nawet ode mnie o przynajmniej dziesięć lat. Miał wszędzie znajomych. W galeriach, w instytucjach, w prasie, znał filmowców, pisarzy, fotografów, blogerów, muzyków, projektantów. Długo nie było go, gdyż podróżował po różnych dziurach robiąc research w poszukiwaniu autorów. Był postawny i cholernie pewny siebie. Bezczelny momentami. Zakochany w sobie jak ja. Phillippe zmęczył się mną i miał wkrótce wyprowadzić, a że spełnił swoją rolę, nie protestowałam.

31.10.10

listy

Kochana Karolino,

Na wstępie dziękuję za te zdjęcia, niektóre takie tajemnicze. Trochę tam mało Ciebie, ale ładne widoczki. Widać, że tam o wiele cieplej.

Piszesz, że nie wiesz kiedy przylecisz następnym razem. Czyżbyś Dziecino udawała się na emigrację? Przykro mi, że oddalasz się coraz bardziej. Jesteś pewna, że te kolejne kroki są Twoimi pomysłami, a nie narzuconymi z kosmosu, a wcześniej wysłanymi z ziemi przez niezbyt przyjazną Ci i nam istotę? Sztuka tych oddziaływań polega chyba na tym, że są trudno rozpoznawalne. Nie czujesz jakichś dziwnych manipulacji, które dzieją się gdzieś obok Ciebie i Twoich znajomych? Proszę Cię, ja jeszcze nie zwariowałam, ale wydaje mi się, że może mam jakiś "sejsmograf", który pozwala mi na odbieranie tych dziwnych sygnałów; ale ubolewam,że nie mogę w jakiś sposób zapobiec pewnym niebezpiecznym tendencjom. Czy Ty jesteś pewna, że sama o sobie decydujesz, przynajmniej w tym zakresie, w którym na ogół mamy poczucie, że to my decydujemy o sobie? Wręcz obawiam się, czy nie grozi Ci jakieś fizyczne niebezpieczeństwo, ale to pewnie też lęki wywołane tym wypadkiem taty, niezupełnie zrozumiałym; tak, wiem oczywiście, że wypadki się zdarzają, ale proszę, uważaj na siebie.

Mama

P.S.
Gdybyś jednak wybrała się do nas w jakimś nie bardzo odległym terminie, to przecież nie musisz zatrzymywać się w hotelu. Wiem, że jesteś już przyzwyczajona do pewnego standardu, ale mogłabyś zostać u nas w domu. Może nawet tata odmalowałby kuchnię, żebyś nie czuła dyskomfortu. Pozdrawiam serdecznie i nie miej mnie za wariatkę; przepraszam, nie chciałam Cię wprowadzać w stan różnych obaw, ale czasem trochę dbałości o siebie przydaje nam się, a dość często o niej zapominamy pędząc dokądś lub zapadając w pewnego rodzaju letarg.
Uściski.

20.4.10

artyści1: JANEK

JANEK

Janek miał około czterdziestki i bujną przeszłość. Przeszedł, jak każdy szanujący się anarchista przez sznyty, heroinę i epizod w areszcie. Publikował przeciętne wiersze w czarno białych na ksero odbijanych gazetkach i chodził na demonstracje antyfutrzarskie. Od kilku lat nie imprezował już jak kiedyś i trzymał się nawet w pionie łagodząc niewygody okazjonalnym buszkiem.

Był oczywiście inteligentny. Wiadomo. Nie sypiam jedynie z idiotami. Raz na jakiś czas wykazywał się ostrzejszym żartem. Stale zaś obchodził się ze światem w sposób neurotyczny i porwany.

Tymczasem moje życie nie wiadomo kiedy wypełniło się jakąś nową burżuzją, rodzinami z dziećmi i ich niedzielnymi spacerkami i obiadkami u śliniących się bardziej niż niemowlaki babć. Rachunek zysków i strat wychodził in plus i musiałam ze względu na wynikające z tych spotkań kontakty biznesowe pojawiać się, uśmiechać, rozmawiać i udawać, że się świetnię bawię i mi na wszystkich zależy i dbam i zadzwonię w przyszłym tygodniu, mam na zbyciu dwa bilety do opery, czy czytałaś już najnowszą książkę Paulo Coehlo?

Kilka takich imprez pod rząd i poczułam znane mi bóle. A że Janek stale przypominał o swoim istnieniu pojawiając się w moim telefonie i skrzynce mejlowej, to postanowiłam zrobić z niego jakiś pożytek. Nie tylko dla siebie. Żeby on też coś miał z życia. Prawdopodobnie takie spotkanie ze mną będzie jednym z ważniejszych wydarzeń w jego procesie starzenia.

Nie było jednak mowy o pójściu do łóżka. Jankowi obce było pojęcie estetyki. Miał tłuste włosy, żółte zęby i fatalny gust gdy kleił w jedną całość nakładane na siebie ubrania. Postanowiłam jednak skłonić go do zabrania mnie w grono jego znajomych i pełna wiary w rachunek prawdopodobieństwa zapoznać się z jakimś Jankiem w wersji upgrade’owanej. Tak poznałam Heńka.

żaden

Gorączka. Martin rozpływa się. We wrzątku. Stoję obok i patrzę na scenę. Na jebanie trupa. 38 stopni. Zdrowy substytut promili. Nic nie trzeba. Nic się nie czuje. Policzki byłyby czerwone i tak. Ruchy obłe. Rozmazane. Oczy świecące. Miękkie napuchnięte piersi.

Martin i inni dopuszczeni odlatują. Ja się pocę. I tak bym się pociła. Kładę głowę na ramieniu. Podnosząc ocieram twarzą i włosami o jego. Jesteśmy kwita.

Przyjmuję ich w domu. Podniecają ich okulary i dres. Nigdy nie składam im życzeń urodzinowych. Nie życzę miłego dnia. Nie pytam jak minął.

6.2.10

upalny

Jest jedenasta.

Pocę się. Jest gorąco. Duszno. Wachluję gazetą. Lecą fale gorącego. Lepsze to niż gęstość stojąca jak galareta. Kropla łaskocze. Powoli spływając z górnej powieki, przez skroń. Ginie we włosach. Brakuje oddechu na zdania złożone.

Leżysz obok. Też kapiesz. Opierasz się na łokciach wetkniętych w kamienistą plażę. Marszczysz skórę wokół oczu. Za jasno. Patrzysz na swoje stopy? Może dalej. Pot ci spływa na brodę. Zatrzymuje się na włosach na brodzie. Łaskocze?

Ta twoja broda, co przyprawia mnie o ciarki. Nie gól się nigdy zbyt dokładnie. Ty wiesz to. I nie golisz, mimo że podczas rozmów via nokia, włosy na twojej twarzy dostają się między przyciski telefonu i nieprzyjemnie się ciągną.

Głowa mi opada w przeciwną stronę. Trzy metry dalej leży grupa nastolatków. Jeden bardziej rozwinięty od reszty. Stoi. Wysoki. Mięśnie. Szczupły. Opalony. Wyszedł właśnie z wody. Ścieka z niego niepot. Stopą grzebie w kamieniach. Z mojej perspektywy najlepiej widzę stopy. Następne są łydki. Kolana. Uda. Penis. Wklęsłości okołobiodrowe. Dłonie. Brzuch. Łokcie. Klatka piersiowa. Szerokie ramiona. Szyja. U szczytu osadzona jest głowa z potarganiem.

Podnoszę głowę. Potem wznoszę się na łokcie. Przez chwilę moja gładka broda jest wypoziomowana z twoją chropowatą. Dalej patrzysz dalej. Ja odwracam się na brzuch. Turlnięciem takim. Podnoszę pupę. Tors, głowa i wyciągnięte ręce ciągną się za tą pupą jak zwłoki. Nie można za szybko, bo pot. Ale w rezultacie, w końcu, siedzę z podwiniętymi nogami tyłem do wody. Jeszcze chwila, moment i zaczynam powoli zbliżać się na czworaka w stronę mokrego młodego chłopaka. W kolana wbijają mi się małe kamienie, ale koncentruję się na celu i mniej boli. Każdy ruch nóg i rąk jest zwolniony do iluzji braku ruchu. Nauczyłam się tego od polującej kotki, która ilustrowała swym stylem łowieckim paradoks ruchu pana Zenona z Elei. Ty w końcu jednak zauważasz ów bezruch. Opierasz się dalej na łokciach i reagujesz ściągnięciem brwi. Zmarszczeniem czoła. To wszystko. Spociłbyś się mając wykonać bardziej ekspresyjny ruch. A wiadomo po co? Nie. Więc po co.

Ja powoli raczkuję. Nie patrząc się w oczy młodemu, bo też stoi nieco bokiem. Nie widzi mnie. Lezę, pełzam do niego. Czuję jak te kamienie porobiły już na kolanach i wewnętrznej stronie dłoni czerwone ślady. Słońce grzeje krzyż. Ramiona. Piersi w tej pozycji odkształcają się w lejki, tyłek faluje jak echo pleców.

Sunę.

Proporcje chłopaka zmieniły się. Jego centrum wybija się na prowadzenie. Wreszcie mnie zauważa i obraca się. Patrzy. Też ściągnął brwi. Nie widzę ich, ale czuję to. Klękam i wyciągam dłonie w stronę jego szortów. Wsadzam wskazujące palce za gumkę i leniwie odciągam na pół centymentra. Przesuwam palce w lewo i prawo. Ukryte treści powoli zaczynają się ujawniać. Szorty puchną w oczach.

Uch.

Ach.

Wciąż nie spojrzawszy się na jego twarz, zaczynam powolutku zsuwać w dół pokolorowaną młodzieżowo kiedyś kratkę Burberry. Jego penis wyskakuje na wolność. Spodenki odsłaniają białą pupę, mijają uda, kolana, łydki, kostki, kończą w kamieniach. Królewicz jest nagi.

Prawą dłoń wsuwam między jego
ciepłe
mokre
opalone
umięśnione
nogi i sunę nią do góry aż napotkam opór w postaci dwóch krągłych fabryk plemników. Głaszczę. Powoli. Lewą dłoń kładę na jego prawej kości biodrowej, wyobrażając sobie, że to moja własna. Przechodzą mnie ciarki. Chciałabym mieć trzecią rękę, by móc dotknąć i dotykać siebie. Chciałabym, żeby była tu twoja była narzeczona, którą miałam okazję poznać zbyt blisko na imieninach przyjaciółki, na które nie poszedłeś, bo robiłeś sesję. Wypiliśmy wszyscy co nie miara, dla żartu objęłam ją i tak zostało. Nagle zdałam sobie sprawę, że masuję ją nie-przyjaźnie, nie za bardzo po koleżeńsku, że i jej i mi przechodzą od tego ciarki. Nagle jesteśmy w garderobie, w której ssiemy nawzajem swoje wargi, drażnimy sutki przez bluzki i to wszystko jest bardzo na miejscu. Chciałabym, żeby ona tu teraz była, za mną, klęczała analogicznie do tego jak ja to robię, żebym czuła na plecach jej piersi i jej zęby delikatnie wkłuwające się w mój kark i jej palce między moimi nogami tak głęboko, jak tylko uda jej się we mnie sięgnąć. Tymczasem plecy ogrzewa mi słońce i jest mi wystarczająco mokro.

Otwieram usta i wyciągam koniuszek języka. Zaczepiam o czubek jego penisa. Podlizuję delikatnie, a on podskakuje odrobinę i wyrywa się, żyje. Lewą ręką ukracam więc tę wolność i kontroluję sytuację u źródeł. Podlizuję się.

Po tym namaszczeniu zaczynam powoli wkładać sobie te niemoje mięsiste treści do moich ust. Jeżdżę tak sobie w te i we wte uważając na zęby. Sprawa zawsze delikatna. Zastanawiam się przy okazji, jak twoja eks by mnie lizała. A ja? Jak ją. W środku ust, na scenie dla nikogo niewidocznej, język wre. Na zewnątrz zaś penetracja sąsiedztwa. Wewnętrzna strona ud, plemnikolandia, pupa, biodra, brzuch. Sięgam też jego sutków. Jakbym je chciała rozmazać. Ssę coraz mocniej. Ruszam głową coraz szybciej. Oddycham też adekwatnie. Czuję, że i on ma silną reakcję. Za chwilę on zadrży, a moje usta wypełnią się delikatnie słodko-gorzkawą esencją, którą będę wysysać, łykać, wysysać, łykać, wysysać z tego jakże stabilnego źródła. Gdy wylew ustanie, a stanie zacznie powoli mi zwisać, wysunę się, pożeganalnie liznę jeszcze raz "i było sobie życie", głasnę uda, łydki.

Póki co jednak nie przestaję ssać. Choroba sieroca przybiera różne formy.